sobota, 17 maja 2014

Rozdział 46: Studenckie czasy

„Nie polubię Cię
           jak powiedzieć prościej?
          Zbliżysz się o krok 
          porachuję kości
         Nie polubię Cię,
         Twej koszuli pstrości
        Zbliżysz się o krok 
         porachuje kości

Kusisz zapachami,
         prowokujesz gestem,
         wodzisz za mną wzrokiem,
         czterogłowym smokiem.
         Namierzasz radarami,
         jestem jak ruchomy cel,
         naostrzone zęby,
         nie polubię Cię!”
            Brodka - Granda

https://www.youtube.com/watch?v=UFZ5zZ0pDuc

Budzą mnie ciche, ostrożne kroki Sherlocka. Otwieram oczy i lekko nieprzytomnie rozglądam się dookoła. Nie wierzę, że spałam. Chociaż… przez tą ciążę jestem taka senna.
Uśmiecham się do Sherlocka, który właśnie zdejmuje marynarkę, a potem patrzę z czułością na śpiącego obok mnie synka. Wygląda tak słodko, dosłownie jak aniołek, z zamkniętymi oczkami i przytulony do mnie. Serce prawie pęka mi z miłości do moich obu chłopaków, no i do tego maleństwa, które dopiero za dobrych parę miesięcy przyjdzie na świat.
Teraz sobie przypominam, że zasnęłam właśnie podczas usypiania Alexa. Jakoś tak nagle ogarnęła mnie senność. A oczy miałam zamknąć tylko na chwilę.
- Przeniosę go – mówi szeptem Sherlock, podchodząc do nas i biorąc małego na ręce. Nasz synek za chwilę smacznie śpi w swoim łóżeczku, a jego tata kładzie się obok mnie.
- Ale śliczny obrazek powitał mnie w sypialni – uśmiecha się, dając mi całusa w czoło.
- Usypiałam Alexa i sama w rezultacie siebie uśpiłam – stwierdzam wesoło, przytulając się do Sherlocka i czując, jak otacza mnie ramionami. – Lepiej powiedz, co Mycroft znowu wymyślił.
-         No cóż… Nie wiem czy powinienem ci to mówić, ale byliśmy w mieszkaniu Moriarty’ego i znaleźliśmy tam sztylet leżący w wielkiej plamie krwi.
Przez chwilę milczę zdziwiona. Sama nie wiem czy mam teraz czuć strach, czy ulgę.
- To znaczy, że ktoś… że ktoś go zabił? – pytam, a oddech mi przyspiesza.
- Zabił albo dotkliwie poranił. Chyba, że to jakaś jego kolejna sztuczka i sobie z nas po prostu kpi. W każdym razie Mycroft ma go szukać – milczy przez chwilę. - Lecz czy to wszystko ważne? Moriarty tak namieszał w naszym życiu, że naprawdę guzik mnie obchodzi co się  z nim dzieje, ważne, że mamy od niego spokój.
- No tak, słusznie mówisz, kochanie – przywieram do niego trochę mocniej. W sumie ma rację, pieprzyć tego Jima.
Leżymy chwilę w ciszy, aż widzę w pewnym momencie, że Sherlock taksuje mnie wzrokiem.
- Anno… miałaś mi chyba o czymś powiedzieć… - Patrzę na niego pytająco. - O tym, co cię tak wystraszyło w tej Galerii Handlowej – wyjaśnia, głaszcząc mnie po włosach, jednak nie hamuje to zimnych dreszczy, wywołanych przez jego słowa. Bo prawie zapomniałam o tej całej sytuacji z przedpołudnia.
Wzdycham ciężko. Chyba będę musiała mu opowiedzieć tą całą żenującą historię z czasów studiów. A już myślałam, że dawno wyrzuciłam ją  z pamięci i nigdy do niej nie wrócę. Jak widać, się łudziłam.
- Miałam, wiem – biorę głęboki oddech. – Widziałam mojego… hmm… wykładowcę ze studiów, Janusza.
Sherlock patrzy na mnie zdziwiony.
- Wystraszył cię twój wykładowca ze studiów?
- No dobra, to powiem ci wszystko po kolei. Chociaż to nie będzie miła opowieść.
Patrzę mu w oczy, biorę głęboki oddech i zaczynam mówić, a wspomnienia przenoszą mnie do trzeciego roku studiów.

Są pierwsze zajęcia w nowym roku akademickim. Za chwilę mamy Tłumaczenia z Praktycznej Nauki Języka Angielskiego, czekam więc spokojnie z naszą grupą pod salą, rozmawiając z Joasią i Olgą. Koleżanki obok mnie, Sylwia i Ewa, są jakoś dziwnie rozchichotane.
- A wam co?- pytam, ledwo hamując śmiech na widok ich rozmarzonych min.
- Jak to co?- szczebiocze Ewka, poprawiając swoje czarne, kręcone włosy. – Mamy z Głowackim, nie?
Znowu wybuchają chichotem, a ja kręcę głową. O doktorze Januszu Głowackim krążą po wydziale legendy. Podobno wyrywa studentki na potęgę i co miesiąc widuje się go z inną. Jak dla mnie to  żałosne.
Ja sama oczywiście kojarzę Głowackiego, ale nie wydaje mi się szczególnie sympatyczny. Fakt, jest przystojny, opalony, ciemnowłosy i brązowooki, przez co większość studentek wzdycha do niego na zajęciach (i poza), ale dla mnie tkwi w nim coś lekko obleśnego oraz brudnego. Poza tym nie mogę się pozbyć wrażenia, że za każdym razem, kiedy mija mnie na korytarzu, rozbiera mnie swoim lubieżnym wzrokiem. Na samą myśl o tym mam nieprzyjemne dreszcze i gęsią skórkę.
Przychodzi Głowacki. Większość dziewczyn wita się z nim jakby był jakimś Bradem Pittem czy Johnnym Deppem, a moi koledzy z grupy starają się nie robić zdegustowanych min. Napotykam wzrok mojego kumpla Arka, tłumimy uśmiechy i wchodzimy do sali.
Cóż… nie byłam wcześniej nastawiona jakoś mega pozytywnie do tych zajęć, ale na pewno nie sądziłam, że wyjdę z nich taka poirytowana. Na początku myślę, że tylko mi się wydaje, że Głowacki się na mnie gapi, ale potem robi to tak ewidentnie, że mam ochotę wyjść z sali. W dodatku niektóre dziewczyny obdarzają mnie spojrzeniami chyba przeznaczonymi dla wroga publicznego numer jeden. Śmieszne…
To wszystko może bym jakoś przetrwała, ale nie to, że Głowacki robi ze mnie jakąś swoją główną zabawkę. „Może pani Starachowicz przetłumaczy nam ten akapit?... Może pani Starachowicz wyjaśni, co autor miał ma myśli? I jak pani sądzi, może dałoby się to inaczej ująć…?” Mam ochotę trzasnąć go  w łeb słownikiem.
- Nie przejmuj się nim – mówi Olga, kiedy w przerwie między zajęciami pijemy kawę w kawiarni obok. – On podrywa wszystko, co się rusza.
Joasia macha ręką.
- Dokładnie. Za tydzień znajdzie sobie inną.
Niestety, nie zanosi się na to. W następnym tygodniu jest tak samo, a dwa tygodnie potem Głowacki każe mi zostać po zajęciach by omówić jedno z moich tłumaczeń. Nie jestem na tyle odważna, żeby mu uciec i z miną idącego na szafot podchodzę do jego biurka, a zaraz potem siadam naprzeciwko, na wskazanym mi miejscu.
- No więc… – Głowacki uśmiecha się lekko obleśnie, chociaż wiem, że część koleżanek ten uśmiech doprowadza do szału. – Pani Aniu… zastanawiam się nad motywem miłości w pani pracy, bo chyba trochę źle pani to ujęła w tłumaczeniu…
Ledwo go słucham, za to lustruję wzrokiem niczym denerwującą muchę.
- No cóż, wydaje mi się, że dobrze zrozumiałam intencje autora, a nawet jeśli nie, to nie sądziłam, że to aż tak poważny błąd, iż będzie mnie pan doktor chciał zatrzymać po zajęciach.
Głowacki wybucha zimnym śmiechem, który chyba w jego mniemaniu ma być seksowny i robić na mnie wrażenie.
- To bardzo ciekawy temat do dyskusji, myślę więc, że dobrze byłoby go omówić na kawie.
Teraz to ja o mało nie wybucham śmiechem. A więc to tak podrywa te wszystkie panienki?
- Bardzo mi przykro – odparowuję  w miarę spokojnie – ale muszę się przygotować na jutro na Historię literatury amerykańskiej - Ukradkiem odsuwam ręce z biurka, i dobrze, bo zaraz potem Głowacki robi taki gest, jakby chciał dotknąć moją dłoń. – Jeśli to już wszystko, panie doktorze, chciabym już iść, zaraz mam Filozofię.
Szybko wstaję i prawie wybiegam na korytarz, dziękując w duchu Filozofii, która pierwszy, i podejrzewam, że ostatni raz w moim życiu mi się na coś przydała.

