środa, 26 marca 2014

Rozdział 31: Plany

(Kolejny rozdział od Przyjaciółki :D Oh God Yessssss )

“I wanna hide the truth
       I wanna shelter you
      But with the beast inside
      There's nowhere we can hide

      No matter what we breed
      We still are made of greed
      This is my kingdom come
      This is my kingdom come

      When you feel my heat
      Look into my eyes
      It's where my demons hide
      It's where my demons hide
      Don't get too close
      It's dark inside
      It's where my demons hide
      It's where my demons hide"
                Imagine Dragons - Demons


Od tamtego momentu w łóżku minęło sporo czasu. W sumie więcej tak dziko nie było, ale miałem ochotę to powtórzyć. Niestety Thomas był coraz bardziej zajęty, co mnie bardzo niepokoiło. W końcu nie wytrzymałem tych gierek i wygarnąłem mu, że jeżeli tak dalej będzie postępować to pożałuje. Nie wiem czy podziałało.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk SMS-a. Przygryzłem wargi i odczytałem go. ANNA WŁAŚNIE RODZI. :) T.H.
- Och... - mruknąłem do siebie, a w chwilę później pisałem już SMS do mojego kochanego mężczyzny, żeby mi powiedział kiedy mały się urodzi.
Chciałem im szczerze pogratulować, że udało im się przeżyć moje małe fanaberie. Miałem przy tym niezły ubaw. Posmutniałem zaraz przypomniawszy sobie, że Tom może się dowiedzieć kim jest jego facet. Nie miałem odwagi mu powiedzieć, a zwykle nie mam z tym problemu.
Cała sprawa z nim zabrnęła jednak zbyt daleko i to mnie martwiło. Próbowałem wbijać sobie, że to tylko przelotna znajomość, ale oszukiwałem sam siebie. Wiedziałem doskonale co czuję, lecz czy on wiedział co ciągnie go do mnie? Poza tym zawsze ogarniał mnie nieopanowany lęk przed tym, że w pewnym momencie zniknie. Nie chciałem tego i nie pozwoliłbym, by gdzieś przepadł.
Znów zadzwonił mój telefon. To już dziesiąty dziś. Westchnąłem i odebrałem znudzony tymi wszystkimi biurokratycznymi bzdurami. W słuchawce usłyszałem obcy język i od razu się ożywiłem.
- Witam cię, Furimo - san. - powiedziałem po japońsku. - Czy to jakaś ważna prawa?
- Dzień dobry. - przywitał mnie gardłowo. - Najwyższa Prawda pana potrzebuje w związku z zmacham na jednego z naszych wrogów. Jestem pewien, że jego śmierć sprawi panu wielką przyjemność...
- Słucham w takim razie z wielką uwagą. - uśmiechnąłem się do siebie, na myśl o jakiejś ciekawej sprawie.
- Planujemy śmierć pana Sherlocka Holmesa. - mruknął z mściwością w głosie, a mnie zatkało. Ten człowiek, chyba nie mówił poważnie o swoich planach? - Potrzebujemy do tego kilku namiarów, na zabójców najwyższej klasy. Czy będzie z tym jakiś problem?
I właśnie wtedy stanąłem przed dylematem. Pragnąłem śmierci tego durnia, ale... jeżeli Thomas odkryje, kto za tym stoi. Krótko mówiąc skończymy wszystko i jego też będę miał powód sprzątnąć. Nie chciałem tego. Tak bardzo tego nie chciałem, że moją twarz wykrzywił ból, który skrywałem wewnątrz.
- Muszę nad tym pomyśleć. - burknąłem i zakończyłem połączenie.
Właśnie teraz mam okazję w końcu go kropnąć. Tyle lat czekałem na ten moment. Tyle dni wyobrażałem sobie jego zwłoki w czarnym worku. Zacisnąłem szczęki ze zdenerwowania. Brunecik, poprzez kilka telefonów może zginąć z rąk japońskiej organizacji terrorystycznej. Znów wyobraziłem sobie jego pogrzeb i zobaczyłem nad grobem tego pajaca Toma. Nigdy by mi nie wybaczył.
Wykręciłem numer Japończyka i czekałem kiedy odbierze. Strasznie długo to trwało. Gdy usłyszałem jego głos, mruknąłem zimno:
- Wybacz, ale nie pomogę. I lepiej nie próbujcie w tym momencie, bo natkniecie się na mnie.
Znów się rozłączyłem i rzuciłem ciało na łóżko. Cholera jasna! Było tak blisko... Wystarczyło jedno moje słowo. Jeden telefon, by zgnieść go jak robaka. Nie przeszkadzałby już mi więcej, a co lepsze nie marudziłby nad uchem Tomowi. Ale ta myśl, że mój kochany mógłby mnie za to znienawidzić jeszcze bardziej... Nie. Nie mogę teraz. I nie w ten sposób.
Moje rozmyślania znów przerwał aparat telefoniczny. Jedenasty... - pomyślałem ze złością i odebrałem nie patrząc kto to.
- Czego? - warknąłem.
- Och... chyba nie w humorze dziś. - mruknął mój rozmówca. - To ja może juro zadzwonię...
- Tom. - uśmiech od razu zagościł na mojej twarzy. - Wybacz, miałem ciężki dzień.
- Przyjadę może? - zapytał nieśmiało, a potem dodał: - Anna już urodziła. Zdrowego chłopca. Jestem wujkiem.
- W takim razie czekam na ciebie, skarbie. I jestem z ciebie dumny. Sherlock nie zemdlał?
- A gdzie tam. - roześmiał się. - Twardziel z niego. Będę za pół godziny, jeżeli nie masz nic przeciwko...
- Czekam. - mruknąłem zupełnie nieświadomy w jaki sposób to zrobiłem. W gardle miałem kluchę. - Pa, skarbie.
Położyłem telefon na szafce obok łóżka i westchnąłem. Będzie tutaj... Co za szczęście. Tak dawno mnie nie odwiedzał. Może bał się, że znów to zrobię? Że zaciągnę go do sypialni i... Moje ciało przeszył dreszcz. Przechodził od głowy po czubki kończyn niczym porażenie prądem. Och, Tommy. Jakim cudem ty na mnie tak działasz? - zapytałem sam siebie i wybuchnąłem śmiechem. Nie pojmowałem do końca czy to radość, czy może coś podobnego, ale sprawiło mi to przyjemność.
Siedziałem jak na szpilkach, gdy w końcu usłyszałem dzwonek do drzwi. Thomas. Podbiegłem szybko, by mu otworzyć i wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. On odpowiedział tym samym, ale nie objął on jednak oczu. Coś było nie tak.
- Wejdź. - mruknąłem trochę zmieszany tym spojrzeniem i odsunąłem się, by nie prowokować jakichś sytuacji typu pocałunek.
