środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział 35: Ten jedyny dzień w życiu

(Zapraszamy :D  Asia: Sherlock and przemowa Johna, za co jej mega dziękuje :)  Ja Anna xD Uwielbiamy Was za to, że to czytacie, dziękujemy ;* )

"Only You
       Only you, can make all this world seem right
       Only you, can make the darkness bright
       Only you, and you alone, can thrill me like you do
       And fill my heart with love for only you

       Only you, can make all this change in me
       For it's true, you are my destiny
       When you hold my hand, I understand
       the magic that you do
       You're my dream come true
       my one and only you"
                    The Platters & Elvis Presley - Only you


Sam nie mogłem uwierzyć, że nadszedł ten dzień. Wyglądało, że będzie on najważniejszy w moim życiu i nie tylko w moim. Tylko co dalej? Jestem detektywem... nie chcę narażać jeszcze bardziej ich życia, choć nie mogę już żyć bez mojej małej rodziny. Kto by pomyślał... Ta mała bestia zawładnęła moim sercem od pierwszego spotkania. Nie miałem po co kłamać, że tak nie było. W tym właśnie momencie, gdy spojrzałem w jej piękne, piwne oczy, odczułem niepokój. Nigdy się nie bałem, a ten wzrok... Paraliżował.

Moriarty żył. To hasło kołatało mi w głowie odkąd wysiadłem z samolotu. Jedyna pluskwa, która gryzła bardziej niż wszystkie inne. Przecież sam widziałem jak strzelił sobie w łeb... Przy rozprawie powiedział mi zdanie, którego sensu nie wychwyciłem. Staliśmy wtedy w jednym pomieszczeniu i nikt inny nie wiedział, co Jim mi przekazał. "Jestem niczym duch...". Te właśnie słowa nie miały dla mnie znaczenia, a teraz wyglądało na to, że to właśnie miał na myśli.
John jak zwykle wiedział swoje. Ciągle szukał dziury w całym nie dostrzegając, że owej dziury nie ma. To tylko przeoczenie... Sam byłem na siebie zły. Jak mogłem nie wiedzieć, jakim sposobem to zrobił? Widziałem przecież kulę rozrywającą mu czaszkę i to w jakże popisowym stylu. Jak widać mój triumf nie trwał długo.
Złożyłem ręce i zacząłem wędrować po pokoju, myśląc gorączkowo. John oczywiście drążył temat, co wpieniło mnie jeszcze bardziej. Tak, był moim przyjacielem, ale ile można w kółko to samo?!
- Uspokójcie się! - woła wojowniczo Mary i zmienia nagle temat. - Gdzie jest pani Hudson?
- Pani Hudson! - wydzieram się, by tutaj przybyła. W końcu była moją pomocą domową, mimo iż mówiła, że jest inaczej. Po co oszukiwać samego siebie?
- Jesteśmy na górze! - odkrzykuje, a mnie bierze jeszcze większa nerwica.
- Jesteśmy? Czy mój brat znowu nasłał Andersona, żeby szukał tutaj narkotyków? Na miłość boską!
Wbiegłem po schodach, by dać mu burę, ale w pokoju wcale nie było tego dziwacznego typa, ze skłonnością do nikłych przebłysków inteligencji. W pomieszczeniu stała młoda dziewczyna. Na drobnym nosku miała kujonki i patrzyła na mnie swymi wielkimi oczyma, które oplatały niezwykle długie rzęsy. Lustrowała każdy szczegół mojej postawy, co mnie bardzo zestresowało. Nie lubiłem, gdy ktoś używał tego przeciwko mnie.
- Och, a co to za gość? - zapytałem zmienionym głosem. Cholera... naprawdę nie panowałem nad sobą. I te niepokojące źrenice. Jakby mnie wypalały od wewnątrz, co przestało mnie już zupełnie bawić.
- To Anna, córka mojej przyjaciółki z Polski. - powiedziała rzeczowo pani Hudson, a ja miałem ochotę tylko prychnąć.
To przecież było oczywiste, że jest słowianką. Wskazywały na to regularne rysy twarzy i pełne, czerwone usta. Poza tym miała na sobie rzeczy, które wskazywały na około ośmiogodzinną podróż. Z tego co wiedziałem w naszym rejonie jak i w całej Europie nie zanosiło się na złe warunki pogodowe, a czas na gustownym zegarku wskazywał godzinę wcześniej. jedynym miejscem pozostawała Warszawa. Hm... poznała kogoś. Wizytówka w kieszeni i na dodatek w lewej. Od serca... cóż. Przynajmniej się nie będzie narzucać skoro od razu sobie kogoś znalazła.
Podałem jej dłoń, która lekko drżała i była chłodna. A to ciekawe... Stres? Czyżby coś ją niepokoiło?
- Sherlock. Sherlock Holmes. - mówię miękko i posyłam jej ciepły uśmiech, a w tym momencie odurzają mnie jej perfumy. Kobieta, która używa tak podkreślającego ją zapachu. Szukałem ich w myśli przez dobrą sekundę, zanim zostały przeze mnie zidentyfikowane. Armani. Co dziwne, były jednymi z moich ulubionych na skórze kobiety, a teraz po prostu mnie otumaniły.
- Och, więc jednak nie wyjechałeś, Sherlocku? - zapytała moja gosposia, a ja bardzo szybko zabrałem dłoń, by nie kusić losu. Coś mi mówiło, że nie powinienem patrzeć na tę istotę przede mną i to zamierzałem zrobić. Ignorować ją. Z jakiegoś powodu mnie przerażała, a to nie było miłe uczucie. Izolacja to najlepszy sposób, by nie popadać w chemię i sentymenty. To może spowodować tylko większe problemy w życiu.
- Zaistniały pewne... - zmieniłem szybko temat, by jakoś ochłonąć. - ... nieprzewidziane okoliczności...
Cholera! Nie patrz na nią, Sherlocku, bo to się dla ciebie źle skończy. Wystarczy, że Molly, Janine i Kobieta robią do ciebie maślane oczy. Chyba już wystarczy tego panteonu?
Przechodzimy do kuchni, a mnie cały czas dręczą te nieziemskie oczy, które są niczym mgławice... Czy ty naprawdę o tym teraz myślisz? Moriarty wrócił. Czas go schwytać i to jak najszybciej, zanim zrobi coś tobie lub komuś innemu.