Wolnymi krokami nadchodzi zima, a Głowacki chyba daje sobie spokój. Coraz mniej się nim przejmuję, zajęta milionem różnych rzeczy dotyczących studiów i nie tylko.
Zbliża się grudzień, a z nim nasza impreza wydziałowa, kiedy to studenci i wykładowcy bawią się razem w jednym z klubów. Jako, że rok temu było fajnie, wybieram się tam z prawdziwą ochotą i nadzieją na dobrą zabawę, wystrojona w nowo kupioną krótką czarną kieckę. Do tego rozpuszczone włosy i zrobiony przez sąsiadkę makijaż. Zwykle tak nie chodzę ubrana, no ale… co impreza, to impreza.
- Uhuhu – gwiżdże Olga, kiedy w szatni klubu ściągam kurtkę. – Już chyba wiem, kogo dziś będą najbardziej podrywać – mówi i posyła Asi porozumiewawczy  uśmiech.
- Przestaniecie? Muszę się wyszaleć, jak nie teraz to kiedy? – Pokazuję im język i ruszam do wejścia na salę. – Idziecie?
 Na początku z niepokojem wypatruję Głowackiego, bo jeszcze tylko tego brakuje, żeby teraz znowu zaczął się do mnie przystawiać, ale okazje się, że jest zajęty jakąś wysoką brunetką, oddycham więc z ulgą. Chyba mam spokój.
Zabawa się rozkręca i potem już trwa w najlepsze, z ekipą z roku dajemy naprawdę czadu. Szczególnie tańczenie z Irkiem powoduje, że mój mózg wariuje. A może to jednak alkohol, bo zaczynam podejrzewać, że z nim przesadziłam. Nie przejmuje się tym jednak, mam za dobry nastrój, a w głowie wesoło mi szumi.
Nie wiem kiedy, ale nagle wyrasta przede mną Głowacki. Chyba muszę być już naprawdę nieźle pijana, bo posyłam mu pełen szczęścia uśmiech, a on w następnym momencie zaczyna ze mną tańczyć. I o dziwo mi to nie przeszkadza, chociaż w sumie w tym momencie mało co mi przeszkadza. Nawet to, że w pewnej chwili jego ręce nie są na moich plecach, tylko zdecydowanie niżej. Za nisko.
Może ten Głowacki nie jest jednak taki zły…, myślę, kiedy tak tańczymy do jakiejś nieznanej mi piosenki i widzę jego oczy wgapione w siebie. Joasia i Olga dziwnie na mnie patrzą, ale udaję, że tego nie dostrzegam.
- Masz ochotę na drinka? – pyta w pewnym momencie, a ja nawet nie odnotowuję, że porzucił oficjalny ton z uczelni. Kiwam tylko głową i idę z nim do baru, gdzie od razu zamawia u barmana mojito.
Świat mi wiruje już przed oczami, ale wypijam drinka do końca. Potem orientuje się, że Głowacki coś mówi i chwyta mnie za rękę. Idziemy gdzieś, ja dziwnie chwiejnym krokiem, po wyjściu z sali skręcamy na korytarz z szatnią i wchodzimy do jakiegoś niedużego pokoju z kanapą i stolikami. Nikogo tu nie ma, a światło jest przytłumione.
- W końcu trochę spokoju… Na tej sali było za tłoczno, nie uważasz? – pyta, wbijając we mnie spojrzenie swoich brązowych oczu.
W odpowiedzi zaczynam tylko chichotać i siadam na kanapie. Nie wiem gdzie jesteśmy, ale jest mi wygodnie, może wręcz się prześpię.
Nawet się nie spostrzegam, kiedy Głowacki jest przy mnie i zaczyna całować. Nie mogę przestać się śmiać, a jest jeszcze gorzej kiedy jedną ręką błądzi po moim udzie, a drugą rozpina mi sukienkę i dotyka pleców. Jego ciepłe i wilgotne usta powoli schodzą do szyi.
Nie mam siły mu przeszkodzić, poza tym przez ten alkohol chyba nawet nie jestem pewna czy chcę. Nic już nie wiem, w głowie mi wiruje i czuję wesołość.
Nagle drzwi się otwierają i słyszę zdziwiony oraz przerażony głos Joasi.
- Anka, co ty wyprawiasz?
Posyłam jej oraz równie zszokowanej Oldze szeroki uśmiech, jakoś odpycham Głowackiego i próbuję wstać, ale nogi się pode mną uginają i opadam powrotem na kanapę. Dziewczyny szybko do mnie podbiegają, Olga pomaga zapiąć suwak sukienki i mówi coś, że u niej przenocuję, a Asia patrzy z oburzeniem na naszego wykładowcę.
- Jak pan w ogóle śmiał?! Przecież ona jest pijana!
- Sama tego chciała, nie broniła się – rzuca zimno Głowacki. – Jest przecież dorosła i wie co robi, a sama tu ze mną przyszła. Poza tym… – prycha i idzie do drzwi – moje słowo przeciwko waszemu jakby co.
Znika na korytarzu, a moja przyjaciółka jeszcze chwile za nim patrzy.
- Jasne… każdy wie co z ciebie za typ! – syczy wściekle.
- Chodź, trzeba ją zawieźć do mnie, niech się prześpi – przerywa mi Olga, próbująca jakoś mnie podnieść i kręcąca głową. – Chwała Bogu, że szukałyśmy jej…

Budzę się rano u Olgi na kanapie, z suchym gardłem i pękającą głową. Chwilę trwa zanim orientuję się, gdzie jestem.
- Jezu… - mamroczę, siedząc chwilę w oszołomieniu, aż Olga podchodzi do mnie z kanapkami i szklanką wody.
- Jak się czujesz?
- Skacowana… Dzięki – odbieram od niej śniadanie. – Chyba za dużo wczoraj wypiłam.
Przyjaciółka patrzy na mnie przeciągle, z lekkim zdziwieniem w oczach.
- Nie chyba, tylko na pewno. I nie mów mi, że nie pamiętasz akcji z Głowackim…
Jakiej akcji z Głowackim? Przez chwilę nie rozumiem o co jej chodzi i lekko wystraszona odtwarzam w pamięci wczorajszy wieczór. Z czasem, kiedy wspomnienia powoli wracają na swoje miejsce, zaczynam czuć się coraz gorzej, aż w końcu ogarnia mnie prawdziwe przerażenie. Czy ja naprawdę poszłam z nim do jakiegoś pokoju, całowałam i dałam mu się obmacywać? Boże, co ze mnie za idiotka!
- O nie… - chowam twarz w dłoniach. – Co ja narobiłam…
Przecież jak wrócę na zajęcia, spalę się chyba ze wstydu! Co za koszmar…
- Och przestań – Olga chyba wyczuwa mój stan i mnie przytula. – To wszystko wina tego zboczeńca. Byłaś pijana, a on perfidnie to wykorzystał. Dobrze, że przyszłyśmy w porę, bo inaczej…
Oblewa mnie zimny strach i robi mi się niedobrze. Muszę zająć się czymś, bo zwariuję.
- Strasznie wam dziękuję – wyszeptuję drżącym głosem, pijąc powoli wodę, żeby się uspokoić. – Dobra, muszę się ogarnąć jakoś i wracać do domu, potem będę myślała co dalej.   