- Cześć, Jim. - powiedział trochę chłodno i wszedł do środka. Przekręciłem kluczyk, po czym zamek cicho kliknął. - Widzę, że mam być twoim więźniem...
- Nie, Tom. - burknąłem. - To środki bezpieczeństwa. Zbyt wiele osób mnie szuka.
Uniósł brwi, ale nic nie odpowiedział na moje stwierdzenie, tylko siadł na kanapie naprzeciwko mojego biurka. Po jego postawie stwierdziłem, że coś go gnębi, ale szczerze mówiąc bałem się zapytać. Tak... Ja się boję. Od kiedy? Może od wtedy, gdy spotkałem tego gościa. Boję się, że już nie będzie szczery.
- Dużo masz pracy? - zapytał trochę zdawkowo.
- Trochę. - posłałem mu blady uśmiech i siadłem przy nim. - Całe szczęście, że jesteś, bo pracowałbym nad MESJASZEM całą noc.
- Mesjaszem?
- To taki wirus komputerowy do wyciągania pieniędzy z... - urwałem nagle zdając sobie sprawę, że jestem całkowicie szczery. Mało brakowało, a powiedziałbym mu zbyt dużo. A może czas, by mu powiedzieć?
- Skąd? - zainteresował się, a moje serce zwariowało ze strachu.
- Nie chcesz wiedzieć, Tom. - patrzyłem tępo przed siebie, przez co mój towarzysz przybliżył do mnie swoje ciało. Jeżeli zrobi jakiś ruch, nie ręczę za siebie. Objął mnie w pasie, gdy o tym pomyślałem, a potem cmoknął w policzek. Zauważyłem, że zrobił to z wahaniem. Ewidentnie o coś chodziło. Postanowiłem zmienić temat. - Skarbie... Co cię gryzie? - zapytałem, patrząc mu głęboko w oczy. Te szafirowe tęczówki powalały na kolana.
- Nieważne, Jim. Kiedy indziej może... Bardziej martwi mnie fakt, że chcesz kogoś okraść.
- Ja tylko piszę programy. - wykręciłem się, po czym wzniosłem oczy ku niebu. Nie... Nie mogę mu kłamać. - Ale tak czy inaczej zamierzam. To część mojej pracy. No i nie lubię żyć w ubóstwie.
Ulżyło mi gdy to powiedziałem. Nareszcie mogłem spokojnie oddychać. Nie mogę za każdym razem chować głowy w piasek, gdy zapyta o moją pracę. Nie będę się zachowywać jak małe dziecko.
- Jak uważasz, Jim, ale to niezgodne z prawem. - powiedział i zaczął wstawać. Znów będzie uciekać. No pięknie... Co ja mam z tym facetem.
- Nie ja to wykorzystam. Thomas... Nie rób mi takich rzeczy. - złapałem go za rękę i przyciągnąłem do siebie.
- Nieważne... I tak powinienem iść.
- Ani mi się waż. - warknąłem rozeźlony. - Znów chcesz uciekać nic nie mówiąc, tak? W sumie to do ciebie bardzo podobne... - mówiłem z jadem w głosie. Najwyższy czas, by postawić tego faceta do pionu. Same z nim kłopoty... - Ciągle coś ukrywasz podczas, gdy ja mówię ci to czego nie powinienem.
Zrobił zaszokowaną minę i zamilkł. Nie mógł uwierzyć w to, że wypomniałem mu jego zachowanie, a ja, że to zrobiłem. Odczuwałem to przywiązanie coraz bardziej i nie mogłem już cofnąć słów. Zakochany szczeniak. - mój głos mruknął mi w głowie. - Już się nie wyplączesz, Jimmy...
- Kiedy mi powiedziałeś... że zależy ci na mnie... - w końcu odrzekł nadal stojąc. Miał zaciśnięte pięści i patrzył na mnie trochę spode łba. - Poniosło mnie. Poczułem, że ktoś mnie... - urwał. Wiedziałem doskonale co chce powiedzieć, ale nie musiał. Rozumieliśmy się bez zbędnych słów. Posłałem mu szczery uśmiech i wstając, podszedłem, by go przytulić. Kolejna rzecz nie w moim stylu, ale on tego potrzebował. - Lepiej nie, Jim. Nie chcę żeby było jak wtedy.
- Co? - teraz to ja byłem bardziej zadziwiony niż on. - W takim razie w ogóle tego nie... - zabrakło mi słów. Moje ciało opanował niespotykany chłód. Nie czułem absolutnie nic prócz obojętności. Zmierzyłem go wzrokiem i przestałem robić sobie nadzieję. Nie potrzebowałem nikogo. Byłem zawsze samowystarczalny. Jeżeli chciałem by mnie ktoś uwielbiał, wystarczył jeden telefon. Natasza przyjęłaby mnie jak zwykle z otwartymi ramionami. Irene również.
- Nie to miałem namyśli. - powiedział szybko jakby panikując. - Myślałem raczej o tym, że... - znów ważył słowa. Mówił również bardzo powoli co mnie tylko zdenerwowało. Wykrzywiłem wargi w geście zniesmaczenia, ale dałem mu kontynuować. Zauważyłem też, że jego twarz oblał mocny rumieniec. - To trochę za szybko. Jeszcze nie znam cię w zupełności, a już... - chrząknął. - No.
Wybuchnąłem głośnym śmiechem. Czy on naprawdę to powiedział? Nie wierzę. Czuł do mnie zapewne to samo co ja do niego, ale przejmował się tak prozaicznymi rzeczami. Nie mogłem tego pojąć i posłałem mu kpiarski uśmiech.
- Trochę już na to za późno, kochanie. - mruknąłem szczerze ubawiony. Wziąłem jego twarz w swoje chłodne dłonie i złożyłem na ustach delikatny pocałunek. - Z resztą... Zachowujesz się trochę jak twój brat. Cnotliwy czasem do obrzydzenia. Nie wiem dlaczego Anna z nim jest. Może coś mu zrobiła, albo upadła na głowę, ale to jest chore.
- Masz trochę racji w swojej logice. - powiedział z zastanowieniem. - Anna zapewne ma z nim krzyż pański.
Znów się roześmiałem. Dlatego właśnie uwielbiałem mojego faceta. Miał w sobie coś takiego, co nie daje po nocach spać. Jego bracia też, ale tylko on ujął mnie swoim urokiem i otwartością. Wypływało to z niego strumieniami, ale tylko ja mogłem powiedzieć, że jest mój.
- Mój, Tommy. - mruknąłem mu do ucha marzycielsko i chwyciłem płatek ustami.
- Jim, proszę cię... - jęknął swoim głębokim głosem i zaczął mnie od siebie odsuwać. Nie pozwoliłem mu jednak, mocno trzymając w pasie.
- To już nie mogę być czasem romantyczny? - wydąłem dolną wargę w geście udawanej dezaprobaty.
- Och, Jimmy. - burknął po czym przytulił mnie mocno do siebie. Zaparło mi dech pod wpływem tego gestu i znów zacząłem marzyć o dotknięciu językiem jego najczulszych punków ciała.