Pani Hudson zaparzyła herbatę dla naszego grona, a ja siadłem na kanapie patrząc na swojego przyjaciela. Właśnie lustrował Annę, jakby ją oceniał. Dlaczego on to w sumie robi? Mary przyłapałem na tym samym i wtedy zrozumiałem. Usiłowali... Niech nawet nie próbują! Jestem sam i będę sam. Nie chcę nikogo... No może prócz... W sumie nieważne. Nie potrzebuję opieki, czy ochrony, jestem samowystarczalny i lubię to co robię. Po prostu chcę spokoju i nowych spraw. Czy tak trudno to to, żeby pojąć, że nie lubię towarzystwa ludzi?
- Na długo przyjechałaś? - zapytała w końcu Mary po dość długim milczeniu. Zauważyłem, że młoda kobieta jest trochę zdezorientowana. Tylko dlaczego tak przykuwała moją uwagę? Nie miała w sobie nic szczególnego. Nie zachwycała i nie kokietowała jak Kobieta. Była... naturalna i do obrzydzenia zwykła.
- Eeeeee… Do pracy. Do londyńskiej szkoły uczącej polaków angielskiego.
Jest onieśmielona...
- Masz już mieszkanie?
- Tak. - wtrąca się pani Hudson. - Tutaj. Pomyślałam, że może zająć sypialnię Johna.
John właśnie wypluł zawartość swoich ust, a ja doznałem szoku. Właśnie uświadomiłem sobie, że nie będzie tak łatwo ignorować tej dziewczyny i zamarłem. Nie... To jest jakiś żart.
- Co? - jęknąłem oszołomiony i odstawiłem filiżankę na stół. John w tym momencie wybuchnął śmiechem, co wcale nie poprawiło mi humoru, a wręcz przeciwnie, popsuło nastrój.
- John! - zasyczała Mary, po czym posłała mi naprawdę okropne spojrzenie, a ja o mało nie wybuchnąłem śmiechem. To przecież chora sytuacja...
- Pomyślałam, że może zająć sypialnię Johna. Stoi pusta przecież, a Anna potrzebuje pokoju -powtarza moja gosposia, a mnie zżyma, że to zrobiła. Jak mogła nie rozumieć, że wszyscy słyszeli? - Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?
- Nie, nie mam... - mówię w końcu siląc się na obojętność i chyba mi wychodzi. Zupełnie przestałem nad sobą panować, a to mnie prawie nigdy nie spotyka. Ostatni taki wybuch miałem bardzo dawno temu... Nie mogę poddawać ciała tak silnym emocjom. Tłumią tylko racjonalne myślenie. Muszę ochłonąć i zadzwonić do brata. To będzie najlepsze wyjście. Może znalazł coś ciekawego w związku z Moriartym...
Jak na złość ten dupek nie odebrał. Zapewne uruchomił już wszystkie wtyczki, które pomogłyby wyśledzić ruchy tego bandyty. Jeżeli tak... czas na działanie będzie bardzo ograniczony. Oczywiście jeżeli przestanie się kryć, niczym szczur w kanałach. Niepokoiło mnie to wszystko jeszcze bardziej przez tę całą dziewuchę. Zapewne ten typ spróbuje ją wykorzystać przeciwko mnie, ale doskonale wie, że nie jestem taki jak myśli. Socjopaci mają to do siebie, że zwykle nie dbają o innych.
Wziąłem papierosa i podpaliłem. Dym dotarł do płuc i zwężał miło naczynia krwionośne. Ta dziewczyna... Anna. Jest inna niż wszyscy. Jakby widziała całego mnie. I ten wzrok, który paraliżuje samym tylko zerknięciem. Ciarki przeszły mnie przez cały kręgosłup aż do dłoni, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. A co, jeżeli to jest...? Nie bądź głupi. Ona tylko patrzyła. Ale jak patrzyła!
Przygryzłem wargę i postanowiłem. Czas być sobą i nic nie udawać. Nie ma sensu grać wiecznie, że wcale mnie nie interesuje. Chcę wiedzieć o niej dużo więcej, znać każdy szczegół jej życia. Skoro ma ze mną mieszkać wolę wiedzieć niż unikać. To dobry system.
Po tych jakże szybkich przemyśleniach wróciłem do mieszkania już nieco rozluźniony i w o wiele lepszym nastroju. Miejmy tylko nadzieję, że ta panna nie zepsuje mi go jakimś durnym pytaniem.
- Jej też pani nagadała te bzdury? Nie mam pojęcia… Sherlock jest…
Właśnie doleciało do moich uszu ostatnie zdanie i skrzywiłem lekko twarz. Ukryłem to jednak szybko, by nikt nie rozpoznał moich myśli. John zawsze widział jak można mi zniszczyć dobry dzień. No, ale z drugiej strony sprawiał, że na mojej twarzy gościł uśmiech, a to trudna sztuka.
- Czym jestem, John? - zapytałem, gdy nie dokończył zdania, a w tym momencie wszyscy spojrzeli na mnie jak na ducha. Czy ja wyglądam jak Bezgłowy Nick?
- Pieprzonym socjopatą. - rzucił, a na mich wargach od razu zatańczył trochę szaleńczy uśmiech. Jak on mnie znał... Wstał z fotela i podał mi dłoń. -  Dobra, my już idziemy. Sherlock, daj znać jak Mycroft się czegoś dowie.
Kiwnąłem mu tylko głową i podszedłem do okna po swoje skrzypce. Moje kochane... już dawno na nich nie grałem. Czas odpocząć i puścić wodze swojej fantazji i marzeniom. Muzyka. Co za piękne słowo.
- Y mmm… to ja może pójdę się rozpakować… bo jeszcze nie zdążyłam… Do zobaczenia, miło było was poznać.
Anna moją nową asystentką... To byłoby ciekawe odkrycie. Może nie jest na tyle tępa. Przynajmniej nie mówi tak wiele jak myślałem.
Wziąłem smyczek w palce i zacząłem pociągać nim o struny. Rozkosz dźwięku była niczym cudowny zapach...

Kto by pomyślał, co wydarzyło się dalej. Anna porwała moje serce i miałem prowadzić ją dziś do ołtarza. Do tej pory nie wiem jak tego dokonała. Moja mała księżniczka. Posłałem uśmiech swojemu odbiciu i poprawiłem muszkę.

- Czas na ten jedyny dzień, Sherlocku. - powiedziałem do siebie, po czym wyszedłem z łazienki pewnym krokiem i wyszedłem przez korytarz na zewnątrz. W samochodzie czekał już na mnie mój drogi przyjaciel razem z braćmi. Zaśmiałem się i pomyślałem, że to pewnie obstawa, bym nie uciekł. Kto wie, co teraz będzie. Kto wie...