Mam trochę czasu do namysłu, bo czeka nas przerwa świąteczna. Po nowym roku jednak czas wrócić do zajęć i postanawiam, że będę się zachowywać jak gdyby nic się nie stało. No bo co mam zrobić? Nie pójdę z tym na skargę czy na policję, Głowacki ma rację, i tak nie ma dowodów.
Przed pierwszymi zajęciami z Głowackim jednak tchórzę i je opuszczam, idę dopiero na Filozofię. Potem zostaję przez dłuższą chwilę w bibliotece, muszę pokserować coś na lektorat z hiszpańskiego.
Po godzinie zamyślona zmierzam do wyjścia jednym z pustych korytarzy budynku wydziału, nawet się nie orientując, że zbliżam się do pokoju Głowackiego. Otrzeźwia mnie dopiero chwila, kiedy wyrasta przede mną niczym lew polujący na antylopę, i zatrzymuję się raptownie.
- Mogę wiedzieć z jakiego powodu opuściła pani zajęcia? – pyta oficjalnym tonem, pożerając mnie wzrokiem.
- Byłam zajęta – odparowuję wściekle, kombinując jak tu mu zwiać. – Poza tym nie wiem czemu tak się temu dziwisz po tym wszystkim co zaszło na imprezie.
W następnej chwili chwyta mnie za nadgarstek i zaciąga do swojego gabinetu.
- Nie musisz rozgadywać o tym na korytarzach – osacza mnie przy ścianie koło drzwi, trochę wściekły. – Widzę, że masz charakterek – uśmiecha się i próbuje mnie pocałować. Od razu go odpycham.
- Nie dotykaj mnie! – syczę, gotowa gryźć, kopać i dać mu w twarz. – Jesteś obleśny!
Głowacki jest coraz bardziej wkurzony.
- Bądź grzeczna, bo pożałujesz – syczy, chwytając mnie za ramiona. – Mogę ci narobić takich kłopotów na uczelni, że wylecisz ze studiów. Zaraz sesja, pamiętasz?
Przyciska mnie do ściany i zaraz czuję jego dłoń na swoim pośladku. Uderzam go mocno w policzek, a potem zaraz mu się wyślizguję i biegnę do drzwi, czując, jak ze strachu wali mi serce. Myślę tylko o tym, by wyjść na powietrze i uciec jak najdalej.
- Możesz się pożegnać ze studiami, ty mała dziwko! – rzuca wściekle Głowacki, kiedy zatrzaskuję drzwi i biegnę zapłakana korytarzem. Mam ochotę umrzeć.

Płaczę w łóżku cały wieczór i noc, przeklinając w duchu swoją głupotę i naiwność. Wszystko spieprzyłam. Co ja zrobię jak mnie wyrzucą z uczelni?
Z domu rano wyciągają mnie dopiero Joasia z Olgą. Siedzimy w kawiarni, a ja załamana opowiadam im co się stało po wyjściu z biblioteki.
- Ale on nie może cię tak po prostu uwalić za nic – mówi lekko wystraszona Olga. – Zawsze możesz zażądać pokazania swojej pracy, iść do dziekana gdyby ci robił problemy i tak dalej. Poza tym jakby się uparł i nie zaliczył ci egzaminu w żadnym terminie, zdaje się przecież komisyjnie. Jest właśnie dzienkan i tak dalej…
- No właśnie – Asia popija kawę, zamyślona. – Poza tym to mogą być groźby bez pokrycia. Naprawdę, nie martw się na zapas. W dodatku słyszałam o paru dziewczynach, którym też się narzucał. Jakby co zbierzemy się i wiecie… Też możemy narobić mu problemów. Ale od teraz trzymasz się od niego daleka, wszędzie chodzisz z nami, okej?
Kiwam zrezygnowana głową, czując w niej straszny mętlik. Ale się wpakowałam… Nie mam chyba innego wyjścia tylko czekać, ale jakby co na pewno nie poddam się bez walki.

Po południu idziemy na zajęcia z Historii literatury amerykańskiej i chyba jakoś się w końcu ogarnęłam. Przed salą widzę jednak jakieś zamierzanie i ręce zaczynają mi drżeć. Czyżby Głowacki zadbał, żeby wszyscy na wydziale wiedzieli, co zrobiłam na imprezie?
Zdenerwowana podchodzę z dziewczynami do kolegów z grupy.
- Co jest? – pyta Asia, rozglądając się po wszystkich.
 Sylwia odwraca się do nas z niezadowoloną miną.
- Doktor Głowacki rano zrezygnował z pracy na uczelni. Będziemy mieć tłumaczenia z Wyszyńską.
Trochę trwa, zanim to wszystko do mnie dochodzi. Nie wierzę we własne szczęście i oddycham z ulgą. Naprawdę już mam spokój…? Boże, dziękuję.
- Ale co się stało? – dopytuje się Joasia, tłumiąc uśmiech.
- Nie mam pojęcia – mamrocze Sylwia, ale nie mamy jak na razie okazji dopytać się kogoś innego, gdyż właśnie przychodzi profesor Zięba i wpuszcza nas do sali.

- No i oto ta cała żenująca historia – kończę, czując do siebie lekką odrazę. – Nie mogę uwierzyć, że byłam taka głupia – wgapiam się w naszą biało-fioletową pościel.
- Daj spokój – Sherlock unosi mi brodę i patrzy w oczy z troską, jest też chyba jednak trochę zdenerwowany. – To ten… ten napaleniec uwziął się na ciebie. Jakbym go dorwał, rozszarpałbym go na strzępy. Poza tym jak chcesz mogę zadzwonić do Mycrofta, wybadać sprawę  i jakby co dać mu popalić.
Uśmiecham się smutno i delikatnie całuję tego mojego kochanego męża.
- Nie trzeba, pewnie już się na niego nie natknę. Londyn to wielkie miasto, poza tym mógł tu być przejazdem czy coś. Najlepiej zapomnijmy o tym.
- No dobrze. Ale jakby co masz mi od razu dać znać – kiwam głową i zarzucam mu ręce na szyje. - A dowiedzieliście się chociaż, dlaczego zrezygnował?
- Nie. Na początku chciałam, ale potem stwierdziłam, że najlepiej, jak o tym wszystkim zapomnę. – Nagle czuję, że mi niedobrze. -  A teraz przepraszam cię, ale muszę do łazienki.

 Rano Alex ładnie zjada śniadanie, a potem bawi się w sypialni z Willem, misiem-piratem, którego kiedyś dał mu Tom. Trochę mi się serce ściska na to wspomnienie, kiedy składam na łóżku wyprane ubrania, by włożyć je do szafy.
Obserwuję z uśmiechem synka, który mówi coś po swojemu do większego od niego misia, co wygląda nader zabawnie. Kiedy już wszystko ogarniam, uznaję, że pora zobaczyć, jak się sprawy mają z pracą Sherlocka.
- Alex, idziemy do taty?
- Do taty… - mały wstaje i nawet chce zabrać ze sobą Willa, ale oczywiście nie jest w stanie.
- Kochanie, ten miś jest za duży. Weźmiemy może tego? – pokazuję mu pluszaka, którego niedawno dostał od dziadków, a on po chwili wahania kiwa główką. Całuję go w czoło i czuję jego rączki obejmujące moją szyję, biorę go więc na ręce, równocześnie trzymając misia. I tak idziemy do salonu.
Widzę, że Sherlock siedzi przy laptopie, ale zaraz potem zrywa się z ogniem w oczach i zaczyna krążyć po pokoju. Wiem już, na co się zanosi. Wpadł na coś.
- To nie kucharz zabił Connoly’ego! To ogrodnik. Kucharz nie nosi trampek – mówi zagadkowo, patrząc na mnie pałającymi oczami. – Tylko jak to zrobił? Muszę się zobaczyć z Lestrade’m – zaciera ręce, podchodzi do nas i całuje mnie w usta, a Alexa w główkę. – Nie wiem kiedy wrócę, zależy jak się wyrobimy z Grahamem. Zadzwonię.
- Z Gregiem… - śmieję się i poprawiam go.
- Tak, z Gregiem – wychodzi na klatkę schodową i zbiega po schodach, a ja patrzę na synka.
- To co robimy, kochanie?
- Bawimy się.
No to chwilę oglądamy obrazki w książeczce, potem mały sam bawi się autkami, a ja siadam przy zwolnionym laptopie Sherlocka. Wchodzę na Facebooka i od razu widzę zdjęcia Sandry i Kevina z wakacji w Kenii. Są razem ponad rok, co mnie trochę zaskakuje, bo na nią to strasznie długo. No ale cóż… Niech im się szczęśliwie żyje.
Po obejrzeniu fotografii siostry widzę zdjęcia Joasi ze znajomym kelnerem i się uśmiecham. Tym też się udało. Nic tylko się cieszyć.
Po chwili przygryzam usta i się zastanawiam. Może by sprawdzić Głowackiego w Internecie? Tak na wszelki wypadek…
Wpisuję jego imię i nazwisko w Google i klikam w jakiś pierwszy lepszy artykuł sprzed miesiąca.