- Chodź... - szepnąłem i poprowadziłem go do sypialni, rozpinając guziki jego białej koszuli. Poszedł za mną bez żadnego ale.

niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 30: Cała prawda

(Genialny rozdział od Kumpeli :* Jest Mistrzem :* )

„Każdy jakieś ma problemy dnia
       mówię o tym Ci
       jeden dzisiaj mam na przykład ja
      czy Ty masz wystarczająco dużo sił,
      by dalej ze mną iść
      nie mów, że nie możesz, dobrze wiem,
      Hey Joe! Zaufaj mi!

      Hey Joe! Hey Joe! Moje myśli plączą się i chcą
      być tam, gdzie Ty i kochać Ciebie mocno aż do krwi
      Hey Joe! Wciąż mam ten niewytłumaczalny stan
      więc nie dziw się, że kiedy myślę TAK to głośno mówię NIE”
                                          Red Lips - Hej Joe!


Do Toma zadzwoniłem dopiero następnego dnia, mimo iż chciałem widzieć go już wieczorem. Nie mogłem opanować swoich brudnych myśli względem niego, a były naprawdę śmiałe. Pierwszy raz zachowywałem się jak zwykły szczeniak, który miał ochotę po prostu zasmakować swojego celu. Był nim nie kto inny jak najmłodszy z braci Holmesów.
On sam nie mógł uwierzyć, że zadzwoniłem, co poprawiło mi nastrój jeszcze bardziej. Zaprosiłem go na kolację lecz grzecznie odmówił tłumacząc, że musi pomóc bratu. Kipiałem ze złości słysząc to, ale nie okazałem mu swojego zdenerwowania. Na szczęście zaproponował dzisiejszy dzień i odetchnąłem. Przez te trzy doby nie mogłem spokojnie spać, myśląc jak to wszystko ma wyglądać.
Spojrzałem kolejny raz na telefon i wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Obudził we mnie uczucia, które okazywałem tylko przy bardzo ważnych dla mnie interesach. Dlatego ludzie ze mną współpracujący, mówili na mnie Mad. Szalony. Właśnie z powodu podniecenia, które przyprawiało organizm o ból. Niegasnące pragnienie, szalejące w moim ciele. Nie spostrzegłem, kiedy mimowolnie zacząłem zaciskać palce na oparciu czarnego, skórzanego fotela.
- Nie puszczę cię, mały. - mruknąłem do siebie, a moje oczy zapłonęły niezdrowym blaskiem. Nie potrafiłem tego kontrolować. Moje ciało powoli przejmowało nade mną władzę.
Wtopiłem plecy w oparcie i wciągnąłem powietrze w płuca. Jego zapach nie mówił mi zupełnie nic, ale dawał chwilową ulgę. Co jeżeli stracę zupełnie pojmowanie świata? Jeżeli zapomnę się przy Thomasie i zacznę działać? Nie chciałem tego spieprzyć. Za bardzo mi zależało. Jak to możliwe, że budzi we mnie takie doznania? Ciągle tyle pytań. Tyle niewiadomych...
Zamknąłem oczy i znów zobaczyłem jego twarz. Ten bezczelny uśmiech na tak czerwonych ustach. Jakże dobrotliwy i jakże niepokojący. I te oczy. Mówią wszystko, a zarazem nic. Zimne jak lód i gorące jak lawa. Te właśnie iskry przyprawiały mnie o wizje, w których mój oblubieniec robił ze mną absolutnie wszystko.
W głowie momentalnie wybuchło mi piekło na myśl o tym jak cudownie pachnie jego skóra. Była to tylko chwila, a ja przywoływałem ją właśnie teraz, w moim pałacu pamięci. Gorące wargi muskające policzek i woń deszczu połączona z jego perfumami. Zadrżałem kolejny raz. Ten człowiek trzymał moje jestestwo w garści. Ja jako ofiara. Wprost niemożliwe. Nie ma takich przypadków, a jednak...
- Och, Jimmy. - mruknął mi ktoś za uchem. Nie kto inny jak właśnie on.
Podszedł do mnie i bez najmniejszego wahania wpił się w moje usta. Bardzo brutalnie i władczo, a jednocześnie tak delikatnie jakby dotykał jedwabiu. Thomas! - krzyknąłem w myślach. Nie mogłem z nim walczyć. Nie umiałem. To właśnie moja cena za wszystkie lata panowania nad największymi tego świata. Miał mnie w swojej mocy, a ja potrzebowałem tego, niczym roślina wody.
Trzymał mnie mocno za włosy i wodził palcami po ciele, co sprawiało ból i przyjemność. Samotna łza doznania spłynęła po moim policzku. Jezu słodki, pozwól mi bym przeżył to naprawdę.
Zadzwonił właśnie mój telefon. Otwierając oczy powoli uspakajałem nerwy. Thomas. Co za ulga, że to właśnie ty. Odebrałem z mocno bijącym sercem. Ten głos po prostu dawał mi czystą rozkosz.
- Witaj... - mruknąłem nadal rozmarzony.
- Cześć, Jim. Nie wiem czy dziś wypali... - powiedział z domieszką chłodu.
- Co? - mój głos podniósł się właśnie o kilka tonów. Czyżby już wiedział kim jestem?
- Wybacz mi. Ja tak nie mogę. - połączenie nagle zostało przerwane, a ja siedziałem z szeroko otwartymi ustami.
Ale... Jak? Nie... - tak wyglądały moje myśli, które potem zastąpił wielki żal, zranienie, a w końcu wściekłość. Dlaczego on...? Dlaczego?! Skurcze mięśni twarzy przyprawiły mnie o okropny jej wyraz, a moje wargi zaczęły mimowolnie drżeć. Ścisnąłem telefon w dłoni, który był nadal przy uchu. Po chwili zaczął niebezpiecznie chrzęścić.
- Uspokój się, Jim. - warknąłem do siebie. - To nie jest to, co myślisz. Na pewno nie wie. Na pewno!!!
Coś łupnęło o podłogę, ale nie zwracałem na to uwagi. To jest tak nieistotne... Co go skłoniło, by to powiedział? Jakim cudem taka nagła zmiana? Przecież wtedy... Ten pocałunek. Nie... To było całkowicie spontaniczne. Skoro tak, to znaczy, że on tego chciał. Musisz go znaleźć, Jim. Wyjaśnić wszystko i sprawdzić na czym stoisz.
- Tak...
Mój oddech stał się niespokojny, a serce przestało bić rytmicznie. Zupełnie jakbym stał przy wielkim głośniku, który wtłaczał we mnie uparcie muzykę. W uszach huczała mi krew, co spowodowało jeszcze większe rozchwianie. Nie mogę tego tak zostawić. NIE MOGĘ!!!
