wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział 55: Od dziś wszystko się zmienia...

(To jeden z moich ostatnich rozdziałów na blogu Oli i chyba nie muszę przypominać, jak się to wszystko zaczęło. Przepraszam za zwłokę, lecz na samym początku rozdział miał być naprawdę długi. Czułam jednak, że chcielibyście wiedzieć, co dalej i oto jest! 

W święto wszystkich Sherlockistów chciałabym życzyć Wam mnóstwa zagadek, jeszcze więcej rozwiązanych spraw no i każdego odcinka Sherlocka, który będzie genialny! :)

Następne rozdziały będą pojawiały się co tydzień od dziś.

Dziękujemy za wszystkie komentarze, za czytanie i cierpliwości i czekamy na Wasze opinie. Pozdrawiam, Silver Alexandra Scott.)

With every step you climb another mountain
Every breath it's harder to believe
You'll make it through the pain
Weather the hurricanes
To get to that one thing
Just when you think the road is going no where
Just when you almost gave up all your dreams
They take you by the hand and show you that you can
There are no boundaries
There are no boundaries

https://www.youtube.com/watch?v=2nvCwvX57a8

Nie mogłem wytrzymać gdy jechaliśmy do szpitala. Cały czas w mojej głowie była ta sama myśl, która towarzyszyła przy narodzinach Alexandra, czy będzie zdrowe... Bardzo się o to martwiłem, bo lekarz Anny mówił, że mogą być komplikacje przy porodzie spowodowane stresem, jaki przeżyła i szczerze nie chciałem, by stało się coś złego moim skarbom. Kochałem ich bardzo mocno i to, co zrobiłem pragnąc uszczęśliwić księżniczkę, która właśnie klęła na czym świat stoi, nie było warte tego stresu, a raczej strachu.
Moja żona trzymała teraz mocno dłoń, którą podałem, by czuła się bezpieczna i czułem, jak mimowolnie wbija paznokcie w skórę powodując przy tym krwawienie, ale nie pisnąłem ani słówkiem, bo wiedziałem, że teraz potrzebuje wsparcia. 
- Chryste pomóż! - jęknęła głośno gdy wzięły ją kolejne skurcze. 
- Już dobrze, kochanie. - mruknąłem ocierając pot z czoła ukochanej. - Niedługo będzie po wszystkim.
- Ty nie rodzisz dzieci! - wrzasnęła wściekła, ale w chwilę potem spotulniała, wtulając się w moje ramię.
Nie wiem, jak w tym momencie mogłem z nią wytrzymać, ale pokręciłem tylko głową, na co Thomas zachichotał cicho, niczym mały chochlik. Nie zrobiłem nic tylko dlatego, że trzeba było zaopiekować się moją piękną i jakoś odwrócić uwagę od skurczy, które targały nią coraz częściej, ale naprawdę mało miałem o tym pojęcia, mimo że to nasze drugie dziecko. Może i drugie, ale nawet nie wiedziałem czy to chłopiec, czy dziewczynka. Postawiłem zapytać ją właśnie teraz, była tak rozproszona, że mogłem uzyskać odpowiedni rezultat w dociekaniach.
- Kochanie, powiedz mi, to chłopiec czy dziewczynka?
- A spieprzaj! Nie powiem! Trzeba było się po świecie nie włóczyć, tępaku!
- Ale... - nie dokończyłem zdania, bo Anna wydała z siebie okropny krzyk, który bardzo mnie przeraził.
Zacząłem głaskać ją po głowie, by uspokoiła ciało i nerwy, ale chyba na darmo, bo na policzkach zaczęły pojawiać się łzy, które ścierałem wierzchem dłoni. Tuliłem ją do siebie w nadziei, że niebawem będzie w dużo lepszym stanie, ale nic na to nie wskazywało, zwłaszcza że poprzednio nie było lepiej. Modliłem się tylko w duchu, by wszystko poszło dobrze. 
Podjechaliśmy pod szpital w miarę szybko, ale dla mnie zbyt wolno, zważając na stan żony. Zakrzyknąłem na Toma, by pobiegł po lekarza, a sam czekałem i pilnowałem, nic złego się nie działo. Anna w tym momencie zaczęła chwytać koszulę, w którą byłem obleczony i przyciągnęła mnie do siebie, by wyszeptać:
- Cokolwiek by się nie działo, nie panikuj, ok? Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham moja droga. - odszepnąłem całując ją delikatnie w usta. 

***
Biegłem szybko przez korytarz, by odnaleźć lekarza Anny, Benjamina Careltona, ale nigdzie nie mogłem na niego trafić, jakby zapadł się pod ziemię. Postanowiłem, że wejdę do Molly, ona najlepiej znała St. Bart's i wszystkich, który w ostatnim czasie przybyli pracować do tego szpitala, i miała z nimi jakiś kontakt, ale nie spodziewałem się, że zobaczę to, co zobaczę. 
Stanąłem, niczym wryty w ziemię gdy szanowny lekarzy i M., bo tak zwykłem nazywać przyjaciółkę, centralnie na środku laboratorium całowali się. Nie był to zwykły pocałunek, a mnie ścisnęło coś w dołku, gdy przypomniałem sobie miękkość warg patolog, ale zaraz potem przywołałem siebie do porządku, bo przecież miałem Jima i wcale nie byłem zazdrosny o to szczęście. 
Chrząknąłem znacząco, choć nie chciałem przerywać, wiedząc że oboje czują szczęście, ale bratowa rodziła i trzeba było jej jak najszybciej pomóc. 
- Ym... - jęknął zmieszany lekarz, poprawiając kitel i szybko odsuwając od siebie Molly. - Coś się dzieje?
- Anna rodzi, Ben. - burknąłem do niego, chociaż wcale nie zamierzałem zachować się tak ostro.
- W takim razie lecę. - odparł jeszcze bardziej zmieszany i zostawił nas zupełnie samych, ale po chwili wrócił i mrugnął do dziewczyny znacząco, a następnie zniknął na dobre.
M. otworzyła usta w niemym zdziwieniu, ale nic nie powiedziała, ale ja za to miałem jej do powiedzenia tylko kilka słów, które na pewno dodałyby otuchy każdemu.
- Dobry wybór, moja droga. Znam Bena jeszcze zanim poznałem ciebie i wiem, że ma świetny gust, co do kobiet, a ty, co do mężczyzn.
To rzekłszy zostawiłem ją z myślami, które zapewne zaczęły pojawiać się po tych słowach i poszedłem poszukać tym razem Sherlocka, który miał zostać po raz drugi tatą.