Właśnie przyjechałam z siostrą i Mary pod Kościół i wychodzę na dziedziniec, gdzie czekają na mnie rodzice i Alex w wózku. Dziwnie się czuję. Nogi mam jak z waty, serce wali jak oszalałe i chociaż jest bardzo ciepły oraz słoneczny kwietniowy dzień, zimno mi. Mam gęsią skórkę na ramionach. Boże, to już dziś…Ledwo jestem w stanie uwierzyć, że biorę ślub… że będę żoną Sherlocka…
To przez te nerwy. Dziś prawie nic nie jadłam, a w nocy z trudem zasnęłam. Obudziłam się wczesnym rankiem i rozmawiałam z Sherlockiem, który też nie spał, wtulona w jego ramiona. W końcu jednak on musiał wybyć do Johna, a ja ogarnąć się i zestresowana czekać na dziewczyny, makijażystkę i fryzjerkę.
- Och córeczko… - wypala moja mama, nieźle już wzruszona. – Jak pięknie wyglądasz!
Uśmiecham się lekko. Sama siebie w lustrze nie poznałam… Oczy podkreślone tuszem i jasnym, lekko złotawym cieniem, usta pomalowane delikatną różową szminką, podobnie podkreślone różem policzki. Włosy spięte na karku w luźny kok, do którego wpięty jest średniej długości welon. Na szyi delikatny złoty łańcuszek, a w ręku bukiet z różowych róż. No i sukienka… Subtelnie zdobiony gorset, wyszywany w delikatne kwiaty i związany z tyłu cienką różową tasiemką, a dół gładki, do ziemi. W miarę skromna, ale śliczna.
- Dobra – rzuca szybko Sandra, jak zwykle ubrana jak miss, tym razem w srebrną kieckę do kolan i standardowo wysokie szpilki. – Chodźmy mamo. Powiemy, że już są i można zaczynać. Poza tym Kevin czeka w ławce!
Kevin to jakiś jej nowy facet, którego tu poznała. Model, w stylu Cristiano Ronaldo… no cóż… nie mój typ.
Zostaję przed Kościołem sama z tatą i Mary. Wiem, że wszyscy już są w środku, a Sherlock z Johnem czekają przed ołtarzem, co sprawia, że jeszcze mocniej się denerwuję. I coraz bardziej mi zimno. Och, oby wszystko się udało, proszę…
Nagle przez otwartych drzwi rozbrzmiewa Marsz Mendelsona. O Boże, to już…?
- No to kolej na nas – Mary mnie szybko obejmuje i szepta do ucha, żebym się nie denerwowała. Ma na sobie ładną śliwkową sukienkę i cudne buty pod kolor.
Zamykam na krótką chwilę oczy i biorę głęboki oddech, by się chociaż trochę uspokoić. W tej chwili naprawdę żałuję, że nie zrobiliśmy tak, jak chciał Sherlock, i nie wzięliśmy ślubu w małym Kościółku na odludziu, tylko we dwoje…  Tyle stresu można by uniknąć…
Biorę uśmiechniętego tatę pod rękę, Mary staje za mną i wkraczamy do Kościoła przy melodii Marsza Mendelsona. Widzę, że wszyscy się na mnie gapią, co sprawia, że czuję się strasznie dziwnie.
Ledwo rejestruję co robią goście, połowa drogi do ołtarza mija mi jak w malignie, wiem tylko, że mam się uśmiechać. Potem zerkam na przejętych rodziców Sherlocka, a następnie na Toma, który do mnie mruga z ławki i podnosi kciuk do góry. Pomimo stresu uśmiecham się lekko. Potem mój wzrok pada na Sherlocka przy ołtarzu i wszystko inne przestaje się liczyć.
Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, pełnymi zachwytu i miłości. Mimowolnie się rumienię, ale też czuję wielkie szczęście rozsadzające mi serce. Och, kochany… najdroższy mój…
Odbiera mnie od taty i czuję na swojej zimnej dłoni jego ciepły uścisk, po czym tonę w jego oczach. Jego wzrok sprawia, że prawie się roztapiam, ale też daje mi otuchę i mówi, że niezależnie od tego, co się stanie, wszystko będzie dobrze.
Nie pamiętam większości mszy, jestem zbyt zdenerwowana, a moje myśli błądzą strasznie daleko. Żałuję, że nie ma przy mnie brata w takiej chwili, czując lekki smutek, a jednocześnie mam wrażenie jakbym znalazła się w jakiejś bajce. To chyba niemożliwe być taką szczęśliwą, zaczynam się bać, że nagle coś się stanie i zniszczy całą tą sielankę.
Mimowolnie przechodzi mnie dziwny dreszcz i nagle czuję, że Sherlock ściska mi dłoń. To od razu pomaga, podobnie jak świadomość, że stoi obok mnie.
Nadchodzi czas na składanie przysięgi i zakładanie obrączek, które John nam właśnie podaje. Naprawdę nie wiem, jak można być jednocześnie tak przerażonym i tak szczęśliwym jak ja teraz. Sherlock znowu nie odrywa swoich oczu od moich, co mnie paraliżuje i wprawia prawie w stan upojenia. I te jego usta… Boże…
- Ja, Sherlock… - słyszę jego lekko drżący głos i wciągam powietrze -  biorę sobie ciebie, Annę, za żonę i przysięgam Ci miłość, wierność oraz uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.
Wsuwa mi na drżący palec delikatnie zdobioną obrączkę z białego złota. Mam już łzy w oczach, więc szybko je ocieram, a on z miłością się uśmiecha. Nie no, muszę się chyba jakoś ogarnąć.
Jakimś cudem wypowiadam swoją przysięgę i nakładam mu obrączkę, co powoduje, że kompletnie się rozklejam. Dobrze, że mam wodoodporny makijaż, myślę przez chwilę, ale zaraz przerywa mi czuły pocałunek Sherlocka. Jesteśmy już małżeństwem.