Polskie przedsiębiorstwo wkracza na brytyjski rynek.
Szybko rozwijająca się polska firma „Kopernik”, zajmująca się dostawą do zagranicznych sklepów polskiej żywności, po Niemczech i Austrii postanowiła podbić Wielką Brytanię.
- Uważamy, że powinniśmy dalej się rozwijać – mówi Janusz Głowacki, vice-prezes i dyrektor zajmujący się eksportem towarów na teren Zjednoczonego Królestwa. – Nasz sukces za zachodnią granicą Polski pokazuje, że mamy potencjał. Planujemy rozszerzyć działalność o inne kraje, takie jak Rosja, Francja czy w końcu USA. 
  „Kopernik” powstał pięć lat temu i od tej pory z sukcesem działa, dostarczając polskie produkty do Niemczech i Austrii. Zatrudnia 1000 osób, a teraz planowane jest rozszerzenie personelu o kolejne 500.

A więc to tak… To dlatego Głowacki przyjechał do Londynu. Mam tylko nadzieję, że nie będzie tu zbyt długo i zbyt często siedział.
- Cieko… - mały podchodzi do mnie i z wysiłkiem próbuje wypowiedzieć trudne słowo, marszcząc brwi. – Ciekojadkę.
- Chcesz czekoladkę?
- Tak – uśmiecha się wesoło.
- No to idziemy do kuchni – wyłączam przeglądarkę i biorę synka za rączkę.

Początkiem września zaczynam pracę w szkole, na pięciomiesięczne zastępstwo za Kate, która złamała jakiś czas temu nogę. Teraz wraca do zdrowia, a potem czeka ją jeszcze rehabilitacja. Cóż… nie ma tego złego, bo akurat wróci do pracy kiedy ja będę już w siódmym miesiącu ciąży – a więc w samą porę.
Wracam właśnie pewnego jeszcze ciepłego wieczoru z zebrania i rozmyślam akurat o Watsonach. Wczoraj odwiedzili nas całą czwórką, informując, że testy wykazały iż John naprawdę jest ojcem Timothy’ego. Chłopak zostaje już więc u nich. Na szczęście widać było, że  dobrze się wszyscy dogadują, a Timothy sam był chyba w szoku, że nagle doszła mu nowa rodzina. I że ma siostrę, no i za jakiś czas pojawi się mu nowe rodzeństwo. Chociaż bardzo martwił się o mamę.
Z Emmą jest coraz gorzej. Bóle głowy cały czas się nasilają i coraz częściej nie poznaje nawet syna. Prawie cały czas jest na lekach, a dobre dni należą do rzadkości. Odwiedzają ją co drugi, trzeci dzień, ale już nie wiedzą co robić, bo Timothy wychodzi ze szpitala coraz bardziej załamany.
Wzdycham ciężko. Żal mi tego chłopaka… Ale tyle dobrze, że znalazł w końcu ojca. John i Mary się nim zaopiekują.
- No, no, no… Tyle czasu… - słyszę znajomy głos i orientuję się, że wyrasta przede mną jakaś postać. To Janusz, wszędzie poznam ten pewny siebie i lubieżny ton. – Nie myślałem, że jeszcze cię spotkam.
Zastygam, a on robi parę kroków i staje przede mną. Nic się nie zmienił, jest tak samo przystojny, ale i w pewnym sensie odpychający jak kiedyś.
Szybko się rozglądam, ale okazuje się, że w ciemnej alejce parku jestem zupełnie sama. Staram się nie panikować.
- Miałam wielką nadzieję, że nie. Zejdź mi z drogi – chcę go wyminąć, ale on łapie mnie za rękę.
- No, widzę, że charakterek dalej jest.. Ale co to? – podnosi moją lewą dłoń i patrzy na obrączkę. – No nie mów… Mężatka?
- A co, dziwi cię to? – syczę i próbuję się wyrwać.
 - Trochę – chichocze obleśnie. – Mąż też musi cię upić, żeby zaciągnąć cię do łóżka?
Daję mu w twarz prawą ręką, niestety na lewej dalej są zaciśnięte jego palce. W następnej chwili Głowacki popycha mnie i przyciska do drzewa.
- Radziłem ci już, żebyś była grzeczna… - nachyla mi się do ucha, wymawiając cicho i wyraźnie każde słowo. - Ale ty nie słuchałaś. To przez ciebie musiałem zrezygnować z pracy na uczelni.
Kora pnia drzewa mocno wbija mi się w plecy, ręce Głowackiego zaciśnięte są na moich ramionach jak kleszcze. Naprawdę się boję. Przecież jestem w ciąży, muszę myśleć o dziecku, chronić je. On nie może nam nic zrobić.
- Co ty mówisz, nic nie zrobiłam! Puść mnie, proszę cię.
- Niby dlaczego? – dosłownie rozbiera mnie wzrokiem, co jeszcze bardziej mnie przeraża.
- Jestem w ciąży. Błagam…
- Gówno mnie to obchodzi – zaczyna mnie nachalnie całować, jedną rękę wkładając mi pod bluzkę. Próbuję go odepchnąć, ale na próżno. – Jesteś tak słodka jak kiedyś.
- Zostaw mnie! – krzyczę, czując łzy na policzkach. Głowacki zaraz zaciska rękę na moich ustach i zaczyna całować mnie w szyję.. Jest za silny, nie daję rady go odepchnąć ani nawet kopnąć. Jestem już bliska paniki i zamykam oczy, by nie patrzeć w te okropne źrenice.
- Tym razem nie dam ci uciec… - słyszę przy uchu, już sparaliżowana ze strachu.
- Nie sądzę…
O mój Boże. To głos Sherlocka… Otwieram szybko powieki i widzę, że mój mąż, który chyba pojawił się znikąd, przykłada broń do głowy Głowackiego.
- Bierz od niej swoje brudne łapy, albo za pięć sekund będziesz gryzł piach – mówi z furią.
- A co ty, bohaterski przechodzień? Zjeżdżaj stąd! – Janusz próbuje grać odważnego, ale zdradza go drżący głos. W następnej chwili dostaje w głowę kolbą pistoletu i ląduje na trawie, a ja w końcu jestem wolna. Biorę parę razy głęboki oddech, przytrzymując się drzewa.
- Jej mąż ty pieprzony… - Sherlock zaczyna bez litości kopać Głowackiego, a ten co chwile jęczy z bólu – obleśny… zboczeńcu.
Nosi mi drżą… Na szczęście parę kroków obok jest ławka, więc siadam na niej, trzęsąc się oraz dalej głęboko oddychając. I chyba w pewnym momencie dociera do mnie trzask łamanego nosa.
Odwracam głowę w ich stronę w momencie, kiedy Sherlock podnosi Głowackiego za koszulę i uderza o drzewo.
- Dobra… chcesz kulkę w łeb czy zrzucić cię z mostu do Tamizy? – rzuca wściekle, zaciskając dłoń na jego gardle. – Albo po prostu cię uduszę.
- Zostaw mnie bo pożałujesz – Janusz próbuje złapać oddech, powoli czerwonawy na twarzy. – Mam znajomości… przedsiębiorcy, prawnicy, politycy…
- Fascynujące – mój mąż powoli unosi broń do jego głowy. Uznaję, że pora na interwencję. Nie chcę, żeby potem obarczał się z mojego powodu winą za zabicie człowieka. Poza tym jest taki wściekły, że chyba nie myśli racjonalnie.
- Sherlock, nie! – rzucam zdecydowanie w ich kierunku.
Działa. Pistolet zostaje opuszczony, a ja oddycham z ulgą.
- Masz szczęście. A teraz posłuchaj. Jutro wyjedziesz z tego kraju i już tu więcej nie wrócisz. Jak tego nie zrobisz, postaram się, żeby MI6 narobiło ci takich problemów, że nie pozbierasz się do końca życia. Już jakiś czas temu zadbałem, żebyś był pod obserwacją… I jeśli się dowiem, że jesteś gdziekolwiek na Wyspach i szukasz mojej żony, zatłukę cię na śmierć  i wrzucę do Tamizy. Rozumiesz? A teraz zjeżdżaj stąd.
Sherlock puszcza go i popycha na alejkę, a gdy Głowacki, utykając i z krwawiącym nosem, odchodzi już wystarczająco daleko, siada koło mnie na ławce i przytula mocno.
- Wszystko w porządku? Trzęsiesz się.
- Chyba tak… – mówię drżącym głosem. – Co ty w ogóle tu robisz?
- Pomyślałem, że dobrze by było wyjść po ciebie i przejść się. Chyba jakiś szósty zmysł…
Na pewno. Albo cholerne szczęście. Próbuję się powstrzymać od płaczu, ale to ponad moje siły. Zaraz z oczu wypływają mi łzy.
- Cicho, nie płacz księżniczko – Sherlock przez chwilę kołysze mnie w ramionach, a potem unosi mi głowę i całuje w policzki. – Jestem tutaj, nikt cię nie skrzywdzi.
- Wiem, wiem… - wyszeptuję, przytulając do siebie jego głowę i wtulając twarz w czarne loki. – Mój kochany obrońca…
Siedzimy tak chwilę, aż trochę się uspokajam. No, w każdym razie serce już mi tak nie wali.
- Idziemy do domu? Mały o ciebie pytał. Zostawiłem go na chwilę z panią Hudson.
- Tak, jasne – wstaję i zaraz zaczyna mi się strasznie kręcić w głowie, a nogi się pode mną uginają. Sherlock w ostatniej chwili wstaje i mnie podtrzymuje.
- Wszystko w porządku? – pyta wystraszony. – Może pójdziemy do lekarza? Albo lepiej zadzwonię po karetkę?