***
Na lekarza nie czekaliśmy długo, ale mnie wydawało się to wiecznością, mimo że ledwo rejestrowałem gdzie jestem. Strach paraliżował od stóp do głów, lecz nie chciałem, by wpłynęło to na Annę i ukrywałem skrzętnie każde swoje wahanie względem sytuacji. 
Nie wiedziałem czy wejść do sali, czy zostać, jednak słysząc wrzask żony, bym jej nie zostawiał przywrócił trochę jasność umysłu i zostałem ponawiając pytanie o dziecko, na co wywrzeszczała krótkie, polskie i dosadne:
- Spierdalaj! Rodzę!
Więcej nie odważyłem się zapytać, ale to chyba dobrze, bo moja piękna potrzebowała teraz wsparcia, a nie trucia, ale za te przekleństwa naprawdę powinienem wyciągnąć konsekwencje. Tak czy inaczej nie wiedziałem czego się spodziewać, chociaż wiedziałem, że przecież nie kosmity, mimo to lęk przed nieoczekiwanym wzrastał z każdym jęknięciem Anny i nie mogłem go już opanować. Po prostu patrzyłem ze strachem na ukochaną i szeptałem, że jeszcze chwila i będzie dobrze, i będziemy mieć teraz pełną rodzinę. 
- Sher... - wydyszała. - Ja nie dam... rady... A!!! 
Przytrzymałem mocniej dłoń, która już dawno zostawiła ślady paznokci na skórze i przebiła ją do krwi. Nie dbałem o rany, jakie zadała, bo wiedziałem, że dużo bardziej znosi cierpienie niż ja. Tak fizyczne, jak i psychiczne, i w tym momencie postanowiłem, że nigdy więcej nie zrobię podobnej rzeczy, nie sprawię, by cierpiała przeze mnie nadaremnie.
Otarłem pot z czoła mojej księżniczki, odgarnąłem mokre blond kosmyki, by nie przeszkadzały i patrzyłem z trwogą w oczach na całą sytuację. Nie wiem ile czasu minęło, ale zaczęło robić się naprawdę niebezpiecznie, co widziałem po personelu, gdy Anna z każdym skurczem słabła. Co miałem robić? Cholera przecież ja się na tym kompletnie nie znam!
- Sherlock... - jęknęła, patrząc na mnie z mieszaniną strachu, miłości i jakby czegoś czego jeszcze nie mogłem określić. - Ja... kocham...
Nieoczekiwanie osunęła się w moje ramiona, a ja pierwszy raz w życiu nie wiedziałem, co zrobić, myślą było: Boże nie!, ale musiałem się jakoś wziąć w garść. Wciąż czułem mocny uścisk dłoni Anny i wiedziałem gdzieś w duchu, że będzie dobrze, lecz w tym wypadku organizm wziął górę nad umysłem, nie potrafiłem zostawić jej choćby na chwilę.
- Nigdzie nie idę!!! - wrzasnąłem na kasztanowłosego lekarza.
- Sherlocku, posłuchaj. - odpowiedział spokojnie niskim, głębokim głosem. - Musimy mieć miejsce, bo inaczej im stanie się krzywda. Bądź rozsądny.
- Kłamiesz!
- Wyprowadźcie go. - powiedział po chwili do dwóch, większych ode mnie pielęgniarzy, którzy asystowali przy porodzie.
Zostałem wywleczony na korytarz i dopiero teraz poczułem ogromny ból w dłoni, jaki sprawiła Anna, ale nie obchodziło mnie to. Tak bardzo martwiłem się, że mogłem zrobić im krzywdę, a co gorsza nie wiedziałem, w jakim są stanie, bo z omdlenia wynikało, że jest kiepsko. 
Przysiadłem na krześle gdzie Thomas patrzył ze zmartwioną miną, ale o nic nie zapytał. Po prostu położył dłoń na moim ramieniu i tak jakby przytulił, za co byłem mu bardzo wdzięczny.
- Anna zemdlała. - powiedziałem głosem napiętym z emocji. - Boję się, Tom...
- Wszystko będzie dobrze, Sherlocku. Zobaczysz sam, że to kwestia czasu i nic poważnego się nie stanie z dzieckiem i Anną. Co ty masz na dłoni?
Westchnąłem cicho i dopiero teraz zauważyłem, że rany są naprawdę głębokie, a krew przesiąkła przez koszulę aż do łokcia. Pomyślałem wtedy, że nigdy nie chcę zadrzeć z żoną, bo mogłaby wyrządzić większe szkody nam obojgu gdyby postanowiła się wściec na tyle porządnie. 
Pokręciłem tylko głową, że to nieważne i ukryłem twarz w dłoniach. Dopiero teraz docierały do mnie pewne rzeczy związane z naszą przeszłością. Wszystko to, co wydawało się trudne, jak poznanie się, wspólna noc i niezliczone przygody, wiele cierpienia oraz nowi przeciwnicy było niczym w porównaniu z narodzinami drugiego dziecka. Życie spłatało mi mocnego figla, gdy dowiedziałem się, jaki naprawdę jestem. A jestem kochającym ojcem i mężem, lecz tylko w domu, bo ludzie, z którymi obcuję na co dzień są tacy sami; tępi, łatwowierni, myślący tylko o swoich przyjemnościach i szukający sensacji gdzie tylko się da. Mało kiedy spotykałem przeciwnika godnego do wysiłku umysłowego, któremu ja sam poddawałem się bez reszty w pracy detektywa konsultującego, a kiedy spotkałem opanował mnie strach i zwątpienie w swoje możliwości aktorskie, a byłem przecież idealnym aktorem. 
- Sherlocku, coś ty zrobił? - zakrzyknął ktoś nagle gdy byłem pogrążony w rozmyślaniach. Spojrzałem w stronę skąd dochodził głos kobiety i ujrzałem Molly. Zupełnie odmienioną i jakby promieniejącą szczęściem, co było do niej niepodobne. - Przecież to wygląda jakbyś dostał się we wnyki!
- Te wnyki nazwałbym moją żoną. - zażartowałem posyłając dziewczynie blady uśmiech.
- Trzeba to opatrzyć, bo może wdać się zakażenie.
- Nie zostawię Anny. - odparowałem zaraz z paniką w głosie, co zaskoczyło nawet mnie.
- Nie marudź. - rzuciła i zaczęła podnosić mnie z krzesła. - Ona jest w bezpiecznych rękach, wiem coś o tym.
Popatrzyłem ostro na patolog, która jakby kryła coś przed światem, ale nie raczyła wyjaśnić, o co chodzi więc przeniosłem pytające spojrzenie na brata.
- Molly umawia się Benem. 
- Och... No... to rzeczywiście może wiedzieć, co mówi. - burknąłem kąśliwie, ale zignorowała ton mojego głosu i przewlekła przez cały korytarz prowadząc do windy.
Przejechaliśmy kilka pięter w dół do kostnicy, a ona nadal milczała, jakby urażona moją wcześniejszą uwagą, ale znaliśmy się na tyle dobrze, by mogła wywnioskować, że jestem taki w stosunku do wszystkich znajomych.
Podała krzesło, a ja grzecznie klapnąłem na min, by nie prowokować awantury. Z doświadczenia wiedziałem, że z kobietami lepiej nie zadzierać, a zwłaszcza z takimi, jak Molly, Mary czym moja ukochana, bo mogłoby się to skończyć naprawdę kiepsko. Oczywiście dla mnie. 
Wyciągnęła z szafki znajdującej się obok drzwi spirytus, waciki oraz bandaż elastyczny, po czym przysiadła przy mnie i zaczęła przemywać rany, które piekły w kontakcie z alkoholem, zacisnąłem jednak zęby, by nie narzekać zbytnio na okazywaną troskę.
- Naprawdę jesteś z Beniaminem? - zapytałem w końcu, po dłuższym milczeniu obojga.
- Tak wyszło. - mruknęła zwięźle jakby nie chcąc dzielić się tą dobrą nowiną.
- Cieszę się, że znalazłaś kogoś odpowiedniego dla siebie. 
- No na ciebie liczyć nie mogłam. 
W mgnieniu oka zrozumiałem, że to żart i co dziwne nie był taki zły, bo Molly miała w zwyczaju opowiadać anegdoty wyłącznie o zmarłych, który badała. Posłałem kobiecie szeroki uśmiech, na co uniosła jedną z brwi w dość teatralny sposób.
- Ja jestem zbyt trudny, nie wytrzymałabyś ze mną pięciu minut. Przecież próbowałem wtedy...
- I zrozumiałam, że nie jesteś odpowiedni, choć łączy nas wiele. 
Odetchnąłem z ulgą gdy usłyszałem to z jej ust. Nie pomyślałbym, że sama zainteresowana przyzna się kiedyś do błędu, ponieważ ona w zasadzie pomyłek nie popełniała, a przynajmniej nigdy w eksperymentach naukowych. Spojrzałem jeszcze raz i zauważyłem te same rumieńce, które gościły tylko przy mnie. Miałem nadzieję, że nie ja je wywołałem i tym razem. 
- Benjamin jest świetny. - powiedziała, po chwili. - Nikt nie poświęca mi tyle uwagi, co on i to jakoś pozytywnie wpływa na mój charakter.
- To raczej dobrze. - posłałem jej kolejny uśmiech. - W takim razie liczę na zaproszenie na wasz ślub.
- Znamy się dopiero kilka miesięcy! - zawołała wojowniczo, ale wybuchnęła śmiechem niczym małe dziecko rozradowane samym tylko oddychaniem.
W tym czasie zadzwonił telefon, który miał na zawsze odmienić moje życie. Rozmówcą był nie kto inny, jak chłopak Molly, który informował, że wszystko poszło bardzo dobrze, choć Anna groziła mu z pięć razy, bo mnie odprawił z kwitkiem.
Bez słowa przebiegłem przez korytarz, by zobaczyć ukochaną, choć z wielkim lękiem, bo nie wiedziałem, jak zareaguje. Chciałem jednak przytulić tego anioła, który porwał moje serce od pierwszego wejrzenia nie bacząc na nastrój. Poza tym byłem bardzo ciekawy, co też przyniósł ten pokręcony los, który spłatał niezłego figla rodzinie. 
Przemierzyłem cały szpital gdy zauważyłem lekarza Anny ocierającego pot z czoła. Widząc mnie jakby się zawahał, ale tylko przez chwilę, bo potem podszedł i szczerze pogratulował żony i zdrowego dziecka nie informując przy tym jakiej jest płci. Domyśliłem się, że moja rezolutna Anna specjalnie poprosiła go, by nic nie mówić. Krzyż Pański z tą kobietą dosłownie. 
- Jest w sali numer pięć. Czekają na ciebie.
- Dzięki. - rzuciłem tylko i prężnym krokiem ruszyłem na oddział.
Mijałem powoli sale aż doszedłem do tej, w której leżała, lecz przystanąłem na chwilę. Wejść, czy nie wejść? Oto jest pytanie. Odganiając myśli wszedłem pewnym krokiem. Obok łóżka mojej księżniczki było łóżeczko, w którym leżało małe zawiniątko, które wyciągało ciemne rączki... I w tym momencie zamarłem. Jak to? Zapytałem sam siebie, a w mojej głowie pojawiła się najpierw pustka, a potem przemożna chęć wybiegnięcia z sali. Ale jak to możliwe? 
Anna miała przy sobie jedno z dzieci i właśnie karmiła je z czułością. Coś mi tu cholera jasna nie gra! - wydarłem się na siebie w myślach. Podszedłem z nogami, jak z ołowiu, które ledwo mnie niosły. Dwójka i jedno... czarne? Anno, co ty robiłaś gdy ja rozwiązywałem zagadki?! Przełknąłem głośno ślinę, nadal nie wierząc własnym oczom.
- O cześć, kochanie! - zawołała cicho i radośnie. Mnie nie było do śmiechu... - Masz minę jakbyś chciał mnie zabić.
- Ja... - jęknąłem trochę niezrozumiale, ale w chwilę później mój umysł pracował na pełnych obrotach. Trzeba się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. - Jak się czujesz?
- Zmęczona, ale szczęśliwa. - zawołała mnie wolną ręką, a ja podszedłem otumaniony całą sytuacją. - Przedstawiam ci twoją córeczkę.
- Och... - stałem tuż przy nich i patrzyłem, jak mała istotka spoczywa ufnie w ramionach matki ssąc pierwszy w życiu pokarm. Na początku ogarnęło mnie wzruszenie, ale znów zastąpiło je uczucie wielkiej krzywdy. Zerknąłem ukradkiem na łóżeczko obok z ciemnym, niczym heban dzieciątkiem i posłałem Annie pytające spojrzenie pełne wyrzutu oraz wściekłości.
- To córka koleżanki. Wyszła na chwilę do toalety więc zaoferowałam, że zerknę. - odpowiedziała, jakby odgadując moje myśli, a ja klapnąłem na łóżku tuż przy nogach żony i odetchnąłem z ulgą. Jak mogłem posądzić ją o zdradę. - Niezły ci numer wycięłyśmy, nie ma co.
- T - to... to było zaplanowane? - zapytałem nie dowierzając.
- Tak kochanie. - cichy śmiech spowodował, że i ja pozwoliłem sobie na uniesienie kącików ust. - To za karę, że mnie tam zostawiłeś.
- Oj cicho bądź. - przysiadłem bliżej i z największą czułością złożyłem na jej wargach bardzo gorący i namiętny pocałunek. 
***
- To koniec, Jim. - powiedział nagle gdy właśnie pakowałem swoje rzeczy do torby.
W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, o co może mu chodzić, ale odwróciwszy się zobaczyłem niespotykany chłód w jego oczach. Patrzył na mnie, jakbym był czymś najgorszym na świecie i w końcu zrozumiałem. To, co istniało między nami, odeszło bezpowrotnie i nic nie mogłem na to poradzić, choć miałem nadzieję, że wszystko zaczęło się układać. 
- Tylko to masz mi do powiedzenia? - zapytałem, obserwując go uważnie. 
- Nie mogę patrzeć na to, jaki został z ciebie wrak człowieka i to przez moją głupotę! Za każdym razem gdy choćby zerkam, nie ma w tobie nic z Jamesa, którego poznałem ponad rok temu i to mnie kurwa boli. Męczę się widząc twój stan. 
- Ja natomiast męczę się gdy widzę winę w twoich oczach. - odparłem zimno, po czym dokończyłem pakować rzeczy. - Masz rację, lepiej będzie, jeżeli odejdziesz. To do was Holmesów podobne.
- Jesteś nie fair.
Usłyszawszy jego skargę prychnąłem cicho. Kim on był, by mówić, że jestem odmieniony? On sam to spowodował, a nie jakieś tam trucizny czy wydarzenia w ciągu tego czasu. On sam pokazał, że można żyć lepiej i nie próbować sobie komplikować życia bardziej niż jest to potrzebne, ale co z tego skoro zamierzał mi przypomnieć, że osoby takie jak ja, nigdy nie osiągną choćby radości i zabicia nudy w nędznym życiu?
- Wynoś się. - warknąłem nawet na niego nie patrząc. 
Dosłyszałem w odpowiedzi jakby przekleństwo, a kilka sekund później Thomasa przy mnie nie było.
Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić, ale wolałem chyba, by to wszystko się skończyło, jak najszybciej. Ukryłem twarz w dłoniach i pomyślałem, że jestem już na skraju wyczerpania i to na swoją prośbę, ale nie było w tym jego winy. Jak mógłbym winić go tylko za to, że na mnie wtedy spojrzał? Że otarł ręką o moją rękę? Że zaszczycił swym głosem, który przywodził na myśl dzwon? Że chwycił za dłoń, kiedy nie spodziewałem się tego w zupełności?
Co będzie, to będzie, ale czas na działanie i współpracę, choć na dobrą sprawę wcale nie uśmiechał mi się kontakt z idiotami, którzy stoją po stronie aniołów i rozstawiają wszystkich po kątach, lecz nie było innego wyjścia. Niestety moje wtyczki były teraz warte jedno wielkie zero, ponieważ Elise Stone miała je w garści i  nie tylko je, bo dobrała się również do zabójców tak celnych, jak dobra cięta riposta i to chyba przerażało mnie najbardziej. Szerzyła nimi jeszcze większy postrach, nazywając ich Pięcioma Cieniami, ale musiałem przyznać, że nazwę wybrała wyjątkowo trafną, zważając na fakt, że zabijali po cichu i mało kto wiedział o ich istnieniu. 
Gdy wyszedłem ze szpitala postanowiłem, że wezmę taksówkę, ale moim oczom ukazało się auto, które podprowadziłem kiedyś, będąc wściekły na Toma. Postawiłem od razu, że podejdę, ale wiedziałem, że w środku zastanę tylko kluczyki w stacyjce i nie myliłem się. Mój ukochany przyjechał nim specjalnie po to, bym wrócił do "normalnego" życia, ale czy umiałem, nie wiedziałem sam.