Kończymy już obiad na pięknie przystrojonej na biało-różowo Sali Weselnej, jasnej i z wielkimi oknami. Alex oraz Lily są pod dobrą opieką niani, więc nie musimy się martwić.
 W końcu coś zjadłam, chociaż z ledwością przełykam. Wciąż trzymają mnie nerwy i to uczucie nierealności. Chociaż chyba powoli to wszystko mija, na szczęście.
Postanowiłam, że nasze wesele będzie swoistym połączeniem tradycji polskiej i angielskiej. Mam nadzieję, że to jakoś się uda… Przynajmniej powinno w teorii…
Nadchodzi właśnie czas na mowę drużby. John wstaje, lekko zdenerwowany.
- Witam - milczy przez chwilę. - Większość z was zna mnie i wie, jak nieoczekiwany to dla mnie obrót spraw – chrząka, po czym wskazuje lekko na Sherlocka. - Siedzący tutaj mój najlepszy przyjaciel właśnie dziś wziął ślub i nigdy w życiu nie posądziłbym siebie o takie myśli. Sami wiecie jak nieznośny potrafi być Sherlock.
 Słyszę trochę wybuchów śmiechu na sali, sama też uśmiecham się nie znacznie. John kontynuuje.
- Tak czy inaczej... Ten dzień właśnie nadszedł i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy - uśmiecha się szeroko. - Jak dziś pamiętam, gdy poznałem tego wspaniałego człowieka. Właściwie obaj mieliśmy wtedy problemy z czynszem i tak właśnie zostałem jego asystentem, a zarazem przyjacielem.
John patrzy na salę, a potem przenosi wzrok na Sherlocka.
- Przeżyłem z tobą wiele zabawnych sytuacji, choćby strzelanie do ściany… – na sali znów rozlega się śmiech, a pani Hudson kiwa głową - …bieganie z harpunem po metrze, czy zupełne spławianie moich dziewczyn – John sam śmieje się na to wspomnienie. - Ale nie było też wesoło o czym pamiętamy obaj. Sherlock ratował moje życie niezliczoną ilość razy i to chyba świadczy o naszej przyjaźni. Dziękuję ci też za to, że uratowałeś moje małżeństwo.
Nagle robi się bardzo poważny. Mary patrzy na niego lekko smutnym, ale i pewnym miłości wzrokiem. John wzdycha.
- To jest właśnie najbardziej szlachetny czyn jakiego dokonałeś i jestem w stanie wybaczyć ci te dwa lata, i uwierz, że znaczy to dla mnie bardzo wiele.
Na sali wybuchają oklaski i Sherlock patrzy na Johna z wdzięcznością i uznaniem. Podają sobie dłonie po męsku, ale razem z Mary każemy im się przytulić. Uśmiecham się, widząc, że mój mąż po chwili wahania wstaje i przygarnia do siebie swojego najlepszego przyjaciela.
Po jakimś czasie John mówi dalej.
- Taki oto jest Sherlock, ale ostatnio zmienił się za sprawą tej oto uroczej blondynki - pokazuje delikatnie na mnie i posyła mi porozumiewawczy uśmiech, a ja chyba się rumienię. - Niech zmienia go jeszcze bardziej, bo wychodzi jej to naprawdę dobrze. Jeszcze raz dziękuję wam kochani - podnosi kieliszek. - A teraz wznieśmy toast za młodą parę. Niech im się wiedzie.
- Dziękuję. - mówię bezgłośnie do Johna, wzruszona, a potem widzę jak wszyscy wznoszą toast i ciepło rozlewa mi się po sercu. Jaki ten John kochany….
- To teraz chyba przejdziemy do Telegramów… - mówi i podnosi plik karteczek.

Na sali rozlegają się pierwsze takty naszej piosenki na pierwszy taniec. „Only you” Elvisa. Zaczynamy wirować na parkiecie, a ja staram się nie myśleć o tym, że każdy z gości nas obserwuje. Na szczęście wystarczy, że popatrzę na Sherlocka, który pewnie mnie prowadzi, i zapominam o całym świecie.
W pewnym momencie Sherlock przytula mnie do siebie mocniej, aż czuję jego mocno bijące serce. To bardzo miłe uczucie.
- Jesteś taka piękna… - szepcze mi do ucha. – Najpiękniejsza… żono moja…
Momentalnie się rumienię i czuję dreszcze na plechach, ponad to znowu chce mi się płakać ze szczęścia. Z trudem kończę nasz taniec i już mam nadzieję, że chwilę odpocznę, kiedy zaczyna się „Time of my life” z „Dirty Dancing” i mój mąż znowu bierze mnie w ramiona. Zabawa zaczyna się na całego, obok nas John szaleje z Mary, a z drugiej strony widzę Toma z Molly. Zresztą… chyba prawie wszyscy są na parkiecie.
Przed następną piosenką Tom nagle mnie łapie za rękę.
- Ukradnę pannę młodą – szczerzy bezczelnie białe zęby i przyciąga do siebie.
Zaczynam się śmiać i słyszę, że teraz leci „Moves like Jagger” Tom tańczy równie dobrze jak Sherlock i tak mną wywija, że ledwo daję radę i o mało nie wpadam na mojego kuzyna i jego żonę.
- Przepraszam – przytrzymuje mnie mocno. – Wiesz, że jesteś najlepszą bratową na świecie?
Wybucham śmiechem. Sherlock niedaleko bierze w obroty moją siostrę.
- Dostaję dziś same dziś komplementy – mówię wesoło.
- W pełni zasłużenie – stwierdza, po czym obraca mnie wokół siebie tak, że kręci mi się w głowie.

Padam zmęczona na krzesło przy naszym stole, obok Sherlocka. To szaleństwo na sali tak mnie wykończyło, że ledwo żyje. Od razu wypijam pół szklanki soku.
- Żyjesz? – pyta Sherlock, uśmiechając się łobuzersko i całując mnie w czoło.
- Tak – biorę głęboki oddech. – To twój brat i John tak mnie wymęczyli… A właśnie… Gdzie Tom?
- Chyba wyszedł na zewnątrz się przewietrzyć…
Ale Tom akurat wraca i siada z drugiej strony Sherlocka. Ma bardzo wzburzoną i niezadowoloną minę oraz rumieńce na policzkach. Coś go nieźle wkurzyło.
- Co jest? – pytam zaniepokojona i szukam wzrokiem Molly, bo boję się, że się pokłócili czy coś. Ale nie… Molly tańczy z Gregiem i wcale nie wygląda na  zdenerwowaną. Może… może to coś z tym chłopakiem?
- Nic… - Tom kręci głową i przygryza usta. Przez chwilę milczy. – Mogę o coś zapytać?
Zerkam zdziwiona na Sherlocka, który wbija w brata badawcze spojrzenie, i kiwa głową.
- Sherlocku... ja wiem że to nie czas na takie pytania, ale Mycroft ostatnio mówi o pewnym człowieku…
- Jakim?
- Jim Moriarty. Kto to jest?
Otwieram szeroko oczy, a przez moje ramiona przechodzą dreszcze strachu. Automatycznie chwytam Sherlocka za rękę i staram się głęboko oddychać. Przecież nie mogę panikować na sam dźwięk tego nazwiska, przecież tak się nie da!
- Na miłość Boską… - syczy wściekle mój mąż. – Ten człowiek o mało mnie nie zabił i porwał Annę. To przestępca konsultant i to na razie powinno ci wystarczyć. Musisz o tym… - chyba brakuje mu słów – o nim… wspominać akurat teraz?
Tom robi zmieszaną minę, ale wygląda też na jeszcze bardziej zmartwionego i zawiedzionego. Światło w jego oczach trochę przygasa i jakby blednie.
- Masz rację, przepraszam… Niepotrzebnie o nim wspominałem… - spuszcza wzrok.
Robi mi się go żal.
- Nie ma sprawy Tom, nie przejmuj się - staram się go pocieszyć.
Uśmiecha się do mnie słabo i zaraz zostaje porwany przez moją siostrę. Mnie też Sherlock wyciąga na parkiet i tańczymy do „Iris” Goo Goo Dolls. Patrzę na jego spiętą twarz. Na pewno zastanawia się co się kryje za pytaniem Toma. Mnie też o nie daje spokoju. Dlaczego on wspomniał o Moriatym? Nagle wpada mi do głowy coś strasznego… A co jeśli ten jego chłopak to… Nie jestem w stanie dokończyć tej myśli. Nie, to niemożliwe. I kompletnie absurdalne.