- Nie wiem. Słabo mi… – Chcę jakoś wrócić do równowagi, ale niestety jest coraz gorzej. Mrugam oczami, ale i tak ogarnia mnie ciemność. W następnej chwili już czuję, że odpływam.

poniedziałek, 12 maja 2014

Rozdział 45: Masz babo... dzieci

(Dziękuję Joasi :*  Ona wie za co :* )

https://www.youtube.com/watch?v=9cSAZbep4vI
                   J. S. Bach  - Partita for violin solo; no. 3 in E major II.  - Loure

Jedziemy szybko taksówką do Watsonów, prosząc panią Hudson o czuwanie nad śpiącym Alexem. Przez te rewelacje aż głowa zaczęła mnie boleć.
- To musi być jakaś pomyłka – mówię cicho, czując się lekko skołowana. Jakoś to wszystko do mnie nie dochodzi. No bo… John ojcem jakiegoś dziesięcioletniego chłopca?
- Nie musi – Sherlock patrzy mi w oczy z troską. – Przecież dobrze o tym wiesz. A skoro nawet John przyznał, że to możliwe…
- No ale… jeśli tak to czemu ta kobieta nie powiedziała mu o dziecku wcześniej? Teraz nagle się obudziła?
- Myślę, że dowiemy się na miejscu. I pamiętaj kochanie, nie denerwuj się tak. Teraz to niewskazane – uśmiecha się do mnie i nie mogę się powstrzymać, żeby nie odłacić mu tym samym. Potem jednak kręcę głową i nachodzi mnie strasza ochota, żeby po prostu iść spać. Kładę na chwilę rękę na brzuchu, poza tym mam nadzieję, że to już dość niespodzianek na dzisiejszy wieczór.

Otwiera nam wyjątkowo zdenerwowany i blady John, patrzący na nas z ulgą.
- No, w końcu jesteście – głos mu się trzęsie, podobnie jak ręce. – Chodźcie do salonu, to wam wszystko opowiem. I zobaczycie Timothy’ego…
Sherlock kiwa głową i ruszamy za nim. Dalej uparcie siedzi mi w głowie podejrzenie, że to jakiś głupi żart, chociaż chyba bardziej z faktu, że jestem lekko w szoku.
W salonie siedzi Mary, równie wstrząśnięta jak John, a obok mniej widzę drobnego i niewysokiego chłopca o niebieskich oczach i jasnych włosach. Na pyzatej buzi ma wystraszoną minę, a w oczach dostrzegam lekki smutek. Nie wiem czemu, ale do głowy wpełza mi myśl, że to dziecko dużo przeszło.
- Timothy, to nasi przyjaciele, państwo Holmes – John wskazuje na nas, a chłopak robi się jeszcze bardziej wystraszony i zagubiony.
Widzę, że Sherlock taksuje gościa wzrokiem, kiedy siadamy na kanapie. Młody, ku mojemu zdziwienu, odwdzięcza się tym samym.
- Mogę panu załatwić takiego psa, jakiego pan miał kiedyś – mówi spokojnie, bystrze obserwując mojego męża.
Sherlock zastyga bez ruchu, a ja sama gapię się zdziwiona na chłopaka. Skąd on wie o Rudobrodym? Poza tym to było przecież lata temu.
- Jak się zorientowałeś, że miałem psa? - pyta mój mąż dziwnym głosem, w którym wyczuwam długo skrywane emocje. No tak, chyba tylko ja tutaj wiem, ile dla niego znaczył Rudobrody.
- Bo patrzy pan pod nogi, tęski za czymś co było i szuka tego wzrokiem. Sam tak miałem jak zginął mój owczarek.
Zapada nas chwilę krępująca cisza i wszyscy patrzymy po sobie. Aż czuję burzę mózgów mojego kochanego i Watsonów.
- No dobrze, Timothy – mówi w końcu John z bezradną miną. – Może, skoro już nasi przyjaciele tutaj są…
- Pan jest detektywem – przerywa mu Timothy. John na chwilę milknie, by przetrawić kolejne zdziwienie, a potem kontynuuje niestrudzenie dalej.
- Skoro więc już nasi przyjaciele tutaj są, może powtórzysz to, co powiedziałeś wcześniej, ale jakbyś mógł to dokładnie i po kolei.
Chłopak zerka przez chwilę na Johna i mimowolnie zauważam, że ma prawie identyczne spojrzenie. Próbuję przekonać samą siebie, że tylko mi się to wydaje, ale słabo mi wychodzi.
- Mogę opowiedzieć wszystko jeszcze raz - Timothy wzrusza ramionami. – Ale sytuacja jest prosta. Mama umiera, a że nie mamy nikogo bliskiego, to chce, byś ty się mną zajął.
- I twoja mama nazywa się…
- Emma. Emma Watson.
Co? Emma Watson? Prawie zaczynam się smiać.
- To przypadek – wyjaśnia John całkiem poważnie. - Emmę poznałem na niedługo przed wyjazdem do Afganistanu, na szkoleniu. Była pielęgniarką… Trochę nas ubawiła zbierzność nazwisk i tak jakoś zostaliśmy przyjaciółmi, a potem…
- A potem mieliście krótki romans zakończony twoim wyjazdem na inne szkolenie za granicę – wyjaśnia szybko Timothy.
John kiwa którko głową, a my z Sherlockiem patrzymy na siebie. Potem widzę, jak John podaje mojemu mężowi kartkę.
- To list od Emmy, Timothy go przyniósł. Przeczytajcie proszę.
Sherlock odbiera więc od niego kartkę, a ja zaglądam mu przez ramię i tak czytamy.