Wsiadłem i ruszyłem czym prędzej do mieszkania, które miałem zamiar niebawem sprzedać. To, że moi "wrogowie" znali teraz jego nie pomogłoby w pracy, bo wcale nie zamierzałem z niej rezygnować. Zbyt dużo kosztowało dorobienie się na tym interesie, a przede wszystkim nie wiedziałbym, co ze sobą począć po tym, co usłyszałem kilkanaście minut temu.  
Chciałem jak najszybciej dotrzeć, ale nie było mi dane, ponieważ zostałem zatrzymany przez kordon policji, oczywiście nie tylko ja, ale kilka ulic od mojego centrum dowodzenia doszło do jakiejś katastrofy. Postanowiłem wysiąść i w tym samym momencie otrzymałem od Morana wiadomość następującej treści...
CZTERY WYBUCHY W JEDNYM CZASIE. THOMAS LEDWO USZEDŁ Z ŻYCIEM. MORAN
Przeczytawszy to zadzwoniłem od razu do wcześniej wspomnianego, ale o dziwo odebrała jakaś kobieta, mówiąc, że mój ukochany znajduje się na ulicy, przy której praktycznie byłem. Pobiegłem tak na tyle na ile miałem sił w nogach, choć wiedziałem, że będzie to później kosztować wiele cierpienia, ale nic innego się nie liczyło, prócz jego bezpieczeństwa.
Widząc go, krew stężała mi w żyłach, lecz podszedłem. Na twarzy miał drobne rany, ale widziałem, że bardzo to przeżył. Ręce strasznie mu drżały i nie wiedziałem, jak zareaguje na mój widok, tylko że nie było to istotne, potrzebował kogoś, kto mógłby mu wyjaśnić, co się dzieje.
Bez większych frazesów przytuliłem go bardzo mocno do siebie szepcząc:
- Bogu dzięki, że nic ci nie jest.
- Co tu robisz? - zapytał ostro, odpychając mnie. - To twoja sprawka, tak?
- Nie mam z tym nic wspólnego, Tom. - odparłem zgodnie z prawdą. - Właśnie wracałem, a ktoś dał mi znać, że tutaj jesteś. 
- Moran? 
- Nieważne. - burknąłem, bacznie mu się przyglądając. - Ważne, że nic ci nie jest.
Widziałem, jak robi najpierw zdziwioną minę, a potem wybucha histerycznym śmiechem, który słyszało około dwudziestu osób znajdujących się w naszym zasięgu. Pierwszy raz od ponad roku widziałem w jego postawie pogardę i pewność, co do tego, że jestem zły do szpiku kości i już wiedziałem, że nic z tego nie będzie, ale nie potrafiłem przestać czuć tego, co on sam zapoczątkował. Był kimś, kto nadał barwy temu nudnemu życiu i wiedziałem, że choćbym już nie miał zasmakować jego ust, będę zawsze gdy tylko da znać. 
- Powiedzieć ci coś? - warknął nowy Tom, bo tylko tak mogłem nazwać tę przemianę. - Mam powyżej uszu twojego towarzystwa i jestem pewien, że spowodowałeś ten wybuch, bo ty nie potrafisz być normalny. Nigdy nie sprostasz wymaganiom, jakie mogłaby posiadać osoba mi bliska i wybij sobie z głowy, że jeszcze kiedykolwiek...
- Dość. - mruknąłem zimno, a kobieta, która stała obok popatrzyła na nas ze strachem. To zapewne ona odebrała telefon, ale nie chciałem jej dziękować, za opiekę nad tym upartym debilem. - Idziesz ze mną. Porozmawiamy w domu, bo nie zamierzam ci tłumaczyć pewnych spraw przy ludziach. Zachowujesz się, jak szczeniak, który potrzebuje porządnego lania. 
- Nigdzie nie idę! Nie masz po co się wysilać, Moriarty, bo i tak jesteś przegrany.
W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć, ale szybko się opanowałem. Postanowiłem, że zagram, jak zwykle nie czysto, ale mi się to opłaci, bo stała obok ta kobieta. Wiedziałem, że nie pozwoli, by nie posłuchał moich żali, gdyż sama też będzie je słyszeć, a widać było, że stosunki między nami ją dość mocno zaabsorbowały. 
- Pierwszy raz wymówiłeś moje nazwisko. - szepnąłem cicho, prawie z trwogą w głosie. - Tyle dla ciebie poświęciłem, Tom, a ty... - poczułem, że moje oczy wilgotnieją i tym razem skierowałem wzrok na rudą, która bacznie obserwowała całą sytuację. - Niech pani mu coś powie. - jęknąłem, a po moich policzkach spłynęły łzy. - Prawie zginął, a ja... - złożyłem ręce, jak do modlitwy i zacząłem skomleć. - Ja nie potrafię żyć bez tego wariata. Tyle nerwów poświęciłem gdy myślałem, że nie żyje, a on nawet nie chce ze mną porozmawiać. 
Popatrzyła w zupełnym zdumieniu, ale w chwilę później zaczęła przekonywać tego głupka, by poszedł ze mną pogadać. 
- Posłuchaj, chyba powinieneś. Widzisz, on się o ciebie martwi. Chyba nie jest taki zły, jak myślisz, co?
- Nie wiem, jaki jest proszę pani. Nie wiem w ogóle, co on sobie teraz myśli, bo ewidentnie gra załamanego.
Gdy to powiedział, moje serce zaczęło kołatać niebezpiecznie i wiedziałem, że jeżeli zaraz się nie uspokoję, może się to źle skończyć. Taka była cena różnych wysiłków, choć Sherlock powiedział, że będzie tak tylko przez jakiś czas. Miałem nadzieję, że mówił prawdę, bo nie chciałem umierać, zwłaszcza że kochałem tego wariata, który stał przede mną z naburmuszoną miną. Miałem dla kogo starać się o dalsze istnienie. 
Poczułem, że krew odpływa z mi twarzy, ale wolałem nie pokazywać słabości. Wiedziałem, że wtedy po prostu ucieknie, nie mogąc na mnie patrzeć, bo obwiniał się bezpodstawnie o wszystkie nieszczęścia, jakie wycierpiałem przez tę krowę o imieniu Elise.
- Błagam cię, Thomas. - jęknąłem jeszcze żałośniej niż wcześniej. - Ja tak dłużej nie wytrzymam, jeżeli nie będzie ciebie przy mnie. Nadałeś sensu mojemu życiu, a teraz odchodzisz bez słowa, bo tak ci wygodnie.
- Nie ładnie, chłopcze. - mruknęła do niego, zaszczycając zawiedzionym spojrzeniem zielonych oczu. - Musicie to sobie wyjaśnić, ale nie tutaj. Popatrz, wszyscy zaczęli was obserwować.
- No dobrze. - warknął mój chłopak, rozwścieczony do granic możliwości. 
Wziął mnie teatralnie za ramię, po czym zaczął syczeć do siebie jakieś niezrozumiałe słowa, ale nie obchodziło mnie to, ponieważ był z daleka od niebezpieczeństwa, a czułem, że Cienie na pewno nas obserwują.
Odetchnąwszy w z ulgą otarłem łzy, bo zaczęły trochę dokuczać. 
Podszedł ze mną do samochodu, ale nie wsiadł gdy otworzyłem przed nim drzwi. Po prostu to zignorował i stał, patrząc w moje czekoladowe oczy, które w tym momencie nabrały jakby blasku dzięki sporemu nawilżeniu. Założył ręce na klatce piersiowej, co bardzo rozbawiło, ale nie powiedziałem choćby słowa, by zrobić ku temu przytyk, chociaż jego postawa wyglądała na obrażone dziecko, które nie dostało cukierka od świętego Mikołaja.
- Wsiadaj, a potem przejdziemy do meritum. - burknąłem i schowałem się w białym aucie. 
Czekałem dobrych kilka minut zanim ruszył szacowny tyłek, by pojechać ze mną do mieszkania, ale nie miałem mu za złe wahania, bo wiedziałem, co myślał. Był przekonany, że jestem odpowiedzialny za wybuchy w Londynie, chociaż nie mógłbym dokonać tego w tak krótkim czasie, by go przestraszyć. Byłoby to zupełnie niewykonalne z punku widzenia fizyki. 
Nie odezwał się ani słowem i wtedy przypomniałem sobie fakt, że tak samo wyglądało to wtedy, gdy zacząłem czuć do niego coś więcej niż zwykłe pożądanie. Zatoczenie koła w tym parszywym świecie w moim przypadku nigdy nie wchodziło w grę, ale tym razem nie było tego nijak obejść. 
Droga wydłużyła się o kolejne pół godziny, ale nie narzekałem. Mogłem cieszyć się, że on jest jeszcze przy mnie i mogę choćby na niego zerkać, bo tym razem postanowiłem prowadzić ostrożniej. Chciałem pokazać, że wyleczył mnie z pewnych zachowań, chociaż wcale tak nie było, bo nadal lubiłem prędkość, niebezpieczeństwo i pewne rzeczy, których by nie pochwalił. 
- Jedziemy do domu? - zapytał w końcu po bardzo długim milczeniu. 
Głos odmówił mu posłuszeństwa, co było zrozumiałe po wydarzeniach dzisiejszego dnia, ale ta chrypa nim targająca wydała mi się bardzo seksowna w jego wydaniu. Przygryzłem wargę i kiwnąłem głową nie zaszczycając go spojrzeniem. Moje myśli powędrowały w zupełnie innym kierunku, co bardzo mnie zdziwiło.
Gdzieś w głowie głos, który towarzyszył mi przez wiele lat zaczął na nowo swoje tyrady szepcząc, że nie mogę wypuścić go z rąk, jeżeli czuję do niego, jakieś tam uczucie, które spowodowało tyle... nie wiedziałem jak to nazwać, ale chyba szczęścia. 
Podjechałem na parking, ale nie wysiadłem, bo w powietrzu czułem bliżej nieokreśloną granicę między tym, co wydarzy się dalej a miejscem, w którym tkwiliśmy. On również siedział nieruchomo i wiedziałem, że on czuje to samo. Popatrzyłem na Thomasa i w chwili gdy nasze oczy się spotkały postanowiłem zrobić tylko jedno. Kochałem go do granic możliwości więc pozostała siła perswazji, jaka działała na niego zawsze.
Nachyliłem się ku niemu lecz z zaskoczeniem stwierdziłem, że zrobił to samo i nie było już wątpliwości, nie było jakiejkolwiek rezerwy w tym, co zrobiliśmy, a zaczęliśmy całować się, jakby był to ostatni pocałunek, jaki mieliśmy razem przeżyć.
Czułem jego wargi na swoich i wzdychałem co chwilę cicho, gdy jego zęby kąsały je zapamiętale, przyprawiając o szybsze bicie serca i drżenie dłoni, które w tym momencie wylądowały na płaszczu Thomasa. Tak bardzo chciałem go czuć bliżej, bardziej i mocniej, że nie zwracałem uwagi, na to, że zaczęło wirować w mojej głowie.
Jego ruchy również zaczęły być coraz śmielsze, na co mój organizm zareagował bardzo przychylnie, a zwłaszcza jego pewna część, która ostatnimi czasy była bardzo mocno niedopieszczona. Jęknąłem głucho czując paznokcie na swojej skórze i błagałem, by nie skończyło się tylko na tym. Nie mogłem wytrzymać choćby chwili bez dotknięcia czy muśnięcia warg w szpitalu, a to naprawdę sprawiało przyjemność, gdy wodził palcami po moim torsie w taki sposób. 
- Thomas - wyszeptałem z ledwością, bo w tym momencie przygryzał skórę na mojej tętnicy szyjnej. - Nie odchodź, błagam...
- Ci... - mruknął, zamykając mi usta bardzo długim i namiętnym pocałunkiem, który spowodował jeszcze większy mętlik.
Przytuliłem go mocniej do siebie, by nigdzie nie uciekł, ale wiedziałem dlaczego te pieszczoty były tak gwałtowne. To definitywny koniec wszystkiego, co wydarzyło się między nami od czasu pamiętnej ulewy i choć czułem, że tak będzie dla nas obojga lepiej, nie chciałem tego. 
Gdy skończyliśmy z trudem się od siebie odrywając, zaszczycił mnie jeszcze raz płomiennym spojrzeniem swych szafirowych oczu i pogładził wierzchem dłoni po pliczku zatrzymując się na chwilę na wargach, po czym wyszedł bez słowa pożegnania. 
Dosłyszałem trzaśnięcie drzwiami, a sam uderzyłem głową w kierownicę z nieskrywaną furią.
***
Czułem na sobie dłonie, które w tym momencie wiązały bordowy krawat i pomyślałem, że to niepojęte w jaki sposób jedna rzecz połączyła mnie i jego, detektywa Lestrade'a. Wystarczyło, że Sherlock wysłał go, byśmy ustalili wszystko, co było związane ze zniknięciem szanownego brata, a potem potoczyło się już bardzo prosto, choć naprawdę tego nie rozumiałem. Związki dla mojej osoby były czymś, co utrudniało życie i pracę, której poświęciłem nawet relację z Williamem, bo tak zwykłem nazywać go gdy był dzieckiem, które często błądzi, ale widziałem, że ślub z tą Polką jest naprawdę czymś, co zmieniło nastawienie brata. 
- O czym myślisz, kochanie? - zapytał mnie Gregory, gdy skończył zabiegi z krawatem. Swoją drogą nie wiedziałem dlaczego mu na to pozwalam, ale poradził sobie nader dobrze, jak na kogoś takiego pokroju. 
- O niczym szczególnym... Właściwie o tym, jak to się stało, że teraz jesteśmy małżeństwem. - odparłem luźno, ale lekko znudzonym tonem, bo naprawdę, mimo iż temat jakoś ciekawił, to nie potrafiłem tego okazać.
- Czy to nie proste? Jesteś chłodny do przesady w obyciu, ale gorący w czymś innym...
- Znów zaczynasz, tak? Nie moja wina, że upiłeś mnie wtedy i wylądowaliśmy, gdzie wylądowaliśmy. 
- No, ale potem jakoś nie mogłeś tego zostawić samemu sobie i tak oto chodziłeś za mną krok w krok, by wiedzieć, co robię. I ta twoja niedorzeczna zazdrość, Myc, gdy umówiłem się z Molly tylko na pogawędkę przy kawie.
Nie odpowiedziałem, bo wiedziałem, że ma rację. Już wtedy zacząłem myśleć o nim w sposób własności, a to nie pomogło w dalszych relacjach między nami, bo tak naprawdę nie chciałem do nich dopuścić. Dlaczego? Ponieważ wolałem, by to ktoś zabiegał o mnie, a ja śmiało mógłbym wtedy odciąć się od wszystkiego raniąc do granic możliwości i bez większego żalu, ale było inaczej. Dopiero czas pokazał, że nie potrafię skupić się na choćby najdrobniejszym szczególe w pracy czy życiu więc postanowiłem i teraz jestem chyba szczęśliwy, jeżeli umiem odczuwać to coś, co jest we mnie. 
Nasze milczenie, które Gregory okraszał pocałunkami przerwał telefon od Moriarty'ego. Nie spodziewałem się, że zadzwoni o tej porze, bo było naprawdę wcześnie, ale odebrałem ze stoickim spokojem.
- Tak Jim?
- Elise zaczęła działać, ale to pewnie już wiesz. - mruknął, mocno zachrypniętym głosem. Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak więc skupiłem się na każdym słowie. - Twój brat...
- Co z nim? - zapytałem, choć wiedziałem, co stało się między nimi. Po głosie przestępcy można było wywnioskować, że nie są razem. - No mówże.
- O mało nie zginął w jednym z wybuchów tej podłej suki. - prawie splunął zdaniem, na co tylko westchnąłem. 
- Na szczęście nie zginął, ale do rzeczy, Moriarty.
- Cienie działają coraz prężniej. Ostrzeż Aniołka, żeby jego żona uważała na jakieś dziwne rzeczy, bo z tego co wiem, bystra z niej sztuka. Pierwsza część planu wygląda następująco. Sprowadźcie Harrisona do kraju, bo muszę ustalić z nim kilka szczegółów dotyczących Elise. On wie o niej najwięcej, a przynajmniej tak czuję.
- Czyżbyś chciał wykorzystać go przeciw niej? - zadałem mu kolejne pytanie, ale wiedziałem, że tak właśnie będzie. Wolałem jednak upewnić się czy nadal myślę w taki sam, jak on sposób.
- Dokładnie tak, a teraz czas zacząć grę, ciao Holmes. 
- On wróci. - rzekłem na pożegnanie, by poprawić jakoś nastrój tego nieszczęśnika i odłożyłem telefon na szafkę. - To na czym skończyliśmy, Gregory?
- Chyba na tym, że niepotrzebnie zawiązywałem ci ten krawat. - odparł swym niskim głosem, a mnie przeszły ciarki na całym ciele. 
Jakim cudem powodował takie doznania nie wiedziałem, ale miałem cichą nadzieję, że nigdy nie przestanę czuć się tak dobrze.