Zabawa trwa dalej, aż dochodzi północ i czas na oczepiny. W międzyczasie dziękujemy rodzicom (Sherlock z lekko zmieszaną miną), znikamy na pół godziny na sesję zdjęciową i kroimy nasz truskawkowo-czekoladowy tort weselny, a mój wujek się upija.
Tak oto siadam do oczepin… Siedzę z zamkniętymi oczami trzymając w ręku welon, a dziewczyny krążą wokoło mnie. Dobra… w końcu rzucam do tyłu.
Otwieram szybko oczy i patrzę od razu do tyłu. Molly! Molly złapała welon! Jest lekko zawstydzona, a dziewczyny przytulają ją i gratulują. Och, jak się cieszę. Od razu idę ją wyściskać.
Moje miejsce zajmuje Sherlock. Siada na krześle i ma dziwną minę, jakby pomieszanie lekkiego zażenowania, ale i rozbawienia. Wiem, że uważa oczepiny za bzdurę, ale zmusiłam go to tego.
- Chyba kogoś brakuje? – zauważa facet Kate, a Kevin wskazuje na coś głową, ewidentnie rozbawiony. Też to widzę i wychucham śmiechem. Tom i Greg siłą prowadzą Mycrofta na środek.
- Zostawcie mnie! – syczy z wyższością starszy brat mojego ukochanego, bardzo oburzony.
Już pół sali się śmieje, taki z tego jest ubaw.
- Daj spokój sztywniaku – stwierdza uparcie Tom, stawiając go przed sobą. – Wyluzuj! Nie umiesz się zabawić?
Sherlock sam jest rozbawiony i chyba dlatego dość naturalnie zamyka oczy, czeka chwilę i rzuca muszkę. Widzę co się dzieję i tak zaczynam się śmiać, że aż mam łzy w oczach, a Mary koło obok mnie chichocze dziko.
Za Sherlockiem, z nader zdegustowaną miną i z muszką w ręce stoi Mycroft. Teraz już cała sala ma ubaw, nie tylko ci, co go znają.
- No cóż… - Greg chyba nie wie czy być szczęśliwym czy wystraszonym i rozgląda się dookoła bezradny.
- A miałem nadzieję na siebie… – stwierdza niby niezadowolony Tom.
- Próbowałem… – mówi Sherlock  z nader złośliwym uśmiechem. – Jak widać nie wyszło.

 Stoję zmęczona, jeszcze w sukni ślubnej, przy łóżeczku Alexa, który smacznie śpi. Przed chwilą wróciliśmy i zwolniliśmy do domu opiekunkę.
Sherlock podchodzi, przytula się mocno do moich pleców i całuje przez chwilę w odsłoniętą szyję.
- Zadowolona? – pyta cicho, muskając ustami skórę za uchem.
Wzdycham cicho i zamykam oczy. Tak mi dobrze…
- I to jak… Przeszczęśliwa… Dziękuję ci… Dziś było pięknie.
- Nie masz za co… warto było… moja żono… - dalej nie przestaje mnie całować, tym razem po ramieniu. Przygryzam usta. Czuje też jego palce rozwiązujące mi gorset od sukienki i serce momentalnie zaczyna mi walić jak szalone.
Zaczynam szybciej oddychać, podczas gdy gorset staje się coraz bardziej luźny. W końcu sukienka opada mi do stóp, a ja zostaję w bieliźnie. Odwracam się do Sherlocka, od razu wpijając się w jego usta i ściągając z niego szybko koszulę, podczas gdy on na rękach zanosi mnie do łóżka.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 34: Jeszcze kilka szczegółów

(Nowy wspólny rozdział :) Asia - part Sherlock, ja part Anna ;) )

„Tyle było dni do utraty sił,
           Do utraty tchu tyle było chwil,
          Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic,
          Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że...


         Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy,
         Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy,
         Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy,
         Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy”
                 Marek Grechuta - Dni, których jeszcze nie znamy