Wstałem, choć moje kroki nie były stabilne. Miałem ochotę już tam być, a z drugiej strony, nie chciałem by ktoś znał moje uczucia. Pytanie tylko, gdzie może być Tom? Nie u braci. Coś czułem, że nie są w najlepszych stosunkach. Nie mogę go szukać bez celu. Londyn jest zbyt wielki. Podniosłem telefon z podłogi, z trudem i wykręciłem ostatni numer jaki do mnie dzwonił.
- Tak, szefie? - znów usłyszałem nieprzyjemny dźwięk piły mechanicznej.
- Widziałaś może dziś tego gościa, który był u młodszego?
- Tak. Właśnie wychodzi z kawiarni. - odpowiedziała.
- Idź za nim. Tylko dyskretnie, bo każę cię torturować wiele godzin. - nie musiałem mówić drugi raz, by zrozumiała. Już trochę spokojniejszy wstałem z fotela i podszedłem również czarnego biurka po słuchawki. Jedynym ratunkiem była szósta symfonia Beethovena.
Zamknąłem oczy i znów wszedłem do mojego pałacu. Przed oczyma miałem jego. Stał jakieś pięć metrów ode mnie. Mierzył mnie swymi szafirowymi oczyma, które teraz przyprawiały mnie o rządzę mordu. Posłał mi uśmiech, a ja utonąłem i już nie było złości, ani żalu. Tylko to, jak mógłby być teraz przy mnie i dotykać każdego skrawka mojej skóry ciepłymi dłońmi.
Mimowolnie zadrgała mi powieka, gdy wyciągnął do mnie rękę. Chciałem w tym momencie przyciągnąć go do siebie, ale zniknął. Zostań... - mruknąłem do siebie, a potem ujrzałem, że sunie ku mnie niczym zjawa. Bardzo rozmazany, ale i wyraźny zarazem.
Zaczął oplatać mnie całym sobą niczym wąż. Swoim wyrazem twarzy, błagałem jednak o więcej. Niech mnie piekło pochłonie jeżeli teraz przerwę tę wizję.
- Co powiesz na to, by poczuć mój ból, kochanie? - szepnąłem, a w chwilę później poczułem silny uścisk na swojej szyi. Pozbawiło mnie to dopływu powietrza, ale i przyprawiło o dreszcz podniecenia.
Wolną ręką złapał moje włosy i odciągnął mocno głowę. Zasyczałem z bólu, ale to nieważne. Może robić ze mną najgorsze rzeczy, byle tylko został. Znów poczułem go na swoich ustach i tym razem prawie omdlałem. Jego język w moim wnętrzu dawał tyle satysfakcji... Nigdy nie płonął we mnie taki ogień jak ten.
Nie wiadomo skąd miałem sztylet w dłoniach. Wziąłem jeden z jego palców i zrobiłem małe nacięcie. Naciskając na drobną rankę, poczekałem aż zacznie z niej płynąć krew. Nachyliłem głowę i przeciągnąłem delikatnie językiem po czerwonym strumyczku, a moje usta ubarwiły się od gęstego płynu. Tom z szybkością kobry znów dopadł ich i zaczął majstrować przy guzikach koszuli. Zaczęły wykwitać na niej plamy szkarłatu, co pobudziło jeszcze bardziej moje zmysły.
Nie wiem jak długo trwał mój stan, ale czułem się o wiele lepiej. Ochłonąłem już po tym nagłym zerwaniu kontaktu i zacząłem działać. Nie mogłem pozwolić, by ominęła mnie okazja rozmowy z nim. Musi mi wszystko wyjaśnić, a ja powiem mu kilka słów. Może wtedy zrozumie. Nie lubię traktowania mnie w taki sposób.
Wstałem z fotela i zadzwoniłem jeszcze raz do swojej informatorki. Przekazała mi, że Thomas siedzi na jednej z ławek w St. James Park. Nie było to tak daleko stąd, więc postawiłem na małą galanterię.
Założyłem jeden z czarnych garniturów od Westwood. Poprawiłem krawat w lustrze i zaczesałem włosy do tyłu. Moje ciemne oczy były teraz jak sople lodu, choć wiele osób uważało, że płonie w nich istne piekło. Zależy dla kogo... - skwitowałem kiedyś, gdy wypomniała mi to ostatnia moja ofiara. Zginęła w pięknym wybuchu samochodu. Miałem z tego niezłą zabawę. Istne fajerwerki!
Wychodząc z mieszkania opanowałem wszystkie emocje. Trudno było mi zgasić w sobie to, co odczuwałem i nie chciałem tego, ale wiedziałem, że tak będzie lepiej. Chcę wiedzieć na czym stoję. Nie mogę pozwolić sobie na pomyłkę, a tym bardziej na porażkę. To nie jest w moim stylu i nigdy nie będzie. Thomas Holmes jeszcze nie wie z kim zadarł.
Droga o dziwo była nieskończenie długa. Mijałem powoli stare i nowe budynki, które przypominały mi niezliczone wakacje. Było w nich coś wartego zapamiętania. Jedna z moich pierwszych ofiar zginęła tutaj. Czysty sentyment, ale miałem go tylko do miejsc i rzeczy. Nigdy do osób. Przepuściłem przez pasy kobietę w ciąży. W geście dobrej woli.
- Cholera. - mruknąłem do siebie. - Robię się na to za stary.
Stanąłem na jednym z parkingów swoim nowym Jaguarem, a potem wysiadłem. Nie wiadomo dlaczego, obleciał mnie strach. Temperatura również zrobiła swoje mimo, że nie było najchłodniej. To przecież tylko rozmowa. Zwykłe wyłożenie kart. Nic więcej. Nie licz na więcej, bo wiesz, że przegrasz. Wystarczy jeden fałszywy ruch.
Zauważyłem go na małej ławeczce tuż pod wierzbą płaczącą, a moje serce zaczęło tańczyć niespokojnie. Nie teraz. Nie... Muszę zachować spokój. Nie mogę od tak przywitać go i... Po prostu nie mogę.
Siadłem tuż przy nim zakładając okulary przeciwsłoneczne. Może i zbliżał się już wieczór, ale nie chciałem, by widział mój wzrok. Wyczytałby z niego absolutnie wszystko. A może jednak...
- Cześć, Tom. - mruknąłem nawet na niego nie patrząc.
- Co ty tu robisz? - był w szoku. - Jak mnie znalazłeś?
- Mam swoje sposoby. - odpowiedziałem, grając znudzonego. W głębi duszy chciałem powiedzieć mu, że kazałem go śledzić aż do tego miejsca.
- Czego ode mnie chcesz? - wycedził, a mnie zatkało. Ten ton do niego nie pasował.
- Nie tak ostro, skarbie. - mruknąłem patrząc na swoje ręce. Byłem jeszcze dostatecznie spokojny, by opanować nerwy.
- Bo co? Czego ode mnie chcesz? Chyba wyraziłem się jasno.
- Zbyt jasno, Tom. - odparłem ledwo trzymając swój temperament na wodzy. - Dlatego tutaj jestem.