***
Siedziała właśnie przy kominku z jasno płonącym holograficznym ogniem, który rzucał na cały zaciemniony salon odrobinę jasności, gdy zadzwonił telefon. Czekała na niego przez dwa miesiące, a gdy nadeszła upragniona chwila zemsty ogarnął ją wielki strach. Wszystko na wyciągnięcie dłoni, ale zbyt łatwe, by cieszyć się chwilą.
- Jest cały? - zapytała próbując zachować spokój, ale słabo wychodziło, ponieważ ten moment był najważniejszy w całym życiu.
- Powiedzmy, że tak...
- Jeżeli zrobiłeś mu coś poważnego zrobię z ciebie nakrycie na moją nową kanapę, jasne? 
- Tak jest. - powiedział z przestrachem. - To tylko drobna rana, która sprawia ból.
- W porządku. Czekam na naszego gościa.
Miała Moriarty'ego w garści! Cóż to była za zdobycz gdy w grę wchodziła największa stawka, a mianowicie opanowanie całego Zjednoczonego Królestwa, którego szczerze nienawidziła oraz półświatka przestępczego. Mogła pozwolić sobie teraz na szklaneczkę ulubionej szkockiej i odprężenie na kremowej kanapie wyłożonej białym, tygrysim futrem, którego upolował Omar. Wzięła jeszcze raz telefon do ręki, po czym zaczęła wystukiwać coś na klawiaturze. Czas na kolejną partię. - pomyślała mściwie, a gdy wysłała wiadomość w innej części Anglii pewien mężczyzna siedzący w fotelu przed kominkiem w swoim mieszkaniu otrzymał powiadomienie, że zaczęły się dziać bardzo niepokojące rzeczy. Owym mężczyzną był nie kto inny, jak Mycroft Holmes. 