Drogi Johnie...
Może to dziwne, że piszę po tylu latach, ale nie mam wyboru. Umieram, a jesteś jedyną osobą, która może mi pomóc… Przepraszam, że tak prosto z mostu, ale mam mało czasu i ostatnio zwykłam załatwiać wszystko szybko i konkretne.
A więc, nie owijając w bawełnę… Mam dziecko, dziesięcioletniego Timothy’ego. I to Twój syn. Wiem, że będziesz w szoku. To normalne. Wiem, że będziesz na mnie wściekły, że Ci nie powiedziałam. Ale sama nie wiedziałam, a potem wyjechałeś. I bałam się jak zareagujesz… Wiem, że źle zrobiłam i przepraszam Cię za to, ale czasu nie cofnę… I w końcu wiem, że możesz mi nie uwierzyć. Ale proszę, zrób testy genetyczne. Jak dla mnie nie ma problemu.
Skoro już otrząsnąłeś się z szoku to wyjaśnię Ci, dlaczego dopiero teraz o tym wszystkm piszę. Mam raka, raka mózgu. Nieuleczalnego. Został mi miesiąc życia i chcę wszystko załatwić póki jestem w stanie. Bo będzie ze mną coraz gorzej…
Chodzi mi głównie o Timothy’ego. Błagam Cię, zaopiekuj się nim. Nie mam nikogo innego, kogo mogłabym o to poprosić… Wiesz, że moi rodzice nie żyją, a rodzeństwa nie mam… i nie wiem, kto inny  mógłby się nim zajać. Więc błagam Cię na wszystko, spełnij moja prośbę.
Naprawdę nie chcę się wtrącac w Twoje życie. Pewnie masz żone, dzieci, swoją rodzinę… Ale Timothy to też twoje dziecko i nie zmieni tego twoje zdziwienie ani złość na mnie. Poza tym mam odłożone jakieś pieniądze, wystarczą na jego szkołę.
Jeszcze raz przepraszam,
Emma.

W milczeniu kończę czytać, a potem patrzę na Johna i Mary. Ich miny mówią wszystko.
- Co planujecie? -  pyta mój mąż.
John przez chwilę patrzy na nas bezradnym wzrokiem, następnie wzdycha.
- Cóż… Musimy jechać zobaczyć się z Emmą, ale to jutro. Teraz chyba Timothy powinien iść się przespać, ma za sobą długą podróż z Southampton.
- Ale ja nie jestem zmęczony… - zaczyna chłopak, ale przerywa mu Mary.
- John ma rację. Chodź do gościnnego, przygotuję ci łóżko.
Timothy wygląda na zawiedzionego, ale nie ma wyjścia i znika za Mary na korytarzu. Zaraz potem John ukrywa twarz w dłoniach.
- Och John…Głowa go góry – mówię, kładąc rekę na jego ramieniu.
- Prawda, weź się w garść – dodaje Sherlock. – Wszystko wyjaśni się jutro. Chociaż… wygląd chłopaka mówi sam za siebie…
- No i co ja mam zrobić?
- Porozmawiać z Emmą, tak jak planujesz – zastanawiam się przez chwilę. – No i zrób testy dla świętego spokoju. W ogóle rozmawiałeś o tym z Mary?
John chyba to wszystko przetrawia przez jakiś czas.
- Nie – kręci w końcu głową. – Nie jestem na razie jakoś w stanie, no i nie było okazji. Poza tym boję się co ona na to…
- Ona na to, że cokolwiek postanowisz, będzie przy tobie – mówi Mary, stojąc w drzwiach. – Timothy już leży w łóżku – wyjaśnia, siadając w kompletnej ciszy koło smutnego Johna. Kiedy ten nic nie mówi, bierze go za rękę. – John, nie mogłabym inaczej. Wiem, że to było dawno… poza tym ty mi wybaczyłeś moją przeszłość nawet nie zagłębiając się w szczegóły, więc byłabym ostatnią hipokrytką gdybym czyniła ci wyrzuty.
 John przez chwilę patrzy jej w oczy, a potem ją przytula.
- Że też to w takim momencie się stało… Przecież ty… - i ucina, zerkając na nas dziwnie.
Marszczę brwi i patrzę na nich. Oboje mają jakieś takie osobliwe miny.
- Dobra, John, o co tym razem chodzi? – Sherlock chyba jest już lekko zirytowany.
- No dobra, mieliśmy wam powiedziec później, ale pewnie zaraz i tak byś się zorientował – Mary się uśmiecha. – Jestem w ciąży.
Gapię się na nich przez chwilę w lekkim szoku, a gdy w końcu dochodzi do mnie sens słów Mary, wybicham niepohamowanym śmiechem. Trwa to jakiś czas. W końcu oboje z Johnem patrzą na mnie z wyrazem zaskoczenia na twarzach.
- Kochanie… - słyszę rozbawiony głos Sherlocka.
- Przepraszam… Gratulujemy wam – mówię, sama zdziwiona swoją reakcją i próbuję się uspokoić. – Ty im powiedz.
Sherlock obdarza mnie, a potem ich, lekko diabelskim uśmiechem, a ja robię wszysko, żeby już nie chichotać. 
- Cóż, wygląda na to, że czeka nas niezły baby boom, bo Anna też jest w ciąży. Dziś się dowiedzieliśmy.
John zaczyna rechotać 
- Bez jaj… No to też gratulacje. Tylko teraz… zanosi się na to, że przybędzie mi nagle dwójka dzieci…

Następnego dnia próbuję się bawić z Alexem autkami, ale małemu uparciuchowi w pewnym momencie zachciewa się iść do Sherlocka.
- Kochanie, nie wolno tacie przeszkadzać – mówię synkowi, ten jednak robi smutną minkę, a następnie, nie zważając na to, że Sherlock siedzi przy komputerze, całkowicie pochłonięty jakąś najnowszą sprawą od Grega, podchodzi do niego i ciagnie rączkami za nogawkę do spodni.
- Tata! Tata!
- Co, urwisie? – Sherlock uśmiecha się wesoło i sadza sobie małego na kolanach.
- Bawić się…
Mój mąż ciężko wzdycha, a następnie całuje Alexa we włoski. Jaki to uroczy obrazek…
- Ale może za chwilkę, tata pracuje teraz – próbuje mu wyjaśnić, ale mały smuci się jeszcze bardziej i przytula do niego, a ja już wiem, jak to się skończy. – No dobrze, to chodź.
Zaraz robi mu helikopter w powietrzu, przez co Alex wybucha śmiechem, potem bawią się klockami. Ja w końcu po dłuższym czasie uświadamiam sobie, że pora przestać się na nich gapić i zrobić obiad, zatem wstaję i wychodzę z salonu.
- Kochanie, ale po co to?  Lepiej odpoczywaj – Sherlock wchodzi do kuchni, a Alex za nim, mając w ręku mały czerowny samochód.
- Daj spokój, nie jestem chora, tylko w ciąży! A poza tym kto zrobi obiad? Chyba nie powiesz mi, że nauczyłeś się gotować?
- No wiesz… - stoję przy blacie, a Sherlock obejmuje mnie od tyłu i całuje to w szyję, to w ramię. – Z twoimi wskazówkami może jakoś dałbym radę… Ale ty słodka jesteś…
- Wolę nie sprawdzać… - uśmiecham się. - John się oddzywał?
- Tak. Wszyscy jadą do Southampton. Ma potem dać znać co i jak.
 Chcę otworzyć  lodówkę, ale nagle robi mi się niedobrze, oswobadzam się więc z jego objęć i lecę do łazienki.