- Nie rozumiem... - w tym momencie on odwrócił twarz w moją stronę, a ja zrobiłem to samo w stosunku do niego.
Zdjąłem okulary. Nie wytrzymałem. Zacisnąłem je mocno w ręce, a moją twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas. Nie było odwrotu. Czas na działanie.
- Doskonale rozumiesz, Holmes. - warknąłem. - Ze mną się tak nie gra... Musisz wiedzieć, że ja tak łatwo nie odpuszczam.
Popatrzył na mnie zdziwiony, a potem na jego obliczu zagościł smutek. Zdałem sobie sprawę, że nie chodziło o mnie i odetchnąłem w duchu z ulgą. Byłem już bardziej spokojny. I właśnie w tym momencie zacząłem drżeć. Niewysłowiona radość przeszła przez całe moje ciało, a ja posłałem mu przychylny uśmiech.
- Nie chcę o tym mówić, Jim. Lepiej będzie jeżeli po prostu zostawisz mnie w spokoju. - powiedział po dłuższym zastanowieniu. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. On chyba sobie żarty stroi.
- Nie. - mój głos stał się zarazem miękki i słodki niczym wata cukrowa. Sam nie mogłem pojąć jakim cudem mogłem wydawać taki dźwięk, choć w środku się gotowałem. - Powiedziałem jasno, a nie lubię powtarzać tego co już postanowiłem.
Ostatnie promienie słońca padły na poorane bólem oblicze mojego towarzysza, a mnie zaparło dech. Co za twarz. Tak chłodna w tym momencie i tak jasna prosiła się tylko o pocałunki pocieszenia. Zaledwie kilka centymetrów dzieliło mnie od złożenia na jego wargach swoich, ale powstrzymywałem ten moment.
Spuścił wzrok wbijając go w moje buty.
- Nie chcę cię, Jim. Zrozum to. - powiedział zimno, a mnie odebrało mowę. Przecież... NIE!!!
Złapałem go mocno za ramiona, wbijając mu w nie paznokcie. Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Zagrał... na moich uczuciach. Ten sukinsyn... Nie wytrzymałem i wymierzyłem mu siarczysty policzek w twarz. Miałem ochotę zrobić dużo więcej i zapewne dokonałbym tego, gdyby nie jego mina. Zbiła mnie tym z pantałyku, bo wyrażała wielką trwogę.
- Przepraszam. - mruknąłem w końcu, zagryzając język.
Zmarszczyłem brwi i zacząłem myśleć. On... Nie chciał, ale czego? Przecież widziałem, a raczej odczułem... Zacząłem analizować wszystkie słowa, jakie przy mnie wypowiedział i w końcu do mnie dotarło. On nadal kogoś kochał. Nie spodobało mi się to. Postanowiłem więc działać zupełnie inaczej.
- Naprawdę przeradzam. - szepnąłem i spojrzałem na niego tak, jak on kilka dni temu. Wziąłem twarz Thomasa w swoje dłonie, a on nawet nie zaprotestował. Przełknąłem głośno ślinę i znów zacząłem szeptać: - To już wpojone w mój zawód.
Na początku chyba nie dotarło do niego to co mówię, więc miałem kilka punktów przewagi. Zamknął na sekundę oczy, a ja skorzystałem z okazji i przybliżyłem swoje oblicze. W tym ułamku czasu dostrzegłem, że ma przyspieszone tętno i jest jakiś nieswój i już wiedziałem.
Bardzo delikatnie dotknąłem jego policzka i poczułem, że jest diabelnie zimny. Usłyszałem jego ciche westchnienie i natarłem na jego wargi. Tylko one trzymały jeszcze w sobie coś gorącego. Ich miękkość i delikatność odurzyła mnie zupełnie. Utonąłem w tym doznaniu dużo bardziej, niż podczas pobytu w pałacu. To co czułem było zupełnie realne i o wiele piękniejsze.
Czułem jak powoli poddaje się mi bez zastanowienia i jakiejkolwiek kontroli, co pobudziło mnie jeszcze bardziej. Nasze usta zaczęły ze sobą igrać, jak małe iskry w ogniu. Nigdy nie czułem podobnej przyjemności. Pozwolił mi nawet był mógł zasmakować jego języka i prawie umarłem. To było coś zupełnie innego od wszystkich moich pocałunków. Coś co czułem całym sobą. Nie tylko ciałem, ale i duszą, jeżeli mogę ją jeszcze mieć. Boże, zrób coś by to trwało do końca życia.
Jęknąłem z zachwytu, czując nagłą władczość w tym co robił. Przylegałem do ciała najbardziej mi zaufanego człowieka i chłonąłem wszystko. Każde otarcie rozżarzonej jak węgiel skóry i dotyk opuszków palców na mojej szyi. Przez te właśnie ruchy w mojej głowie na nowo rozgorzało podniecenie. Byłem bliski zrobienia nieoczekiwanego ruchu, ale odepchnął mnie tak niespodziewanie, że zrobiłem zszokowaną minę.
Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc o co może mu jeszcze chodzić. Przecież sam prowokował mnie do tego.
- Nie mogę, Jim. - powiedział, patrząc na mnie z żalem i nienawiścią. - Wybacz mi...
Zaczął odchodzić, ale złapałem go by mi nie uciekł. Co on wyrabia? Przecież sam tego chciał, a teraz umyka przede mną jak tchórz?
- Nie. - warknąłem. Straciłem nad sobą kontrolę. - Jedziesz ze mną. - wstałem i zacząłem prowadzić go do swojego samochodu. - I nie obchodzi mnie jakie masz plany.
- Ale... - mówił łamiącym się głosem.
- Milcz. - syknąłem mu do ucha. - Dzisiejszym twoim planem jestem ja.
Bezceremonialnie wepchnąłem go do auta, wsiadłem mocno trzaskając drzwiami i ruszyłem z piskiem opon. Byłem tak wściekły, że mało brakowało, a wpadłbym na chodnik.
- Uważaj... - poprosił wystraszony, ale zaraz zamilkł widząc mój wzrok. Niezmiernie poprawiło mi to nastrój, ale niezupełnie. Musiał mi wszystko wyjaśnić. Jego zachowanie nie trzymało się kupy. Zwłaszcza po tym pocałunku.
Postanowiłem zwolnić, choć w tym momencie nie było mi to na rękę. Prędkość z jaką jechałem nadal była zawrotna, ale nie dbałem o to. Co za dureń ze mnie! - pomyślałem. - Jak mogłem pozwolić tak sobą manipulować?! Ze zdenerwowania zacząłem bić ręką w kierownicę, co mój towarzysz odebrał jeszcze gorzej i przycupnął cicho w siedzeniu obok co kilka sekund zerkając na mnie nerwowo.