wtorek, 19 sierpnia 2014

:)

Kochani moi, dziękujemy za cierpliwość. Jeszcze trochę :) Obiecujemy, że nie pożałujecie :)

środa, 23 lipca 2014

Rozdział 54: Wszystko ukryte

“Where'd you go?
           I miss you so
           Seems like it's been forever
          That you've been gone
          Where'd you go? 
          I miss you so
         Seems like it's been forever
         That you've been gone
         Please come back home”
                 Fort Minor - Where'd you go?

https://www.youtube.com/watch?v=zQdglLeGQXM


Jest już prawie druga w nocy, a ja co chwilę wzdycham z irytacją i nie mogę spać. To w sumie normalne odkąd Sherlock wyjechał, ale akurat teraz mam jakieś dziwne przeczucie, sama nie wiem czego. Kręcę się na łóżku, w którym powinien obok mnie leżeć mąż, to z boku na bok, to na plecy, a w środku czuję pewną nerwowość. Wydawać by się mogło, że spowodował ją list od Elise bądź rozmowa z Moriartym, ale jednak nie. Czuję, że to nie przez to. Ale w takim  razie przez co?
Nie. Wiem, że nie dam rady zasnąć, w każdym razie nie w najbliższym czasie, i uznaję, że dobrze by było wstać. Może to wariactwo o drugiej w nocy chodzić po domu, w końcu jeszcze obudzę i wystraszę Sandrę czy panią Hudson, nie mówiąc o małym, ale obiecuję sobie, że będę cicho. Tej nocy nie wytrzymam dłużej sama w tym pustym łóżku.
Wstaję i przez chwilę z miłością obserwuję synka, który śpi słodko, obejmując jedną rączką misia. Mój kochany, cudowny aniołek… I codziennie pyta o ojca. Już nie mam serca ani siły po raz kolejny zapewniać go, że tata niebawem przyjedzie. Niebawem… znaczy kiedy? Kiedy przyjedziesz, najdroższy?
Z westchnieniem wychodzę z sypialni i idę do kuchni, by nalać sobie wody. Po ostatnich przejściach mam taki mętlik w głowie, że powoli zapominam już jak się nazywam. A przecież nie mogę się stresować, mojemu drugiemu kochanemu maleństwu mogłoby to zaszkodzić. Ostrzeżenie dostałam przecież niedawno, kiedy był ten wybuch niedaleko.
Staram się jakoś uspokoić skołatane nerwy i, głaszcząc się po brzuchu, podchodzę do okna w salonie. Jest już luty, dookoła wszystko zasypane białym, puszystym śniegiem, a na ciemnogranatowym, prawie czystym niebie można dostrzec morze złocistych punkcików. Ciekawe czy Sherlock u siebie, gdziekolwiek przebywa, widzi te same gwiazdy, to samo niebo?
- Gdzie teraz jesteś, kochanie? – pytam cichym szeptem, nagle czując się bardzo samotna. – Kiedy wrócisz do domu?
- Tak szybko, jak to było możliwe – słyszę nagle gdzieś z tyłu. - Harrison jest po naszej stronie.
Matko Boska, to głos Sherlocka… Szklanka momentalnie wypada mi z ręki i ląduje na dywanie, jakimś cudem nie pękając, ale wylewa się z niej woda. Nie zwracam jednak na to uwagi, tylko natychmiast odwracam się w stronę drzwi, w których stoi… Tak, to mój cudowny mąż, chociaż nie mogę w to uwierzyć. Przez parę sekund wpatruję się zszokowana w jego lekko zarumienione od mrozu policzki, stargane wiatrem ciemne loki oraz na wpół rozpięty już czarny płaszcz, ledwo pojmując to, co widzę. Potem przychodzi otrzeźwienie i uświadamiam sobie, że mój kochany właśnie wrócił do domu, że stoi teraz w drzwiach cały i zdrowy.
- Sherlock… - wyjękuję, po czym ruszam w jego stronę tak szybko, jak mogę, a raczej jak mi wolno. Za chwilę już jestem w jego ramionach, a po moich policzkach płyną gorące łzy.
- Anno, kochanie… - jego ręce obejmują mnie delikatnie, z miłością, i przez chwilę tkwimy tak, przytuleni do siebie. Potem Sherlock bierze moją twarz w dłonie i patrzy mi głęboko w oczy. – Jak się czujesz? A Alex? Wszystko w porządku? – pyta lekko drżącym głosem.
- Tak, w porządku, to znaczy… - oddycham głęboko, pożerając go wzrokiem. Po tych miesiącach rozłąki nie mogę się napatrzeć – Czasami było ciężko, ale twój list… był dla mnie jak talizman.
Dostrzegam, że na obliczu mojego męża nie ma już śladu rumieńców, przeciwnie, cały zbladł jak ściana. W dodatku spojrzenie owych cudownych, stalowych oczu wyraża żal i tęsknotę.
- Mogłem to jakoś inaczej rozegrać… Wyjaśnić ci wszystko przed wyjazdem, porozmawiać… ale pokłóciliśmy się i… Przepraszam…
- Dobrze już. Jesteś w domu, to najważniejsze – mówię cicho, ocierając sobie łzy z oczu, a potem bez namysłu wpijam się w jego usta, całując namiętnie jak nigdy. W tej chwili każda komórka mojego ciała pragnie stojącego przede mną mężczyzny niczym spragniony człowiek łyku wody, i wiem, że on czuje to samo.
- Dlaczego nie śpisz? – pyta w końcu Sherlock, kiedy po paru długich minutach odklejamy się od siebie. – Jest środek nocy.
- Dziś jakoś nie mogłam, tylko kręciłam się nerwowo na łóżku. Chyba przeczuwałam, że wrócisz – uśmiecham się czule.
- Siądźmy może? Porozmawiamy na spokojnie, skoro wszyscy śpią.
Kiwam głową i, trzymając się za ręce, idziemy zająć miejsce na kanapie. Kiedy już siedzimy, wtulam się w czarną koszulę Sherlocka najmocniej jak mogę, i staram się uspokoić nadal szybko bijące serce.
- Więc jednak obudziłeś Jima? – pytam po jakiejś chwili.
- Tak. Niedługo po naszej kłótni dopadły mnie straszne wyrzuty sumienia i chociaż wciąż nie byłem do tego przekonany, postanowiłem spełnić twoją prośbę. Dla ciebie i Toma, co zresztą pisałem w liście – całuje mnie w czoło. – Potem zastanawiałem się jak to zrobić, bo  ta trucizna w ciele Jima to był naprawdę rzadki i dziwny środek… W końcu odkryłem człowieka imieniem John Harrisom, którego krew była chyba jedyną rzeczą, która mogła pomóc Moriarty’emu. Pojechałem zatem go odszukać… Zajęło mi to dużo czasu, byłem w wielu krajach… Ukrainie, Rosji, Rumunii… i nie tylko…
- Z racji tego, że niedawno rozmawiałam z Jimem, wnioskuję, że go znalazłeś… - uśmiecham się, czując w środku wdzięczność za to, iż jednak mnie posłuchał.  
- Tak, w końcu na niego trafiłem. Nie było to łatwe, ale się udało, i w sumie w samą porę, sądząc po stanie, w jakim był… albo raczej jest… Thomas.
Na wzmiankę o Tomie ciężko wzdycham. Sherlock musi wyjaśnić pewną kwestię, która męczy mnie niczym uciążliwy komar.
- Jim mówił, że to ty wywołałeś u niego zawał… - wyrzucam z siebie, lekko zszokowana. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, w końcu to jego ukochany brat.
- Spokojnie, ten środek nie był aż tak groźny, wszystko było pod ścisłą kontrolą i szczegółowo zaplanowane. Poza tym trzeba go wyrwać z narkotyków, a żeby to się udało należy nim nieźle wstrząsnąć. Może teraz w końcu zacznie szanować swoje zdrowie i życie.. Nie mogę pozwolić przecież zaćpać mu się na śmierć…
Cóż, nadal mam zamęt w głowie, ale nie mogę powiedzieć, że racje mojego męża nie są słuszne. W pewnym sensie je popieram, ale czy aż taka terapia szokowa nie jest za mocna? Chociaż, jakby na to nie patrząc, jeśli ona nie przyniesie skutków, to już chyba nic nie pomoże. Ale przemyśleć tego dokładniej nie mam na razie siły, jedyne, co jest dla mnie w tej chwili ważne to obecność Sherlocka.
- Jest jeszcze coś – przypominam sobie nagle i sięgam do torebki zostawionej obok na kanapie. Wyjmuję z niej list od Elise i pokazuję ukochanemu. – Rozumiesz coś z tego? I o co chodzi z tym 5SoE? Moriarty i Greg o tym wspominali… Jim też mówił coś o Jokerze oraz kartach…
Sherlock czyta liścik i marszczy brwi. Kiedy kończy, wydaje się troszkę zaniepokojony.
- Nie wiem kochanie, ta treść to dla mnie tajemnica… - mówi w końcu, a potem jakby się waha. – No, może czegoś się domyślam, ale…
Nagle ogarnia mnie wściekłość. Znowu to samo – niedopowiedzenia i zagadki!
- Tylko mi nie mówi, że lepiej, żebym nie wiedziała – syczę, odsuwając się do niego i ciężko oddychając. - Mam już dość tych tajemnic i ukrywania przede mną wszystkiego! To mnie wykańcza nerwowo! – znowu zaczynam płakać, głównie z bezsilności.
- Och kochanie… – Sherlock od razu ociera mi łzy i ściska drżącą dłoń. -  Spokojnie, błagam cię. Jeśli rzeczywiście o czymś nie mówię, to nie robię tego bez powodu. Chcę cię przecież chronić, szczególnie teraz, kiedy jesteś w ciąży… Ciebie, to dzieciątko i Alexa… -  patrzy na mnie poważnie, ale ja nadal milczę, czując dziwny smutek. – Na razie nie ma się czym denerwować, ale obiecuję, że gdy tylko jakoś to rozwiążę, od razu ci wszystko wyjaśnię. Dobrze? – Po chwili namysłu kiwam głową. Jakoś to przetrzymam, wiem przecież, że mój maż chce dobrze. Muszę mu zaufać. – Ale pamiętaj, trzymaj się od Elise z daleka… Ona jest naprawdę niebezpieczna.
- Nie szukam z nią kontaktu… Sama to tu przysłała.
- Wiem, i to mnie martwi – mój mąż milczy przez chwilę, a potem zmienia temat. – A jak dzieci?
- W porządku – w końcu się uśmiecham. – Alex z każdą chwilą mnie zadziwia, no i urósł, nie poznasz go chyba. Poza tym pyta o ciebie codziennie. – Na twarzy Sherlocka pojawia się lekki smutek, więc zaczynam głaskać go po policzku. – A maleństwo… Dobrze. Niedawno byłam na badaniach, wszystko okej.
- Poznałaś już płeć? – pyta z szerokim uśmiechem i błyskiem w oczach, a jego dłonie wędrują na mój brzuch.
- Tak – mówię lekko jadowicie, bo odezwał się we mnie diabeł. – Ale ci nie powiem, za karę! Dowiesz się dopiero jak się urodzi. – A niech ma za swoje!
Sherlock przez chwilę patrzy na mnie nic nie rozumiejąc, ze zdziwioną miną.
- O ty zła kobieto! – stwierdza zaraz, a następnie przygarnia mnie do siebie i zaczyna całować. – Powiesz!
- Chyba jak ci się przyśni! – odparowuję, ale zarzucam mu ręce na szyję, a potem oddaję pocałunek. Jednak za bardzo za nim tęskniłam.
Nie dane nam jednak dłużej cieszyć się tą chwilą upojnej samotności.
- Mama! Mama!
To Alex. Pewnie biedaczek obudził się i zobaczył, że mnie nie ma w sypialni.
 - Pójdę do niego. Będzie miał wielką niespodziankę – wyszeptuję Sherlockowi do ucha, po czym wstaję i idę do synka.
- Mama! – mały jest rozespany, ale na mój widok uśmiecha się słodko, niczym słoneczko. – Gdzie byłaś?
- W salonie, kochanie – tłumaczę, nie mogąc stłumić radości. - Ktoś tam na ciebie już czeka.
- Kto? – Alex, nic nie rozumiejąc, mruga tymi swoimi pięknymi oczętami.
- Zobaczysz – stwierdzam tajemniczo, po czym biorę synka na ręce i wyciągam z łóżeczka.
Za chwilę jesteśmy już w salonie, a mały rozgląda się z ciekawością. Zaraz dostrzega wysoką postać, podnoszącą się w mroku z kanapy.
- Tata! Mama, to tata! – wykrzykuje radośnie, a kiedy kładę go na podłogę, rusza biegiem  w stronę ojca.
- Cześć urwisie! – Sherlock, przy akompaniamencie radosnego dziecięcego śmiechu, podnosi Alexa i przytula mocno. – Co tam u ciebie?
- W poziądku. Ale… ale… - przykłada rączkę w okolice serca i jakby szuka odpowiednich słów, a  mnie w środku aż coś ściska na ten widok.
- Tęskniłeś? – podpowiadam mu, podchodząc do nich. Zaraz ponownie zajmujemy kanapę.
- Tak – mały kiwa głową. – Alex tęsknił za tobą, tata.
Sherlock przez chwilę nic nie mówi, tylko całuje synka w główkę. W jego oczach widzę żal i smutek, więc dla pocieszenia kładę mu dłoń na ramieniu i uśmiecham się kojąco.
- Ja też tęskniłem, strasznie tęskniłem. Za tobą i mamą. Ale teraz już wróciłem do was i wszystko będzie dobrze, dokładnie tak, jak powinno.
- Mama powiedziała, że pojechałeś daleko do placy. Ale już nie pojedziesz nigdzie? – dopytuje się mały.
- Nie, nie pojadę, synku.
- To dobzie – Alex uśmiecha się z ulgą, zarzuca Sherlockowi rączki na szyje i go obejmuje. – Cieszę się.
Mały nie chce już odstąpić ojca nawet na krok, siedzi mu tylko uradowany na kolanach i do czasu do czasu tuli, aż w końcu ponownie zasypia z ogromnym szczęściem na buzi. Widok jest doprawdy rozczulający.
- Wiesz co, kochanie? – stwierdza szeptem mój mąż, przyglądając się czule synkowi. – Zaniosę go do łóżeczka i pójdę pod prysznic, a ty połóż się i czekaj na mnie, dobrze?
- Okej – uśmiecham się, po czym całuję go delikatnie, a kiedy już jestem w łóżku, które teraz wydaje się o wiele bardziej przytulne, mogę chwilę porozmyślać.
Cóż, koniec końców, mimo że Sherlock niewiarygodnie nabroił, jestem ogromnie szczęśliwa, że w końcu wrócił do domu. Kocham go tak bardzo, że z ledwością wytrzymywałam tę rozłąkę, chociaż nie pokazywałam tego. Jakoś nie chciałam, żeby inni widzieli moją tęsknotę, pocieszali mnie i na siłę rozmawiali. Raz, niedawno, wybuchnęłam przy Sandrze, fakt, ale to wystarczy. A tak w ogóle… nie mogę zapominać, że mój mąż wyjechał dlatego, że uparłam się, by wybudził Moriarty’ego. Zrobił to dla mnie i dla swojego brata, za co jestem mu strasznie wdzięczna, zwłaszcza, że Thomas był ostatnio w coraz gorszym stanie. I chwała Bogu, że cała ta misja powiodła się, inaczej prędzej czy później pewnie doszłoby do tragedii.
Teraz, gdy Sherlock jest już na Baker Street, czuję, że wszystko wraca na dobre, dawne tory. Jim już w ogóle przestał być zagrożeniem, a Elise się nie boję, w każdym razie nie w tej chwili. Martwi mnie tylko Thomas, bo ten chłopak wpakował się w naprawdę niezłe bagno. Oby tylko mój ukochany miał rację i ta naprawdę wstrząsająca terapia przyniosła skutki.
Nie mija chwila, a Sherlock wychodzi spod prysznica. Wzdycham z rozmarzeniem, bo tak dawno nie widziałam go półnagiego, podobnego do greckiego boga, i zaraz dostrzegam, że mój ukochany się uśmiecha. Tak, jeszcze trochę nocy przed nami i trzeba to wykorzystać, ukoić ostatecznie tę tęsknotę i smutek, nacieszyć się w końcu sobą po tych paru miesiącach samotności.  