Jestem w kuchni, jedną ręką kołyszę Alexa w wózku, a drugą robię późne śniadanie. Mały gaworzy i rusza nóżkami w niebieskich śpioszkach, nadzwyczaj z czegoś zadowolony.
- A kto to tak broi? – zwracam się ze śmiechem do synka, lecz zaraz słyszę, że Sherlock wstał i bierze prysznic. Zapobiegawczo nalewam mu wody do szklanki i przygotowuje proszek, a potem biorę się za herbatę. Podejrzewam, że jednak nie najlepiej się czuje.
Biedak przychodzi po dziesięciu minutach, potwierdzając moje obawy. Uroczo rozwichrzone loki, twarz biała jak papier, podkreślona jeszcze przez czarną koszulę, podkrążone i zaczerwienione oczy… od razu mi go żal. W dodatku dobrze wiem, że boli go głowa.
Siada przy stole, przeciera rękami oczy, a potem jeszcze bardziej burzy włosy. Wzdycham,  a następnie kładę przed nim proszek, wodę oraz śniadanie.
- Zjedz to i wypij tabletkę – mówię ze współczuciem i głaszczę go po włosach.
Sherlock ledwo zerka na kanapki, ale połyka proszek z miną cierpiętnika.
- Zabiję ich… nigdy więcej… - mamrocze ochrypłym głosem, pijąc wodę .
Uśmiecham się i zaraz siadam mu na kolanach, a on przytula głowę do moich piersi. Jejku, naprawdę mi go żal.
- Oj, biedaku ty mój… bawiłeś się chociaż dobrze? – pytam, tuląc policzek do jego ciemnych loków.
- Cóż… najpierw zabrali mnie na jakieś bezsensowne przyjęcie, a potem do baru… Ale co było dalej nie mogę sobie przypomnieć… A ty?
- Och, bawiłyśmy się w klubie. Było całkiem fajnie – mówię, lekko rumieniąc się i dziękując, że tego nie widzi.
Po chwili Sherlock podnosi głowę oraz wbija wzrok w moją twarz. Przez moment głaszczę go po policzku, patrząc mu bez słowa w oczy, a po chwili już czuję, jak wpija się w moje usta.
Wzdycham, przyjmując z ufnością jego pocałunki. Usta, policzki, szyja…  Są niczym przyjemnie muśnięcia gorąca, delikatne, a zarazem pełne namiętności. To takie przyjemne…. Jedna ręka Sherlocka gładzi moje włosy, druga głaszcze po plecach, wzdłuż kręgosłupa, w efekcie czego mam lekkie dreszcze.
Przerywa nam głośne chrząknięcie. Odklejamy się od siebie i okazuje się, że to Mycroft, lekko zmieszany, ale nie porzucający swojej wystudiowanej pozy.
Sherlock robi wściekłą i oburzoną minę.
- Ile razy mam ci mówić, żebyś uprzedzał, że przyjdziesz! I puka się!
- Pukałem, pani Hudson mnie wpuściła, bo wychodziła na spacer – odparowuje chłodno Mycroft. - I nie moja wina, że nie słyszałeś, bo byłeś zajęty swoją narzeczoną… - dodaje z lekkim uśmiechem.
Chichoczę i wstaję z kolan Sherlocka, bo słyszę, że Alex jest jakiś niespokojny. Podchodzę do wózka, biorę małego na ręce i zaczynam go kołysać, co natychmiast daje efekt.
- To nie twój interes – syczy mój narzeczony, zabijając brata wzrokiem.
- A co tak tata i wujek tak się kłócą? – pytam Alexa, który uważnie obserwuje Mycrofta swoimi niebieskimi oczami, przy okazji mając uroczo otwartą buzię.
Nagle ktoś dzwoni do drzwi. Niewiele myśląc, chociaż z lekko rozbawioną miną, wciskam małego Mycroftowi do rąk. Podkusiło mnie do tego chyba to, że do tej pory unikał Alexa jak ognia, w przeciwieństwie do Toma, który bratanka wręcz uwielbiał i ciągle wpadał z jakimiś upominkami.
Widzę, że Mycroft jest ewidentnie przerażony, co mnie jeszcze bardziej rozśmiesza.
- Nie przesadzaj, to tylko dziecko! – rzucam kompletnie już rozbrojona i zbiegam na dół. Otwieram drzwi i widzę Mary, Lily i Johna, który jest chyba w jeszcze gorszym stanie niż Sherlock. Mary patrzy na niego z politowaniem, a potem zerka na mnie wesoło.
- Jak Sherlock? – pyta jak gdyby nigdy nic.
- Podobnie – śmieję się i prowadzę ich na górę.         
Słyszę lekko złośliwy śmiech Sherlocka i wchodzę do kuchni. Mój narzeczony pomaga swojemu bratu odczepić z włosów zaciśniętą piąstkę Alexa.
- Skąd on ma tyle siły? – mówi Mycroft ze zbolałą miną, pocierając sobie uwolnioną już głowę.   
Razem z Mary tłumimy w sobie śmiech, a rozbawiony Sherlock siada powrotem na krześle i kładzie sobie małego na kolanach. Na widok takiego słodkiego obrazka wzdycham cicho rozczulona. Moi kochani chłopcy…
- O, dzidzi – mówi cienkim głosikiem Lily i drepta powoli w ich stronę.
- Mogę wody? – zwraca się do mnie zaraz John. Ma bardzo chrapliwy głos.
- Jasne.
Nalewam mu szklankę wody, którą od razu wypija duszkiem. Chyba trochę lepiej się poczuł.
- No cóż… - Mycroft patrzy na niego z wyższością. – John, wyglądasz o wiele gorzej niż wczoraj, kiedy to leżałeś z rozanieloną miną na podłodze…Cóż, tak się z Sherlockiem upiliście, że pewnie nie pamiętacie jak się całowaliście.
John robi bardzo zdziwioną minę, a potem otwiera usta jak ryba i blednie.
- Co?!– słyszę zduszony okrzyk mojego narzeczonego.
Ja sama szeroko otwieram oczy. John i Sherlock się całowali? To… to jest tak absurdalne, że moją pierwszą reakcją jest niepohamowana chęć śmiechu. A ich przerażone miny jeszcze to podsycają.
- Nie mam w zwyczaju dwa razy powtarzać – cedzi Mycroft.
- O Boże.. o Boże… o Boże… - mówi cicho John, łapiąc się za głowę. Wygląda, jakby zwaliły się na niego wszystkie nieszczęścia świata. Nie wytrzymuję i zaczynam się szaleńczo śmiać.
- A ja myślałam, że naszych striptizerów nic nie pobije –zwracam się w końcu do Mary, która  też jest rozbawiona i kręci głową. – No nie… - ocieram sobie oczy.
- Striptizerów? - pyta nagle Sherlock niezadowolonym tonem. Chyba to wybiło go z szoku.
Celuję w niego palcem, dalej chichocząc.
- Ani słowa! Ostrzegam cię.
Ponownie napotykam wzrok Mary i jeszcze bardziej wybuchamy śmiechem.