- Nie patrz tak na mnie, cholera! - wrzasnąłem i straciłem panowanie nad autem. Wjechałem na chodnik z impetem i mało brakowało, a zderzyłbym się z jednym z koszy. Z trudem zahamowałem i stanąłem tuż przed słupem. Uderzyłem z furią głową w kierownicę. - NIE WIERZĘ!!!
Ukryłem twarz w dłoniach i westchnąłem z wielkim bólem w sercu.
- Jim... - odezwał się w końcu po dość długim milczeniu. - Nic ci nie jest?
- A co ma mi być?!
- Nie chciałem cię zdenerwować.
- Gówno prawda. - warknąłem zdenerwowany. - W dupie masz to, co czuję.
- Nie. - szepnął i położył mi dłoń na ramieniu. - Lepiej będzie, jak ja poprowadzę.
- Wątpię. - patrzyłem na niego z niechęcią. Znów narastał we mnie gniew, którego nie potrafiłem opanować. Odpaliłem silnik i ruszyłem. Nie mogłem uwierzyć, że to wszystko tak się skomplikowało.
- Jimmy... - mruknął całkiem potulny. - Dlaczego powiedziałeś, że taką masz pracę?
- Nieważne. Zapomnij o tym. - odparłem zimno i w tym momencie dotarło do mnie, jak wielki błąd popełniłem. Powinienem wyjawić wszystko, ale... Jeżeli on tego nie zaakceptuje, wszystko ulegnie jeszcze większej komplikacji.
Dojechaliśmy do mojego mieszkania, a ja zacząłem panikować. Teraz Dziewica znajdzie mnie bez problemu... Pal licho. I tak jestem już na przegranej pozycji.
Gdy weszliśmy do mieszkania, zdjąłem krawat i rzuciłem go na ziemię. To samo zrobiłem z marynarką. W chwilę potem zacząłem histerycznie chichotać. Psychopata zakochał się w bracie swojego największego wroga, po czym zaprosił go do swojego mieszkania, w którym mieszkał od kilku miesięcy w ukryciu. To dopiero!
- Jim... - jęknął, a ja przestałem w mgnieniu oka. - Co z tobą?
- Nic, skarbie. Ja właśnie taki jestem. - podszedłem do niego i zacząłem patrzeć w oczy. Mimo iż był trochę wyższy nie przeszkadzało mi to w miażdżeniu go wzrokiem. - Psychopata ze mnie.
Bez ostrzeżenia znów przywarłem do niego, a on już przestał bronić mi czegokolwiek. Całowałem go z największą zawziętością, na jaką było mnie stać, aż w końcu poddał mi się. Obaj upadliśmy na czarny dywan mocno zdyszani i zafascynowani sobą. Chciałem zdjąć z niego zupełnie wszystko, ale coś czułem, że nie pójdzie mi tak łatwo. I miałem rację.
- Nie mogę. - wydyszał mi w usta bardzo osłabiony pocałunkiem. - Zrozum mnie.
- Ty podły... - już miałem wymierzyć mu kolejny cios, ale zawahałem się. - Dobrze. - szepnąłem w końcu również otumaniony podnieceniem. - Powiedz mi wszystko.
Nadal trzymałem go w objęciach. Potrzebowałem jego bliskości jak powietrza. Jego skóry, ust. Wszystkiego co miał w sobie. Dzięki temu mogłem myśleć normalniej.
- A możesz...? - zapytał trochę spięty.
- Mogę, ale nie chcę. - mruknąłem. - To, że czuję twoje ciało bardzo mi poprawia nastrój.
- Mi również. - szepnął i spąsowiał. Nie powinienem, ale posłałem mu bezczelny uśmiech.
Cmoknąłem go delikatnie w policzek, po czym podniosłem z podłogi i poprowadziłem do swojej sypialni. Szczerze mówiąc byłem trochę zestresowany, gdy go tam zaciągałem, ale wiedziałem, że do niczego nie dojdzie, jeżeli mi nie pozwoli. Właśnie na tym to polegało. Mógłbym dominować, ale byłoby to sztuczne jeżeli bym zmuszał Toma do czegokolwiek. Miałem na to wielką ochotę.
- Ładnie tu. - skomentował, lustrując każdy szczegół szafirowymi oczyma.
Patrzył na czarne wzory oplatające białą ścianę, mocno tym zainteresowany, ale wiedziałem, że to gra. Wolał udawać, że nic przed chwilą między nami nie zaszło.
Rzuciłem się na łóżko i wyszczerzyłem do niego zęby w uśmiechu. Pokazałem mu miejsce obok siebie. Z lekkim wahaniem położył swoje ciało obok mojego i przytulił mnie mocno. Sprawiło mi to wielką radość. Chciałem czuć jego bliskość w każdym momencie.
- Nie wiem od czego zacząć, Jim. - powiedział w moje włosy.
- Od początku, kochanie? - zapytałem bardzo pewny siebie, a potem wplotłem palce w jego dłoń. Bardzo tym ryzykowałem, ale nie odtrącił mnie.
Zanurzyłem twarz w jego koszuli, a zapach oszołomił mnie. Moje serce znów zwariowało, a ja wstrzymałem oddech. Nie rób nic głupiego, Jim. Inaczej będziesz tego żałować. Podniosłem głowę, by spojrzeć na męską twarz mojego ukochanego. Była chorobliwie blada, co zaniepokoiło mnie.
- To nie takie proste dla mnie. - mruknął, a potem zaczął wstawać. Nie pozwoliłem mu jednak tego zrobić. Zdenerwowany odepchnął mnie od siebie, a ja poczułem gdzieś w środku, że coś pęka. - Lepiej będzie dla ciebie, jeżeli odejdę i więcej mnie nie spotkasz. - znów przybrał maskę chłodu, a mnie zatkało. - Źle trafiłeś...
- Nie mów tak. - nie mogłem wydusić nic więcej.  Miałem wielką gulę w gardle, która nie pozwalała mi mówić.
Spojrzał na mnie trochę z politowaniem. Żałowałem, że widzę te oczy właśnie teraz. I właśnie takie. Czułem, że zaraz poddam się i już więcej nie będę mógł...
- Jesteś świetnym aktorem, ale daj sobie spokój. - jego oko nawet nie zadrgało, gdy to mówił. - Nikt nie czuje aż tak.
- A co... - westchnąłem przeciągle i kontynuowałem choć w tej chwili słowa sprawiały mi największe cierpienie. - ... jeżeli to pierwszy raz?
W końcu to przyznałem. Najgorzej było wyznać, że tak naprawdę nigdy nie kochałem, a to teraz... to było coś co dawało mi jeszcze jakąś domieszkę człowieczeństwa. Bo nie byłem człowiekiem. Człowiek nie potrafi bez mrugnięcia posłać dziecka na tamtą stronę. Wystarczyła jedna kula, która dokładnie przechodząc przez prawe oko rozerwała mu potylicę. Cieszyło mnie to, jak krew i resztki mózgu z wielką prędkością, barwiły powietrze i jasną ścianę.