- Kochanie, zostaw to i usiądź – Sherlock obejmuje mnie od tyłu i całuje w policzek. – Ja zrobię śniadanie – sięga po deskę do krojenia.
- Daj spokój! Przecież… - protestuję, ale zaraz zostaję delikatnie, acz stanowczo, odsunięta od blatu.
- Nie! Wróciłem i masz odpoczywać – mierzy mnie uważnym spojrzeniem, w którym dostrzegam przebłyski wesołości. – I nie sprzeczaj się, bo widzę, że jesteś niewyspana.
- To ty nie powinieneś się sprzeczać z żoną w ciąży – odparowuję, opierając się o szafkę. Wiem, że nie ma już sensu próbować gotować -  O tak, to fakt, tej nocy nie spałam za wiele, a tak naprawdę to prawie wcale. I nie będę  lepiej wspominać czyja to wina… - kończę uszczypliwie.
Sherlock wybucha radosnym śmiechem, po czym podchodzi do mnie i zaczyna całować bez opamiętania.
- Ale chyba nie powiesz, że ci się nie podobało? – wyszeptuje po jakimś czasie w moje usta, tak, że jestem w stanie złapać oddech. – Poza tym… tak długo się nie widzieliśmy.
- No… podobać to podobało… - ledwo już mówię, oszołomiona tą bliskością, a mój kochany w międzyczasie bierze mnie na ręce i sadza na blacie.
- Tak jest wygodniej – stwierdza i zaczyna całować jeszcze mocniej niż przed chwilą, co powoduje, że  czuję się tak, jakby ktoś otworzył przede mną drzwi do raju. Nie mogę się powstrzymać i palce mojej jednej ręki od razu wędrują do tych czarnych loków, delikatnie muskając przy tym szyję, podczas gdy druga błądzi po szerokich plecach. Mimo, że mamy za sobą nadzwyczajnie upojne chwile, nadal odczuwam palący głód i chcę mieć Sherlocka blisko, najbliżej jak to możliwe. I nie mam zamiaru wypuścić go już nigdy. Przenigdy.
 - Och… -  słyszę nagle od strony salonu. – Nie przy ludziach, błagam was… Moglibyście się pohamować, od tego macie łóżko.
To Sandra, która wchodzi właśnie do kuchni z dziwną miną, jakby była lekko zażenowana. No nie wierzę… czyżbym zawstydziła moją siostrę? Ją, taką zawsze pewną siebie i bezczelną, najlepszą i najmądrzejszą na świecie? Dokonałam chyba niemożliwego.
- Wcześniej nikogo tu nie było  - rzucam szybko, ale Sandra z prędkością światła odzyskuje dawny arogancki animusz.
- A więc błędny rycerz wrócił już z wyprawy za góry i za lasy? – zwraca się do Sherlocka swoim normalnym, lekko zuchwałym tonem. – Chwała Bogu, miałam już dość robienia za opiekunkę twojej targanej przez hormony żony i dwuletniego dzieciaka. Zwariować można.
 Co za wredna baba! Z mgnieniu oka biorę leżącą obok ścierkę i z całej siły rzucam nią w siostrę.
- Aua, zwariowałaś! – syczy urażona.
- Masz za swoje – mówię ze złośliwym uśmiechem. – I przyjechałaś tu z własnej woli, to nie narzekaj. Mówisz tak, jakby w łańcuchach cię tu zaciągnęli.
Nagle z sypialni dochodzi wołanie Alexa, który widocznie się obudził. W sumie to w sama porę, bo już dobrze po ósmej.
- Idę do małego, a wy się nie pozabijajcie, okej? – Sherlock całuje mnie w policzek i wychodzi, a Sandra, coś tam mamrocząc do siebie, z westchnieniem bierze się za śniadanie.
- Pomóc ci? – pytam niewinnie, nie ruszam się jednak z blatu.
- Cicho bądź i siedź na czterech literach! – z lekko obrażoną miną zaczyna robić  jajecznicę. – Wiesz co…? – mówi z wahaniem po chwili. – Zazdroszczę ci… Mąż, dzieci…. Ja się chyba nigdy nie doczekam… - wzdycha smutno, odwracając twarz ode mnie.
Mrugam zdziwiona. Przecież do tej pory miała inne priorytety: faceci, kasa i dobra zabawa.
- No ale zawsze mówiłaś, że małżeństwo to przeżytek, a dzieci cię denerwują i ich nie cierpisz – stwierdzam ostrożnie, a siostra ponownie na mnie spogląda. Ma dziwny, jakby lekko nostalgiczny wyraz twarzy.
- No tak, ale… ten twój mały jest naprawdę fajny, taki zabawny, poza tym nie ryczy bez przerwy, nie kopie i nie krzyczy. Niektóre dzieciaki latają takie rozwydrzone, brudne i usmarkane, pyskują… – wzdryga się. - A wy z Sherlockiem tak się kochacie, że aż miło patrzeć.
O kurcze… Sandra dzięki mnie zmieniła swoje spojrzenie na świat? Alleluja, stało się niemożliwe.
- Cóż… - uśmiecham się do niej krzepiąco. – To wszystko przed tobą, tylko teraz trochę cierpliwości.
- Łatwo ci mówić, szczęściaro… Jak do tej pory trafiałam na samych nieodpowiedzialnych dupków.
Bo takich szukałaś, myślę, ale oczywiście tego nie mówię. W ogóle nic już na ten temat nie mówię, bo do kuchni wchodzą Sherlock i Alex, pozostaje mi więc tylko uścisnąć siostrę za rękę w geście pocieszenia.
- Kochanie… - zaczyna mój mąż, trzymając małego na rękach. - Chciałbym zobaczyć się z Tomem. Już chyba doszedł do siebie po operacji, a musimy obaj poważnie porozmawiać. Pójdziesz ze mną?
- Tak, dlaczego nie. Tylko że… co z małym? – zerkam zaraz na Sandrę. – Mogłabyś?
Wzdycha ciężko, jakby z irytacją, ale zaraz się uśmiecha.
- A co mi tam, jutro wracam do Polski, więc potem nie będzie okazji się bawić. Nie, rozrabiako? – zwraca się do Alexa. – Pójdziesz z ciocią na spacer? Zjemy coś słodkiego.
Dostrzegam, że mały się waha. Z jednej strony chce iść, ale z drugiej chyba nie chce rozstać się z ojcem.
- Ale mama i tata teź? – pyta, patrząc na Sherlocka.
- Nie, kochanie. My z mamą musimy iść coś załatwić, ale nie potrwa to długo. Pójdziesz z ciocią na spacer, a jak wrócicie przed obiadem, my już będziemy w domu.
- Obiecujesz?
- Obiecuję – Sherlock burzy małemu włosy, a ten przesuwa wzrok na Sandrę.
- Dobzie, ciocia. Ale kupiś mi ciastko z bitą śmietaną. I pójdziemy na karuziele.
Wszyscy zaczynamy się śmiać. A to mały spryciarz, umie walczyć o swoje. Ciekawe co nam z niego wyrośnie.
- Dobra, łobuzie, niech ci będzie – Sandra mruga do niego. – A teraz siadajcie, śniadanie gotowe.