Kiedy wracam, widzę, że Sherlock gotuje już wodę na makaron. Jaki on seksowny w tej białej koszuli… No dobra, w każdej koszuli.
- Wszystko dobrze? – pyta z troską, patrząc mi w oczy.
- Tak, to tylko mdłości – posyłam mu uśmiech. – W końcu miną.
Nagle rozlega się na dole dzwonek do drzwi, ale zanim zdążę chociażby wyjść z kuchni, słyszę, że pani Hudson otwiera. Potem rozlegają się głosy rodziców Sherlocka.
- Na miłość Boską – mówi cicho mój mąż, wyłącza wodę i idzie w stronę salonu – I święty spokój szlag trafił…
- Sherlock! – kręcę głową i się śmieję. – To twoi rodzice i przyjechali w odwiedziny! – podchodzę do Alexa, by wziąć go za rączkę. – Chodź kochanie, babcia z dziackiem przyszli.
Moi teściowe zaraz wchodzą do salonu i witają się z nami, a naszy synek ląduje na rękach u dziadka, nadzwyczaj uradowany z prezentu w postaci włochatego misia.
- Wpadliśmy na dwa dni do Londynu, zatrzymaliśmy się u Mycrofta – wyjaśnia moja teściowa, a na usta Sherlocka wpełza złośliwy uśmiech. Sama o mało nie zaczynam chichotać, Mycroft na pewno jest wniebowzięty. – I przywiozłam wam zapiekankę, wystarczy ją tylko chwilę podgrzać. To ulubione danie Sherlocka z dzieciństwa.
Uśmiecham się do siebie. No to problem z obiadem rozwiązany.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale mama Shelrocka orientuje się, że jestem w ciąży zanim kończymy jeść, a nam pozostaje tylko potwierdzić jej przypuszczenia. Radości teściów nie ma końca, a Sherlock w pewnej chwili znika w kuchni porozmawiać przez telefon. Pod pretekstem odniesienia talerzy, oczywiście bardzo oprotestowanym, idę do niego.
- Nie, nie weźmiemy ich dziś do kina, a jutro na cały dzień na wycieczkę – mój mąż syczy wściekle do komórki i już wiem, że rozmawia z Mycroftem. – Postradałbym zmysły!... Sam sobie musisz poradzić… Nie wiem, to zadzwoń do Grega – rozłącza się bez słowa pożegnania.
- Jutro moglibyśmy przecież ich gdzieś zabrać – mówię do niego cicho, wkładając naczynia do zlewu.
- Kochanie, czy chcesz, żebym zwariował? – Sherlock przytula mnie oraz całuje w czoło, a ja zaczynam się śmiać.
- Nie, nie chcę – biorę go za rękę i wracamy do salonu, gdzie Alex już zajął dziadków swoją ksiażeczką ze zwierzątkami.

John dzwoni niedługo po wyjściu rodziców Sherlocka. Widzieli się wszyscy z Emmą, która w już nie za dobrym stanie leży w szpitalu.
- John mówił, że jeszcze nie jest najgorzej, nie ma zmian w zachowaniu ani niczego takiego, ale za niedługo zaczną się pojawiać. Naprawdę nie zostało jej dużo czasu. Uzgodnili z nią, że jutro zrobią badania genetyczne i że na razie chłopak zostaje z nimi. Postanowili też, że jeśli John naprawdę jest jego ojcem, to oczywiście wezmą go na stałe do siebie.
- Dobrze, że robią badania, chociażby dla świętego spokoju i formalności – mówię, dając kolację Alexowi. – Ale chyba nie masz wątpliwości, że Timothy to syn Johna?
Sherlock wzdycha i kiwa głową, a małemu nagle się odechciewa jeść.
- No kochanie, jeszcze troszkę – proszę synka. – Przecież lubisz kurczaka z warzywami…
- Nie! – mały uparciuch robi zaciętą minkę i odwraca buzię. Jest taki śliczny z tymi swoimi oczkami i czarnymi loczkami na główce… Jak z obrazka.
Poddaję się i zrezygnowana odkładam talerz na stół, a Alex zsuwa się z moich kolan i biegnie do zabawek. Widzę, że Sherlock patrzy przez chwilę z uśmiechem na synka, a potem siada obok mnie i obejmuje ramionami. Z westchnieniem kładę głowę na jego piersi, słysząc spokojne bicie serca.
- Poradzą sobie… John i Mary… - mówię w końcu, unosząc się i patrząc mu w oczy.
- Wiem – mój ukochany uśmiecha się lekko, a potem składa na moich ustach czuły pocałunek, który z czasem staje się coraz bardziej gorący. Drżę przez chwilę, a potem zagłębiam palce w jego czarne loki i przywieram do niego całym ciałem.
Opamiętujemy się dopiero przez Alexa, który z hukiem rozwala wybudowaną wcześniej z Sherlockiem wieżę z klocków, i mało nie parskamy śmiechem.
- Poczekamy, aż mały zaśnie – mój mąż mówi mi do ucha, a następnie delikatnie całuje w szyję. Po chwili podchodzi do nas Alex i wyciąga Sherlocka do zbudowania nowej wieży, a ja idę odnieść talerz małego do kuchni.

Następnego dnia wstaję rano, ale Sherlocka już nie ma w sypialni. Wzdycham lekko zawiedziona i podchodzę do łóżeczka Alexa, który jeszcze śpi. Dziś są moje urodziny, więc liczyłam na miłą pobudkę.
No cóż, pewnie coś szykuje w kuchni. Wychodzę z sypialni, ale okazuje się, że jestem w domu sama z małym. Teraz już robi mi się smutno. Nie tak było wczesniej…
Nagle dostrzegam na stole w kuchni kopertę. Marszczę brwi, bo widzę wypisane na niej moje imię. Co ten mój szalony mąż znowu wymyślił?
W środku jest jakiś bilet oraz karteczka. Otwieram ją i czytam.

Kochanie,
przepraszam, że mnie nie ma, ale to przez Mycrofta. Możesz mu urwać głowę jak chcesz, o ile ja sam tego nie zrobię.
P.S. Bądź o 17 w Cadogan Hall, Alexa zostaw u pani Hudson. Zgodziła się. W kopercie masz też bilet.

                                                           Kocham Cię,
                                                          Sherlock.

W końcu delikatnie się uśmiecham. Nie mam pojęcia co mój mąż planuje, ale coś na pewno. Zresztą, nie wiem czemu się tak dziwię, to przecież u niego normalne. Następnie przygryzam usta, zaciekawiona. Cadogan Hall to sala koncertowa. Cóż… zaproszenia na coś w stylu filharomii się nie spodziewałam, ale czemu nie, może być interesująco. A właściwie to już się nie mogę doczekać. Z uśmiechem na ustach zabieram się za śniadanie.
O wpół do piątej wsiadam do taksówki i jadę do Cadogan Hall. Po dwudziestu minutach jestem na miejscu i wchodzę do środka lekko zdziwiona, bo prawie nikogo nie ma, co jak na jakiś koncert jest bardzo dziwne. I Sherlocka ani śladu.
Już chcę wyciągnąc z torebki komórkę żeby do niego zadzwonić, kiedy słyszę głos kasjera.
- Przepraszam, może pani Holmes?
- Tak…
- Mogę prosić bilet?
No więc podaję facetowi bilet, a on tylko kiwa głową.
- Proszę za mną.
Robię co mi każe, a on prowadzi mnie prosto do sali koncertowej. Pięknej, z dużymi oknami, jasno oświetlonej, ale niestety zupełnie pustej. Co tu się dzieje?
- Przepraszam, ale… - odwracam głowę, ale kasjera już nie ma. Zostałam tutaj sama.
Lekko wystraszona, nie wiedząc co ze sobą zrobić, powoli schodzę w kierunku sceny, nerwowo poprawiając srebrno-czarną sukienkę i lekko upięte włosy. W co ten Sherlock mnie znowu wpakował?
Jestem już w połowie drogi, kiedy… no właśnie, o wilku mowa. Mój mąż wychodzi na scenę z szerokim uśmiechem na ustach i bukietem róż w dłoni. Poza tym w rozpiętej pod szyi koszuli i czarnym garniturze jak zwykle wygląda bosko. Aż mi serce szybciej zaczyna bić.
- Cześć kochanie – wita mnie niewinnie.
- No cześć – zatrzymuję się i piorunuję go wzrokiem. – Możesz mi wyjaśnić co to się dzieje?
- Mogę. Ale lepiej chodź tu na scenę.
Wzdycham, ale idę do niego. Wchodzę po bocznych schodkach, a on od razu bierze mnie w ramiona i namiętnie całuje, aż nogi mi miękną.
- Wszystkiego najlepszego, najdroższa – słyszę przy uchu, i zaraz potem Sherlock się ode mnie odrywa i podaje kwiaty razem z tajemniczą paczuszką, której wcześniej nie zauważyłam.
- Dziękuję kochanie – patrzę mu w oczy oraz uśmiecham się. Jak ja go kocham… – A co to?
- Zobacz sama.
Lekko drżącymi rękami otwieram prezent i moim oczom okazują się śliczna srebrna bransoletka z różnobarwnymi, pastelowymi diamencikami oraz podobny naszyjnik do kompletu. Co za cudo, aż nie mogę się napatrzeć.
- To jest prześliczne – rzucam, ale zaraz przyciągam Sherlocka do siebie i wtapiam się w jego usta. Trwa to jakąś chwilę.
- Kochanie, bo jeszcze czeka cię nastepny prezent.
- Jaki? – moje palce głaszczą jego policzek, a usta znowu mają ochotę na pocałunek. – I może mi w końcu powiesz o co chodzi z tą pustą salą?
- Koncert. A sala jest pusta, bo to koncert tylko dla jednej osoby. Tylko dla ciebie.
Przez chwilę się nad tym wszystkim zastanawiam, ale zaraz zauważam za nim stojak ze skrzypcami i zaczynam wszystko rozumieć. To takie słodkie, że prawie mam łzy w oczach.
- Och… - ponownie go całuje, powstrzymując płacz. - Ale jednego nie rozumiem. Jak załatwiłeś tą salę? Chyba ciężko ją wynająć.
- No tak, masz rację. Ale tak się składa, że jakiś czas temu bardzo pomogłem dyrektorowi Cadogan Hall, więc… Dla mnie to nie był problem – wyjaśnia uśmiechnięty, patrząc na mnie roziskrzonymi oczami, w których prawie tonę. – A teraz zejdź do pierwszego rzędu, bo koncert czeka.
Daję mu buziaka w policzek i za chwile siedzę w jednym z foteli, centralnie naprzeciwko sceny. Obok mam róże i pudełko z bizuterią.
- Skomponowałem to tylko dla ciebie kochanie - Sherlock patrzy na mnie czule, a potem bierze skrzypce i zaczyna grać.
Uśmiecham się leciutko, słysząc pierwsze tony i czując coś dziwnego w środku. Zawsze go uwielbiałam słuchać, te cudowne, czyste dźwięki, jakie z niesamowita lekkością wydobywa z instrumentu przyprawiają mnie o dreszcze.
To dziwne uczucie we mnie rośnie z każdą chwilą jego gry, aż w końcu sprawia, że na policzki wypływają mi łzy. Wsłuchuje się jednak w melodię i nie mogę się nawet ruszyć, gdyż siedzę jak zaczarowana. Ta muzyka jest taka piękna. I tylko dla mnie. To takie… niesamowite i wyjątkowe.
Nie wiem ile to trwa, bo nie jestem w stanie liczyć upływu czasu, w końcu jednak Sherlock przestaje grać. Jakoś się ogarniam, szybko ocieram łzy, a zaraz potem wbiegam na scenę i rzucam się Sherlockowi na szyję.
- Dziękuję – wyszeptuję, wtulając twarz w jego koszulę. – To było… przepiękne i niesamowite. Jesteś kochany – próbuję walczyć z łzami.
Jego ramiona mocno obejmują moje drżące ciało, usta całują we włosy, Chwilę trwa, zanim dochodzę w całości do siebie.
- To co, teraz jakaś kolacja?
- Jasne – uśmiecham się, a potem biorę go za rekę i schodzimy ze sceny.