- Co? - szepnął i zmierzył mnie ostro.
Spuściłem wzrok wykrzywiając twarz. Nie powiem mu tego. Nie powiem. Nie ma szans na to, by ktokolwiek i kiedykolwiek to usłyszał. Nawet mój kochany braciszek.
Podszedł do mnie i podniósł chwycił podbródek, by sprawdzić czy kłamię. Dlaczego miałbym ci łgać, Tom? Za dużo dla mnie znaczysz, skarbie. Właśnie tak. Czy to zbyt szybko? Może, ale co z tego? To właśnie czułem. Od pierwszej chwili, gdy nasze oczy się spotkały. I nigdy nie będę chciał zmienić swojego przeznaczenia, bo mam ciebie w swoich wspomnieniach. Mam ciebie teraz na wyciągnięcie rąk, a nic nie robię. Wiesz dlaczego.
Nie powiedziałem tego na głos, ale on zrozumiał patrząc w moje brązowe oczy.
- Dobrze. - burknął w końcu. - Powiem ci. Nie jest to dla mnie miłe wspomnienie.
- Wierzę. - uwiesiłem się mu na szyi i przylgnąłem mocno. Och, jaka ulga. - Obiecuję cię wysłuchać.
Przysiadł obok mnie, a ja chwyciłem go za dłoń i mocno trzymałem, by już nie uciekł.
- Elise poznałem mając szesnaście lat. - jego oczy zaszły dziwaczną mgłą. - Miała męża, ale nie przeszkadzało jej to flirtować ze mną. - przygryzł wargi, a ja zauważyłem, że jest spięty. - Potem nie przyjeżdżała na wakacje do domku letniskowego... Trochę szkoda, bo może wtedy zaczęłoby się to inaczej. Po pewnym czasie wyjechałem studia i trafiłem pod protekcję moich kochanych braci. - ostatnim zdaniem wręcz splunął, na co posłałem mu porozumiewawczy uśmiech. Zbyt dobrze znałem tę ich manię kierowania wszystkimi. - Zrobili mi z życia piekło, gdy przebywałem w Londynie, a ona jako jedyna wyciągnęła do mnie pomocną dłoń. Nie wiem, jakim cudem mnie znalazła, ale dziękowałem Bogu za nią.
Ukłuło mnie coś w środku na te słowa. Musiał za nią szaleć, jak wariat. Czy potrafiłbym... Przestań. Przecież cię to nie obchodzi. Chcesz go i tyle. Nie myśl o tych uczuciowych głupotach tylko działaj.
- Musiała wiele dla ciebie znaczyć. - mruknąłem trochę smutno.
- I znaczyła. - powiedział patrząc na mnie. - Tylko, że wtedy znów zadziałali moi bracia. - zawiesił głos, a mnie coś ścisnęło w dołku. - Ich "troska" doprowadziła do tego, że kobieta mojego życia opuściła kraj i mnie. I jestem pewien, że to Mycroft najbardziej maczał w tym palce. Pojechałem za nią, ale nie była już sobą...
- Nie musisz mówić jeżeli to sprawia...
- Ale chcę. - był dużo chłodniejszy niż zwykle. - Powiedziała mi, że byłem zabawką, ale dobrze wiedziałem, że tak nie jest. Po naszym spotkaniu wyjechała i już więcej nie zobaczyłem mojego anioła. Zostałem tam i ułożyłem sobie jakoś życie. Mówię jakoś, bo nie jest to coś normalnego. Nie można nazwać tego istnieniem. Raczej wegetowaniem jak roślina, która potrzebuje warunków do życia.
- Och... Mój biedaku. - przytuliłem go w końcu mocno do siebie. Szczerze mu współczułem.  Wcześniej nie zaznałem czegoś takiego, ale teraz było mi ciężko słuchać jego cierpienia.
- Dzięki, Jim, ale to nie pomoże. - odsunął mnie od siebie i wstał kolejny raz. - Kocham ją. Nadal... I uwierz. Chciałbym żeby coś z tego wyszło, ale... Co ma z tego wyjść skoro jestem tutaj? Przecież mam tu rodzinę.
- Ja... - wziąłem głęboki oddech. - Rozumiem.
Rezygnacja wypełniła mnie do reszty. Miałem ochotę ukryć przed nim swój wyraz twarzy, ale coś mi nie pozwalało. Ciało było sparaliżowane, a myśli w nieładzie. Zapewne ten stan będzie trwać bardzo długo, ale jeżeli mam mu dać przez to spokój, niech tak będzie. Co ty gadasz?! - krzyknęło coś w mojej głowie. - Jesteś James Moriarty. Potrafisz sprawić, że będzie twój. Wystarczy jeden gest. Kilka słów. Ale jakich słów? - zadałem sobie pytanie, ale nie uzyskałem odpowiedzi.
- Dziękuję. - rzekł i zaczął kierować kroki do wyjścia. Co ja mam robić?!
- Zaczekaj, Thomas. - rzuciłem w panice.
- Tak?
- Jeżeli to co zrobiłem nic nie znaczyło... - warzyłem słowa, mówiąc bardzo powoli. - To dlaczego tutaj jesteś?
- Nie wiem. - odpowiedział stanowczo za szybko, co pozwoliło mi wywnioskować, że jest bardzo rozdarty. To właśnie go gnębiło. Nie chciał tego, by sytuacja się powtórzyła. Z pewnością próbowaliby coś wskórać, ale nie ze mną te numery.
Posłałem mu demoniczny uśmiech, po czym podszedłem i chwyciłem za brązowe pasma włosów. Syknął z bólu.
- Jesteś mój. - warknąłem w jego wargi i kolejny raz zatonąłem w ich słodkim smaku. Jego ciało zadrżało pod wpływem wybuchu namiętności. Moje również. Nie wypuszczę go, choćbym miał teraz dostać w twarz. Nie obchodzi mnie, co uważa. Moje zdanie jest najważniejsze w tym wszystkim.
- Jim... - jęknął i wbił palce w moje czarne włosy, co spowodowało, że westchnąłem z rozkoszy.
Otaczał mnie całym sobą, a ja miałem wrażenie, że to jeden ze snów. To było tak piękne, że aż nierealne, a jednak czułem go. Jego ciepłe dłonie, które w tym momencie sprawiały mi niewysłowiony ból. Jego brutalne usta, właśnie wędrujące do tętnicy szyjnej. Jego zęby, lekko kąsające skórę. Jeszcze, jeszcze...! - krzyczałem w myślach, a z moich ust dobywał się chrapliwy oddech. - Zrób coś jeszcze, a zobaczysz jaki potrafię być, kochanie!
- Kochany... - wydyszałem, choć z wielkim trudem.
- Jestem twój. Masz rację. - wydukał z ledwością, otumaniony całym zdarzeniem i przewrócił mnie na łóżko. Wiedziałem doskonale co zaraz nastąpi i dlatego w moich oczach zapłonął ogień, jakiego nikt inny jeszcze nie widział. - A teraz ty bądź mój...
Po tych słowach straciłem nad sobą zupełną kontrolę, a z moich wydobywał się cichy i urywany jęk rozkoszy.