Idziemy korytarzem oddziału kardiologii St. Barts, szukając sali Toma, gdzie przenieśli go z OIOMu zaraz po tym, jak doszedł do siebie. Cóż, czeka nas niełatwa rozmowa, nie ma co…
- Anno… - Sherlock nagle szepcze mi do ucha. – Chłopiec czy dziewczynka?
No nie, a ten dalej mnie męczy niczym natrętna mucha. Ile jeszcze razy mam mu powtarzać jedno i to samo?
- Nie powiem ci! I daj już spokój, zdania nie zmienię.
- Zawsze mogę zadzwonić do twojego ginekologa – grozi mi, uśmiechają cię bezczelnie.
No co za facet! Uparty jak osioł, sprytny jak lis, no i piękny jak dziki kot.
- Nawet o tym nie… - zaczynam, ale nagle przed oczami staje mi taki widok, że aż zapominam słów.
Akurat znaleźliśmy salę Thomasa, tylko że brat Sherlocka nie jest w niej sam. Na stołku przy łóżku siedzi Moriarty i… No cóż, obaj całują się bez opamiętania. Czuję się…. Z braku lepszych słów powiedzmy, że zszokowana oraz zmieszana, robię się cała czerwona i od razu zatrzymuję się w wejściu, stojąc niczym słup soli.
- Nie przeszkadzamy? – cedzi Sherlock, a w jego głosie wyczuwam wściekłość. W tym całym oszołomieniu jedyne, co mi przychodzi do głowy, to ścisnąć go za rękę.
Odklejają się od siebie i widzę czekoladowe spojrzenie Jima, w którym nie ma ani śladu wstydu, wręcz przeciwnie, posyła mi bezczelny uśmiech i już wiem, że pamięta o naszej ostatniej rozmowie. Nie wiedząc, co począć, zerkam na Thomasa. Brat Sherlocka jest spokojny i opanowany, chociaż ten dziwny smutek dalej lekko bije z jego oczu.
- Nie, siadajcie – mówi cicho, przez co podejrzewam, że jeszcze jest osłabiony.
- A ty nie na swoim oddziale, Jimmy? – mój maż nie może sobie darować uszczypliwego wtrącenia.
- Nudziło mi się, to na chwilę się wymknąłem – mówi niewinnie Moriarty, wzdychając z lekką afektacją. – Chyba nie sądzisz, Sherlocku, że pozwolę komukolwiek się gdzieś zamknąć? Ale teraz już pójdę, zostawiam ciebie i twoją księżniczkę z moim facetem, pogadajcie sobie. Ciao, rodzinko Forresterów – ponownie uśmiecha się do mnie i wychodzi.
Po ulotnieniu się Moriarty’ego zapada na chwile głucha cisza, bo każdy potrzebuje czasu, by przetrawić krępującą sytuację, jakiej byliśmy świadkami. Chociaż chyba i tak sprawy idą ku lepszemu, kiedyś mój mąż prawdopodobnie zabiłby Jima za coś takiego.
- Przyszliśmy porozmawiać – Sherlock wyrzuca w końcu z siebie, ale widzę, że jest już spokojny. – Tak nie może być, Tom.
- Jak? – pyta Thomas, ale wszyscy wiemy, że doskonale zdaje sobie sprawę, o co chodzi.
- Nie możesz ćpać. Jak tak dalej pójdzie, zaraz skończysz pod ziemią. Możesz sobie być z tym swoim psychopatą, tylko… - mój mąż nie kończy, bo brat mu przerywa.
- To nie twój interes, Sherlocku! Ciągle tylko się mieszasz w moje życie i…
- Nie mój interes? Przecież jestem twoim bratem! – milknie na chwilę. - A pomyślałeś o rodzicach? Niedawno wyciąłeś im numer ze śmiercią, a jak się dowiedzą, że bierzesz kokainę, to może już być dla nich za dużo!
 - Jeśli przyszliście mnie pouczać, to lepiej wyjdźcie – cedzi Thomas, odwracając głowę do okna.
- Na litość Boską! – Sherlock traci cierpliwość i podnosi głos. – A może przestałbyś myśleć tylko o sobie i swoich wydumanych problemach, co? Myślisz, że kto obudził Jima, lekarz cudotwórca? By zdobyć odtrutkę musiałem zostawić Annę, która, jakbyś zapomniał, jest w ciąży, samą, razem z dwuletnim dzieckiem! Parę miesięcy szukałem człowieka, który pomógłby mi z lekarstwem, a ty, zamiast w tym czasie zajmować się moją rodziną, wolałeś sobie dać w żyłę! Więc nie mów mi, że cię pouczam!
Tom nagle zaczyna płakać, ale milczy, z głową wciąż skierowaną w stronę okna. Wygląda tak żałośnie, że serce mi się kraje, blady, wynędzniały i osłabiony.
- Chodź, kochanie, wracamy do domu. Nie mam już ochoty z nim gadać – mąż bierze mnie za rękę i prowadzi do drzwi.
- Czekajcie! – słyszę Thomasa i zatrzymujemy się. – Nie idźcie jeszcze, proszę. I przepraszam. Szczególnie ciebie, Anno.
Patrzę na Sherlocka i zachęcająco kiwam głową, bo nie pozostaje nam nic innego niż wrócić do jego łóżka. Siadam na białym krzesełku, a mąż staje za mną.
- Najlepiej mnie przeprosisz, jak przestaniesz brać i się ogarniesz – mówię smutno. – Nie po to było to wszystko, żebyś teraz skończył martwy, z igłą w ręce. Zastanów się, Tom.
- Wiem… Cóż, teraz kiedy Jim znowu jest przy mnie powinni mi być łatwiej – Thomas słabo się uśmiecha, a ja wiem, że Sherlock powstrzymuje westchnienie irytacji. – Będę się starał ze wszystkich sił, Anno.
- No ja myślę. Wierzę w ciebie.
Siedzimy jeszcze jakieś pół godziny, jednak rozmawiamy już o czym innym. Stan zdrowia Thomasa na szczęście poprawił się na tyle, że za niedługo wyjdzie do domu.
- Wpadaj do nas kiedy chcesz, pamiętaj – stwierdzam ciepło, niechętnie wstając. – A teraz już musimy się zbierać, mały będzie się niecierpliwił.
- Jasne, dzięki – Tom posyła nam uśmiech, dzięki czemu już bardziej przypomina dawnego siebie. – Pozdrówcie Alexa od wujka.
Wesoło kiwam głową i ruszam z Sherlockiem na korytarz. Mamy jeszcze czas, żeby kupić coś Sandrze w ramach podziękowania za pomaganie mi. Jest może, jaka jest, ale przyjechała i była przy mnie w ciężkich chwilach, więc trzeba się jej jakoś odwdzięczyć.

Następne trzy tygodnie mijają w miarę spokojnie, jeśli nie liczyć jakichś dziwnych informacji o paru wybuchach w Londynie. Niepokoi mnie to szczególnie z powodu nie aż tak dawnego podobnego zdarzenia na Euston, przez to prawie dostałam zawału serca.
- Kochanie, policja już się tym zajmuje – uspokaja mnie Sherlock w chwili, kiedy pomaga mi zapiąć granatową sukienkę. – Złapią ich, już moja w tym głowa.
Patrzę na niego, ubranego w idealnie dopasowany czarny garnitur, który założył na ślub Mycrofta. Ceremonia ma się odbyć za niecałą godzinę i zaraz będziemy się zbierać.
- Ile do tej pory było tych wybuchów? – pytam, próbując przybrać  niezobowiązujący ton. – Dziesięć?
- Osiem, kochanie. I nie myśl o tym. – Sukienka jest już zapięta, a Sherlock przygląda mi się w lustrze, jednocześnie głaszcząc mnie po brzuchu. – Wyglądasz prześlicznie, a nawet więcej… nadzwyczaj seksownie.
- Raczej jak wieloryb, o ile on może być seksowny – chichoczę. – Ale dziękuję. A ty też niczego sobie – daję mężowi buziaka w ten idealny policzek.
- Mama… - podchodzi do nas Alex. – A dlacego ja jestem tak ładnie ubrany? – przypatruje się dziecięcemu garniturowi, który ma na sobie i w którym wygląda nader zabawnie, przez co znowu chce mi się śmiać.
- Bo idziemy na ślub, a potem do restauracji.
- A cyj ślub?
Patrzę lekko zgłupiała na Sherlocka, który obdarza mnie diabelskim uśmiechem. Ostrzegał mnie, że jak weźmiemy małego na uroczystość, zaczną się pytania, no i miał rację. Cóż… jeśli kiedyś ktoś by mi powiedział, że będę tłumaczyła swojemu dwuletniemu dziecku, że idzie na ślub gejów, kazałabym mu się obudzić. Chociaż w sumie… jest zabawnie.
- Ty mu tłumacz – mówi bezlitośnie mój mąż, a ja przewracam oczami.
- Wujka Mycofta i wujka Grega – wyjękuję w końcu, przypatrując się małemu.
- Aha. Wujek Majkroft i wujek Greg biorą ślub – mówi tonem, jakbym mu wyjaśniała, że dwa i dwa to cztery. -  To fajnie.
Teraz to już ja zaczynam się śmiać, z rozbawienia i ulgi, a Sherlock bierze synka na ręce.
- To co, idziemy? Tom pisał, że będzie za pięć minut.
Kiwam głową i schodzimy na dół, gdzie czeka już elegancka pani Hudson. Po krótkiej chwili podjeżdża po nas Thomas, ubrany w szary garnitur, ale z niezbyt wesołą miną, chociaż w oczach widzę już ślady dawnego błysku. Jest sam, bo Jim musi siedzieć jeszcze w szpitalu by całkiem dojść do siebie, poza tym nie wydaje mi się, żeby facet Toma jakoś chętnie przyszedł na wydarzenie, jakim jest ślub.
W urzędzie jesteśmy po piętnastu minutach i stajemy z przodu, obok czwórki Watsonów. Cała ceremonia okazuje się dość skromna, ale nader sympatyczna, a wszystko odbywa się w niedużej jasnej sali o kremowych ścianach, ładnie przystrojonej czerwonymi kwiatami. Powiedziałabym, że bez zbytniego przepychu, ale z klasą.
Najzabawniejsza chwila ślubu ma chyba miejsce, kiedy Greg i Mycroft stoją przed sympatycznie wyglądającą urzędniczką, w otoczeniu świadków, czyli Toma i nieznanego mi kuzyna Grega. Już zdenerwowana mina mojego szwagra wygląda dość komicznie, a do tego dochodzi przysięga wypowiadana przez niego drżącym, napiętym głosem. W dodatku… nie wierzę, ale Mycroft w tym momencie zaczyna się jąkać. Sherlock oczywiście nie może sobie podarować lekko złośliwego uśmiechu, za co dostaje ode mnie z łokcia w bok.