                                                                 ***
- Cholera jasna! - zakląłem w pustą przestrzeń salonu. Miałem szczęście, że Anna w tym momencie wybyła do Mary, by omówić kilka spraw dotyczących ślubu, inaczej dostałbym po uszach.
Jak ja mogłem zapomnieć o drużbie? Jak to, jak? - zapytała w mojej głowie Molly. - Ty zawsze masz problemy z najważniejszymi rzeczami.
- W sumie racja... - odpowiedziałem sam do siebie.
Zawlokłem ciało na kanapę i zacząłem myśleć o tym, kto mógłby nim zostać. Wybory miałem niestety dwa, co mnie nie pocieszyło, tylko zmartwiło jeszcze bardziej. A może by tak odwołać ślub? Albo nie bawić się w kościół? Nie... nie mogę tego zrobić mojej księżniczce. Wystarczająco dużo wycierpiała przez moją pracę.
Dobra... Mycroft odpada na samym starcie. Prędzej by się nadawał do tego książę Karol, patrząc po poczuciu humoru. Zostaje Thomas i John. Który z nich? Złożyłem ręce jak do modlitwy i zacząłem intensywnie myśleć. Mój najlepszy przyjaciel byłby najlepszy do tej roli. Sam byłem drużbą na jego weselu, więc rewanż z jego strony byłby miły. Mój młodszy brat... To moja najbliższa rodzina. Tyle nas łączy, że trudno zliczyć. Choćby tych nieszczęsnych piratów, ale nie w tym rzecz. Z naszej trójki, on mnie najlepiej zna i poświęciłbym dla niego dosłownie wszystko. Nawet swoje życie.
- Wiem... - wstałem i wziąłem telefon z biurka. SMS czy telefon? Hm... SMS.
PRZYJEDŹ NA B.S. TO BARDZO POWAŻNA SPRAWA.
Przez ten czas siedziałem nad dokończeniem doświadczenia, które od pewnego czasu spędzało mi sen z powiek. Pracowałem nad ścinaniem się prochu w żyłach ludzkich. Dość nietypowe, ale ostatnimi czasy trafiały do mnie coraz dziwniejsze morderstwa i zaczęło mnie to poważnie martwić.
Po piętnastu minutach wbiegł zdyszany John z mocno przestraszoną miną, co mnie zupełnie rozbawiło. Patrzył na mnie jakbym właśnie powiedział, że złapałem jakiegoś seryjnego mordercę na gorącym uczynku.
- Nie, John. - odparłem w końcu ledwo tylko zerkając.
- Co nie? - burknął trochę rozeźlony.
- To nie jest kolejna sprawa, bo wiem, że o tym właśnie myślałeś. Mam problem natury kościelnej...
Wytrzeszczył na mnie swe błękitne oczy, po czym wybuchnął nieopanowanym śmiechem. Nie rozumiałem co go tak ubawiło, ale postanowiłem nic nie mówić. Strasznie krępowała mnie kwestia uroczystości, ze względu na jej rozmach. Nie lubiłem zbiegowiska wokół siebie, zwłaszcza, że dotyczyło mojej rodziny.
- W takim razie, jaki to problem? - zapytał mnie już nieco się uspokoiwszy.
Gdy zadał to pytanie, do mieszkania wbiegł równie zdyszany jak mój kompan, Tom i posłał mi pytające spojrzenie. Westchnąłem cicho. Czy oni zawsze myślą, że ja na martwych ludzi poluję?
- Potrzebny mi drużba, drodzy panowie.
Obaj zaczęli uśmiechać się głupkowato, co mnie bardzo zirytowało, więc wyszedłem z kuchni i wziąłem papierosa z paczki. Naprawdę denerwowała mnie ta sytuacja, a oni jeszcze mieli czelność się ze mnie naigrywać.
- I dlatego jest nas potrzeba tu dwóch? - zapytał w końcu mój kochany brat, mając w oczach złośliwe iskry. - Jeżeli Anna poczuje dym...
- Denerwujesz mnie, Thomas. - warknąłem w końcu i zaciągnąłem się dymem papierosowym. - Poza tym, Anna wie, że palę i jakoś to znosi.
- Dobra... już nie marudzę, bo znów się do mnie o coś przyczepisz. - burknął rozeźlony, po czym klapnął na fotel.
- Masz rację. - mruknąłem. Podrapałem się po skroni i znów pochłonęły mnie myśli o tym nieszczęsnym dniu.
Kochałem Annę ponad wszystko inne i dlatego pozwoliłem jej na te szaleństwa ze ślubem. Szczerze mówiąc sam chciałbym po prostu wziąć cichy ślub i najlepiej bez świadków, ale ona mi nie odpuści. W życiu, by mi nie wybaczyła. Zwłaszcza, że mamy synka.
- Dla mnie to prosta piłka. - powiedział w końcu John. - Myślę, że Tom będzie najlepszy do tej roli.
- Nie... Ja nie lubię być w centrum uwagi. - skrzywił się mój brat i spojrzał na mnie z lekkim strachem.
- W takim razie, postanowione. - zmierzyłem mojego przyjaciela przychylnym wzrokiem i w tym momencie zadzwonił mój telefon.
Odebrałem ociągając się. Nie lubiłem rozmawiać z Mycroftem, ale cóż. Musiał mieć ważną sprawę, skoro już drugi raz dziś wykręcał do mnie numer.
- Tak? - zapytałem leniwie, po czym znów tego dnia oklapłem na kanapę. Ciekawe co dla mnie miał.

                                                             ***
Umówiłam się z Mary, by ją poprosić, żeby została moją druhną, i idę właśnie, akurat po załatwieniu sprawy z dekoracją sali, na nasze spotkanie do kawiarni. Mam nadzieję, że Mary się zgodzi… Może to dziwne, że nie poprosiłam Sandry, ale chyba za dużo było między nami kłótni i ranienia. Inaczej postrzegamy świat. No i siostra sama mnie uprzedziła, że jakby co to nie ma zamiaru bawić się w takie bzdury, dla niej to zbyt uciążliwy obowiązek. Cóż, nie to nie.
Mary już siedzi przy stoliku i pije kawę.
- Hej – całuje ją w policzek i zajmuje miejsce naprzeciwko. – Co tam?
- Cześć. Och, mała ostatnio gada jak najęta – Mary śmieje się. - A poza tym w porządku. A u was?
-  Też. Alex co chwilę mnie zaskakuje… - mówię, ale nagle podchodzi do mnie kelnerka, więc zamawiam Latte. – Wiesz, Mary… - kontynuuję, gdy dziewczyna odchodzi. – Mam do ciebie prośbę…
Mary uśmiecha się i patrzy na mnie z oczekiwaniem.
- No to słucham.
Biorę głęboki oddech.
- Czy zgodziłabyś się być moją druhną? – pytam błagalnie.
Mary szeroko otwiera oczy, lekko zdziwiona, ale widać, że jest ucieszona moim pytaniem.
- Jasne, z wielką przyjemnością – mówi z uśmiechem, po czym wstaje i mnie przytula. – Dziękuję!
- Nie ma za co…To ja dziękuję! – stwierdzam, czując ulgę i pijąc kawę. – I też za to, że pomogłaś mi przy wyborze sukienki oraz że ją przechowujesz! Gdyby Sherlock ją znalazł… - kręcę głową. -  A chcę, żeby to była niespodzianka!
- Chyba niejedna! Tych osiemdziesięciu gości prawdopodobnie przyprawi go o zawał…
Wzdycham rozbawiona, chociaż też i lekko wystraszona.
- Sama nie myślałam, że tylu ich będzie! Ale jakoś to ogarniemy.
- Bukiet masz już zamówiony?
- Ta, te różowe róże, jak mówiłaś. Świetnie się będą komponować z sukienką i dekoracją na sali.
- Jak cię Sherlock zobaczy, to umrze z zachwytu, zobaczysz... – Mary wybucha śmiechem.
Najpierw uśmiecham się rozmarzona, a potem sama zaczynam chichotać.
- A paniom co tak wesoło? – słyszę wesoły i ciepły znajomy głos.
Odwracam się i widzę Thomasa.