Tydzień później we trójkę jesteśmy na zakupach w supermarkecie. Rozmawiam właśnie z Sherlockiem o powrocie do pracy, a mój wzrok przeczesuje dział z nabiałem, kiedy nagle… Aż zastygam bez słowa. Nie, to niemożliwe. Mam jakieś omamy wzrokowe.
Mrugam oczami, ale zjawa się już ulotniła, zupełnie jak dym.
- Kochanie, co się stało? – Sherlock przygląda mi się uważnie.
- Nic, miałam jakieś przewidzenie – rzucam, kręcąc głowa i jakoś dochodząc do siebie. To musiał być ktoś podobny albo mózg płata mi figle. I nie powiem nic Sherlockowi, nie chcę przywoływać mu bolesnych wspomnień. – Chodźmy dalej.
Po skończonych zakupach wychodzimy w końcu na galerię i postanawiam wstąpić do jednego sklepu z ciuchami, zostawiam więc moich chłopaków na ławce. Buszuję w najlepsze między wieszakami, kiedy moje spojrzenie pada na osobę, której nie widziałam już z sześć lat. Prawie upuszczam trzymaną w rękach bluzkę.
Nie widzi mnie, i dzięki ci Boże za to. Ale co on tutaj robi? Przecież… Nie, nie wierzę, że mógł znaleść się w tym samym mieście co ja.
Odkładam ciuchy i szybko opuszczam sklep, dbając, żeby mnie nie zauważył. Ale co ja zrobię jak on na mnie się kiedyś natknie? Muszę jakoś porozmawiać z Sherlockiem i mu powiedzieć.
- Ksieżnczko, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha – mówi mój mąż, zaniepokojony i trzymający Alexa na rękach.
- Bo widziałam… To znaczy nie ducha, ale kogoś…Opowiem ci w domu, teraz chodźmy stąd.
- Już w supermarkecie widziałem, że coś cię wystraszyło.
- Och nie – macham ręką. – Tam wydawało mi się, że widziałam kogoś zupełnie innego. To nieważne, pomyliłam się. Ale teraz… Nie, to musi poczekać aż wrócimy do domu. 
- No to chodźmy – Sherlock bierze mnie za rękę i idziemy do wyjścia.

Opowiem Ci w domu? Jak się okazuje muszę poczekac, bo już na Baker Street do Sherlocka dzwoni Mycroft i oczywiście każe mu natychmiast gdzieś jechać. Widzę, że mój kochany jest wściekły, ale chyba nie ma wyjścia. No i ja też nie jestem zadowolona.
- No trudno, jedź – całuję go w policzek. – Będziemy czekać.
- Nie mam wyboru – Sherlock mamrocze wściekły. – Ciągle mi grozi, że gdzieś mnie wyśle.
- Nie zrobiłby ci tego! – protestuję gwałtownie. – Przecież jesteś jego bratem.
Mój mąż wzdycha i patrzy mi przez chwile z troską w oczy.
- Chciałbym w to tak wierzyć  jak ty… - nagle podjeżdża po niego czarny samochód. - No dobra, jadę. Wrócę najszybciej jak się da – całuje mnie krótko w usta i wsiada do auta, a ja z malym wchodzimy do mieszkania.

Jadę na wyznaczone przez Mycrofta miejsce, strasznie na niego wciekły i w ogóle poirytowany. Najgorsze jest to, że Annę coś wystraszyło, a nawet nie miałem okazji z nią o tym porozmawiać. Powinienem się nią opiekować, a nie spełniać dziwne zachcianki mojego brata. Nawet mi nie powiedział gdzie jadę. Zresztą, mało mnie to interesuje.
Po kwadrancie dojeżdżamy na miejsce, do jakiegoś apartamentowca blisko centrum. Wysiadam, poprawiam garnitur i podchodzę z obrażoną miną do stojącego nieopodal Mycrofta.
- Skąd to oburzenie, drogi braciszku? – mówi jak gdyby nigdy nic. – Stoimy właśnie przed mieszkaniem Jamesa Moriarty’ego, więc powinieneś być zadowolony.
- Mogłeś mnie uprzedzić, a nie bawić się w kotka i myszkę.
- Nie bądź dziecinny… Cóż, z racji tego, że Moriarty już dawno temu zapadł się pod ziemię, chyba pora zorientować się co i jak. Idziesz ze mną?
Nie czekając na moją odpowiedź rusza do drzwi, a ja z westchnieniem idę za nim. Czuję już jak przez całą moją irytację przebija się znane mi już podniecenie, a krew zaczyna szybciej płynąć w żyłach. Sprawa zaginięcia Jima już od dłuższego czasu nie dawała mi spokoju, ale po tym wszystkim, co nam zrobił, wolałem nie wywoływać wilka z lasu. Bałem się o Annę, Alexa… a teraz jeszcze o drugie maleństwo.
Jesteśmy już na pierwszym piętrze, a agenci MI6 otwierają jedne z drzwi. Ruszam za bratem do środka, gdzie ogarnia nas ciemność. Widzę jednak jakiś dziwny ślad na podłodze i zapalam światło.
Naszym oczom ukazuje się sztylet leżący w wielkiej kaluży zeschniętej krwi. Moje pierwsze skojarzenie to zarzynana świnia, zaraz potem zdaję sobie sprawę, iż wszystko wskazuje na to, że to krew Moriarty’ego.
- No cóż… Zawze wiedziałem, że Jim miał poza nami wielu wrogów – mówi cicho Mycroft. – I wygląd ana to, że w końcu któryś z n ich go dopadł…

Nie sposób się z nim nie zgodzić.