Po wszystkim jedziemy do jakiejś wykwintnej restauracji na obiad. Mały troszkę broi, więc uspokajamy go i nawet nie patrzymy z Sherlockiem gdzie jesteśmy, aż do momentu, kiedy przychodzi pora by wysiąść z samochodu Toma.
- Uhuhu – uśmiecha się pani Hudson, patrząc na budynek przed nami. – No, dawno nie jadłam w takim miejscu.
Unoszę wzrok, po czym widę okazały hotel i wnioskuję, że to właśnie w nim mieści się nasza restauracja. Wejście otacza półkolisty, ozdobny daszek wsparty na kolumnach, a z przodu widzę napis: The Landmark. London.
Uśmiechnięta zerkam na Sherlocka, gdyż już mi się tu podoba, i dziwię się widząc, że jest lekko wkurzony. Już chcę zapytać o co chodzi, kiedy obok nas stają Watsonowie z dziećmi – John ma podobną minę do mojego męża, tylko dochodzi do tego jeszcze zmieszanie, a Mary wydaje się nieźle rozbawiona.
- Cóż, mam nadzieję, że was nie pamiętają – stwierdza wesoło, a zarazem niewinnie, mrugając do mnie.
Nie pamiętają? Czyżby nasi mężowie tutaj nabroili? Znowu jakaś historia z wieczoru kawalerskiego? Jak tak to pięknie…
- Bardzo śmieszne – rzuca John, wciąż z jakiegoś powodu niezadowolony.
- Idę o zakład, że mój brat zrobił to specjalnie – słyszę zaraz Sherlocka, mierzącego przenikliwym spojrzeniem wejście, i już tracę cierpliwość. No bo ile można…
- Może ktoś mi wyjaśni o czym wy mówicie?
- To ty nie wiesz? – dziwi się Mary, a potem patrzy zdumiona na mojego męża. – No tak nie powiedział ci… Ale chodźmy, nie stójmy tak… - Pogania nas ręką, ruszamy więc, a ja zamieniam się w słuch, bo ciekawość mnie zżera. – To tutaj Sherlock objawił się Johnowi po… no, po tej dwuletniej nieobecności, kiedy wszyscy myśleli, że nie żyje. Przebrał się za kelnera, ubrał okulary, dorysował sobie wąsy i podszedł, by nas obsłużyć, bo wiesz… byliśmy na romantycznej kolacji. W efekcie John rzucił się na Sherlocka i powalił go na ziemię, więc nas wyprosili, zresztą powtórzyło się to w dwóch następnych knajpach. No a Sherlock skończył z przeciętą wargą, rozbitym nosem i zakrwawioną twarzą.
Nie mogę wytrzymać i zaczynam się głośno śmiać, a że akurat oddajemy płaszcze, portier zerka na mnie dziwnie. Wolę nie zastanawiać się, co sobie pomyślał.
- Tak, zabawne to w sumie było – ciągnie moja przyjaciółka z delikatnym uśmiechem na ustach. – Apogeum chyba nastąpiło, kiedy Sherlock pozbył się tych namalowanych wąsów za pomocą wody i zapytał Johna, czy jego też tak się zmywają. Bo wiesz, John miał wtedy wąsy. Uh.. – wzdryga się. – Nie lubiłam ich.
- Wystarczy, pani Watson – mówi z napięciem Sherlock, a ja, dalej chichocząc, nie mogę się powstrzymać i go obejmuję. 
- Wariacie ty mój – mówię z czułością, co powoduje, że mój mąż jakoś się rozchmurza. Alex, którego trzyma na rękach, też szeroko się uśmiecha, chociaż chyba niewiele rozumie, tak że wszyscy wchodzimy do restauracji w dobrych humorach.

Po chwili siedzimy już na eleganckiej sali, przy stoliku razem z Watsonami i Tomem, a obok nas krążą kelnerzy z tacami, ubrani w eleganckie fraki, białe koszule i muszki. Patrzę na czerwono-czarną podłogę i tlumię śmiech, zastanawiając się, jak mój kochany wyglądał, zaatakowany przez Johna i powalony na nią.
Alex siedzi między nami, ale już nie wariuje, jak w samochodzie, przeciwnie, rozgląda się po eleganckim wnętrzu, oświetlonym przytłumionym światłem, a potem przenosi wzrok na elegancko zastawiony stół, kwiaty i błyszczące kieliszki. Wydaje się tym wszystkim lekko przejęty, a ja, zerkając na niego z rozczuleniem, przeglądam Menu.
- Synku, co zjesz? – pytam małego, przerzucając strony pełne wykwintnych dań. – Rybkę, kurczaczka, jagnięcinkę?
- Lody – mówi, a ja patrzę na niego rozbawiona. To dopiero wymyślił.
- To na deser, kochanie, poza tym jest chyba za zimno na lody. Ale zobaczymy. A na obiadek?
- To mozie kurczaczka – mówi, teraz zainteresowany ludźmi dookoła. Tak podejrzewałam, bo najbardziej lubi właśnie drób, jak i ja.
Kiwam głową, a potem zwracam się do Sherlocka.
- Ja chyba tę jagnięcinę, tak dla odmiany. A ty?
- Wołowinę „Teryaki”, kochanie. Mam tylko nadzieję, że Mycroft wybrał dobrą restaurację.
- Nie martw się – John z niewinną miną przegląda swoją kartę. – My z Mary, jak wiesz, przetestowaliśmy to miejsce i jedzenie mają bardzo dobre.
W tej chwili podchodzi do nas kelner, więc składamy zamówienie. Dobieramy jeszcze desery, czyli lody dla Alexa, bo pod wpływem jego próśb skapitulowałam, a dla nas sernik. No i herbatę do picia.
- Tom, jak tam Jim? – zwracam się nagle szwagra, by jakoś zacząć dyskusję, ale też chcę poprawić mu nastrój. – Lepiej?
- Tak… - Thomas wydaje się lekko zaskoczony moim pytaniem, i o dziwo podenerwowany. – Za jakiś czas go wypiszą.
Och, no to chyba dobrze. To na pewno jeszcze bardziej pomoże Tomowi.
- Mogę zamówić sobie szampana? – rzuca nagle Tim, patrząc z nadzieją to na ojca, to na Mary, a ja tłumię uśmiech. Ach te dzieci…
- Wybij sobie z głowy – mówi stanowczo John, patrząc groźnie na syna, w efekcie czego Timothy się nachmurza, dłubiąc w swoim łososiu.
- A co to jest szampan? – odzywa się zaciekawiona Lily. Jak na trzylatkę jest nadzwyczaj rezolutna i sprytna, poza tym podobna raczej do Mary niż do Johna.
- Alkohol – wyjaśniam, bo Alex też patrzy na mnie zaciekawiony. – Nie dla dzieci. – Nagle widzę, że Mary ciężko wzdycha. – Wszystko w porządku? – pytam zaniepokojona, bo wiem, że zbliża jej się termin. Ma rodzić wcześniej niż ja.
- Tak, tak – uśmiecha się. – Tylko kopie.
- Och, znam to – mimowolnie głaszczę się po brzuchu, bo nasze maleństwo tez czasami daje mi popalić.
- Wiecie, co to będzie? – pyta nagle Tom ze swoim dawnym uśmiechem uśmiechem.
- Dziewczynka – wyjaśnia nagle John, a jego oczach dostrzegam radość. Nie wszyscy jednak są tak zadowoleni.
- Wolałbym brata – jęczy Tim i wszyscy zaczynamy się śmiać.
- No cóż… - Thomas klepie go po plecach. – Na to nie masz wpływu… A wy? – rzuca w moją stronę.
- Nie powiem – mój ton jest nadzwyczaj stanowczy. – To moja mała zemsta na Sherlocku.
Mój szwagier zaczyna chichotać, Sherlock robi obrażoną minę, a Mary do mnie mruga. Tylko ona wie, ona i Sandra, ale moja siostra jest już w Polsce.
I tak wesoło mina nam owa uroczysta kolacja, będąca ukoronowaniem ślubu Mycrofta i Grega. Świętujemy trochę i dopiero późnym popołudniem zbieramy się i żegnamy przy wyjściu.
 Ściskam właśnie Mary, kiedy… O Boże, tylko nie to, nie teraz! To przecież o ponad miesiąc za wcześnie, to niemożliwe! Aż zastygam w bezruchu, zastanawiając się, czy mi się nie wydawało, w końcu jednak muszę spojrzeć prawdzie w oczy: nie ulega wątpliwości, że nachodzi mnie fala silnych skurczy, a po następnym jestem już pewna, że to skurcze porodowe. Stało się to jednak tak nagle i spowodowało taki szok, że ledwo jestem w stanie myśleć.
- Anno? – Mary patrzy na mnie z troską, kiedy drżącymi rękami dotykam brzucha. – Wszystko okej?
Widzę, że Sherlock od razu odwraca się od Johna, z którym rozmawia, i zaczyna przyglądać mi się, poważnie zaniepokojony. Jestem prawie pewna, że już się domyślił.
- Kochanie? – dopytuje się po chwili, bo mnie chyba kompletnie zatkało, aż dziwne. Przecież to nie pierwszy raz, powinnam być przygotowana ta coś takiego. Chcę się jakoś wziąć w garść, ale zaraz tłumię jęk, bo wyczuwam kolejny skurcz.
- Chyba… - mówię w końcu drżącym głosem do męża. – Ja chyba zaczęłam rodzić.
Sherlock blednie, jednak wiem, że panuje nad sytuacją, jak zwykle. W pierwszej kolejności przenosi Alexa ze swoich ramion na jego własne nogi.
- Mary, weźmiesz małego? – pyta, a gdy ta kiwa głową, zwraca się do naszego synka. – Kochanie, pojedziesz z ciocią i wujkiem, będziesz dziś u nich spał.
- Ale dlaciego? – chce wiedzieć Alex, ale grzecznie łapie Mary za rękę. Patrzy przy tym na mnie lekko wystraszony. – I cio jest z mamą?
- Cóż… Tata i mama muszą jechać do szpitala – wyjaśnia mu Sherlock spokojnym głosem, a ja próbuję się uśmiechnąć, by pokazać synkowi, że nic mi nie jest i żeby się nie martwił, ale słabo mi to wychodzi. - Chyba jutro już będziesz miał braciszka albo siostrzyczkę.
- Podwieźć was? – pyta zaniepokojony John, zerkając na parking.

- Ja ich zawiozę – Tom nagle, jakby znikąd, podjeżdża swoim samochodem wprost przed wejście. – Tak, jak ostatnio. Wsiadajcie.