                                                    ***
- Jak to możliwe, żeby znów coś przedsięwziął? To duży przemyt? - zapytałem mocno zdenerwowany. - Nie rozumiem zupełnie jego działań w tym momencie. Co on planuje?
- Gdybym podejrzewał, nie dzwoniłbym do ciebie. - warknął na mnie mój starszy brat, a mnie zatkało. Mało kiedy ponosiły go nerwy. Musiał być w naprawdę paskudnym nastroju. - Tak czy inaczej... przerzucił już partię do kraju za pośrednictwem mafii wschodniej. Właśnie się to do mnie doniosło, więc wybacz mój nastrój... Pracuję z samymi idiotami.
- Ale jest coś jeszcze, prawda? - wiedziałem, że nie dzwoni tylko w tak błahej sprawie. Moriarty zaczął działać, co znaczyło, że moja rodzina może być w niebezpieczeństwie.
Zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, słuchając tego, co Mycroft mi przekazywał swym chłodnym głosem, a ja słuchałem jak zaklęty, nie mówiąc ani słowa. Zaczęło mnie coraz bardziej to wszystko przerażać. Anna może być teraz w wielkim niebezpieczeństwie, tylko dlatego, że ma zostać moją żoną.
- Zostawił też wiadomość. - powiedział w końcu jakby się zastanawiając. - "Od dziś nie będę aż tak uciążliwy."
- To jakiś żart?! - wybuchnąłem w końcu.
- Gdybym żartował, nie czytałbym ci tego.
- Dzięki. - mruknąłem do telefonu i rozłączyłem się.
Jeżeli on chce teraz zniknąć... Wyślą mnie na wschód. Anna i Alexander zostaną sami. Nie mogę na to pozwolić. Ale co ja mam czynić? Biegać za tym bandytą po Londynie i udawać, że go łapię? To byłoby głupie, a nawet żałosne.
- Co jest, Sherlocku? - zapytał mnie mój przyjaciel, gdy zacząłem blednąć na twarzy.
- Nic... - zawiesiłem głos. - Musisz dbać o swoją rodzinę. Zobaczymy się później. Teraz mam do załatwienia kilka spraw związanych z pracą.
Nie możesz tego ukrywać!!! Postępujesz jak dziecku, Sherlocku i dobrze o tym wiesz! - krzyknęła do mnie Molly, która miała teraz bardzo piskliwy głos. Ta dziewczyna zaczyna mnie denerwować... Chyba będę musiał zrobić coś nowego zamiast niej w moim pałacu pamięci.
- Co jest? - zapytał Thomas z dziwaczną miną. Od kiedy on się o mnie martwi?
- Czy ty myślisz, że wyjdę bez słowa? - burknął John. - Gadaj, o co chodzi.
- O niego. - powiedziałem w końcu i złożyłem ręce jak do modlitwy. - Znów coś planuje i nie będzie to miłe dla mojej rodziny.
- O kim mówisz?
- Lepiej żebyś nie wiedział, Tom. - mruknąłem zasępiony. - Lepiej już idź. Nie chcę cię zatrzymywać. Masz przecież dziś randkę.
Otworzył szeroko usta, gdy to powiedziałem, po czym pomachał mi ręką i poszedł w swoją stronę. Pal licho. Jeżeli ma kogoś, niech spędzi z tą osobą tyle czasu ile może. Nie wiem kiedy Jim zniknie i nie wiem co będzie chciał zrobić, ale niech chociaż mój najmłodszy będzie bezpieczny. Z kimkolwiek.
Spojrzałem na swojego przyjaciela, a moje ręce zaczęły drżeć. Jeżeli wyjadę... Wszystko ulegnie zmianie.
- Będzie dobrze. - powiedział i podszedł, by przycupnąć na miejscu obok. - Niezależnie od tego, co zrobi, wiem, że dasz sobie z nim radę.
- Masz rację, bo bez niego nic już nie będę mógł zrobić.

                                                  ***
- Tom! – mówię uradowana, a gdy podchodzi przytulam go. – Co tu robisz? Siadaj!
Brat Sherlocka wita się z Mary i  z wesołą miną opada na krzesło obok.
- Wracam właśnie z Baker Street… Sherlock poprosił Johna, żeby był jego drużbą.
- Och! – uśmiecham się lekko. Bałam się, że ten mój detektyw zwyczajnie o tym zapomniał.
- Szczerze to myślałam, że ciebie o to poprosi – stwierdza zdziwiona Mary.
- Nie, mnie by to przerażało… - Tom szczerzy zęby i kręci głową. – Dobrze, że to John. No to o czym tak rozmawiałyście?
- O weselu – wyjaśnia Mary konspiracyjnym szeptem. – Podobno idziesz z Molly? Tak mi dziś mówiła jak do niej dzwoniłam.
Otwieram szeroko oczy i uśmiechnięta patrzę na Toma, który o dziwo wydaje się lekko zmieszany. Czyżby to Molly była tą jego tajemniczą miłością? Jeśli tak, to cieszę się z powodu ich obojga!
- Och, a więc to o Molly chodzi? – pytam cicho. Staram się być delikatna, bo czuję, że to delikatna sprawa.
- Co? – Tom chyba na początku nie za bardzo wie o co mi chodzi. Potem jednak coś zeskakuje i obdarza mnie troszkę smutnym spojrzeniem. – Nie, nie o Molly…
Zerkam zdziwiona na Mary, potem znowu na niego. Dlaczego więc nie przyjdzie z tą swoją dziewczyną?
Tom wzdycha ciężko, widzę też, że jest zdenerwowany. Żal mi tak na niego patrzeć. Ściskam delikatnie jego dłoń i czekam. Nie będę go zmuszała, będzie chciał to sam powie.
- Idę z Molly bo nie mogę iść z… - mówi cicho i zacina się. – Nie mogę iść z nim…
Zaraz… z nim? Och!
Przez chwilę nie wiem co powiedzieć, Mary też wydaje się zdziwiona. W końcu jednak jakoś zbieram się w sobie.
- Słuchaj Tom – mówię ciepło. – Możesz przyjść z kim tylko chcesz…
Tom smutno kręci głową.
- Sherlock by mnie zabił – głos mu drży. – Nie wiesz jaka była afera z Elise. Gdybym wparował na wesele z facetem, w dodatku bez uprzedzenia, nigdy by mi nie wybaczył.
- Ale Mycroft… - zaczynam, przypominając sobie starszego brata mojego narzeczonego i Grega.
Tom zaczyna się gorzko śmiać.
- Anno, Sherlocka łączą z Mycroftem inne relacje. Sherlock nie ma nad nim władzy, a jeśli chodzi o mnie…. To ja, najmłodszy, zawsze byłem pod kloszem, obaj mną kierowali i mi pomagali. Dlatego uciekłem. Po prostu…
Wzdycha ciężko. Robi mi się strasznie przykro.
- Poza tym mój facet i tak odmówił pójścia na to wesele. To nie jego styl…
Nagle dostaje smsa i szybko go odczytuje.
- Przepraszam, muszę już iść… - stwierdza lekko nerwowo. – Mam wielką prośbę. Nie mówcie nic Sherlockowi. Nie chcę afery…
- Jasne – mówię cicho, patrząc w te jego niebieskie oczy. Mary też zapewnia o swoim milczeniu, a Tom dziękuje i odchodzi.

Patrzę bez słowa na przyjaciółkę, która wydaje się lekko zmartwiona. Sama czuje wielki niepokój. Nie podoba mi się to wszystko. Toma coś dręczy, poza tym nie daje mi spokoju fakt, że nie weźmie tego swojego chłopaka na wesele. Mam złe przeczucia.