piątek, 21 marca 2014

Rozdział 29: Alexander John Holmes

“Witaj w moim świecie, nieznajomy
           Tak dawno nie gościłam tu nikogo
           I na schodach nie słyszałam kroków
           Aż nagle właśnie dziś
           Ty stajesz, w moim progu

          Gdy nadejdą gorsze dni
          Razem łatwiej je przetrzymać
          Nucąc melodię co wnet największą z trosk
          W pogodną zmieni myśl
           Gdy będziesz przy mnie obok”
                           Edyta Bartosiewicz - Witaj w moim świecie

https://www.youtube.com/watch?v=bcTA12701S8

Jest wieczór po wizycie Mycrofta i Toma. Sherlock nadal jest jakiś nieswój, widzę, że coś w sobie dusi. Odkąd zostaliśmy sami prawie się nie odzywa.
Obserwuję go tak, kiedy szuka czegoś w Internecie, i zastanawiam się. Poruszyć temat najmłodszego brata czy nie? Naprawdę nie chcę rozdrapywać jakichś starych ran… Z drugiej strony wyczuwam, że go to boli, a rozmowa mogłaby pomóc.
Przyglądam się tej zaciętej twarzy i decyduję się odezwać.
- Kochanie… możesz tu siąść obok mnie, proszę?
Rzuca mi szybkie, zdziwione spojrzenie, ale wstaje i za chwilę mam go przy sobie.
- Jeśli chcesz mnie zapytać, dlaczego nie powiedziałem ci o…  - zaczyna ostrożnie.
Dotykam jego dłoni i kręcę głową. Nie będę mu czynić wyrzutów. To Sherlock i jest jaki jest. Kocham go całego, nawet z tymi drobnymi wadami.
- Nie. Jeśli nie masz ochoty, nie musisz mi nic o Tomie mówić. Tylko… martwię się. Zdenerwowałeś się.
Przygarnia mnie do siebie. Zamykam oczy i wsłuchuję się w jego serce.
- W Paryżu obiecałem, że opowiem ci kiedyś o kimś. Chodziło mi właśnie o Thomasa. Do tej pory nie było okazji, ale teraz… Cóż, najwidoczniej sama się pojawiła.
Milczę, wtulona w niego. Chyba sam musi zdecydować, czy chce się wygadać, czy nie. Splatam palce swojej dłoni z jego, przysuwam do swoich ust i całuję.
- Tom jest najmłodszy z nas… i zawsze był trochę pod kloszem. Chyba przesadziłem z chęcią kierowania nim. Dlatego uciekł. Wyjechał do Stanów z miłości… Z tego co wiem pracuje tam jako psycholog dziecięcy…
Widzę, że niełatwo mu mówić. Przytulam go mocniej i zastanawiam się przez chwilę.
- I rozumiem, ze dlatego się pokłóciliście… On chciał wolności, a ty chciałeś mu pomagać jako młodszemu bratu…
- No poniekąd… - przerywa na chwilę, a potem wzdycha. – Chcesz, żebyśmy się pogodzili.
To nie było pytanie, tylko stwierdzenie. Podnoszę głowę. Sherlock mało kim się tak przejmuje. Czyli jednak troska o brata wciąż w kim siedzi… Kocha go, chociaż się nie przyznaje.
- Tak, chcę. – uśmiecham się lekko, a potem obdarzam go poważnym spojrzeniem. – Nie warto tracić czasu na kłótnie… potem może być tak, że będziesz tego żałował… No i to twój brat. Zadzwoń do niego, umówcie się, spotkajcie, porozmawiajcie…
Przez moment analizuje moje słowa. Widzę w tych niesamowitych oczach gonitwę myśli, jaka musi toczyć się w jego głowie. Następnie zaciska usta i powieki.
- Masz rację… Chyba pójdę się przejść i zadzwonię do niego… zostaniesz na chwilę sama? Uprzedzę panią Hudson, że przez moment mnie nie będzie.
- Jasne, kochanie, nie ma problemu.
Całuje mnie w czoło i mocno tuli.
- Moja kochana mądra dziewczynka. Zaraz wracam.
Zadowolona odprowadzam go wzrokiem. Idź, najdroższy, i wyjaśnijcie sobie z Tomem wszystko. A ja może się prześpię.

No to w końcu nadeszły święta. Moja rodzinka objęła w posiadanie Baker Street dość szybko i czuje się tu jak u siebie w domu. Nie, żebym narzekała, co to to nie. Wyjątkowo pozwałam im się rządzić i korzystam z wolnych chwil na odpoczynek. Sherlock też nic nie mówi, byle by mu dali spokój i pozwolili pracować. Poza tym jeśli chodzi o gotowanie to i tak zna się na tym jak ja na elektryce.
A roboty jest dużo. Dziś Wigilia, a z mamą wymyśliłyśmy, że zaprosimy wszystkich. Wszystkich to znaczy rodziców i braci Sherlocka, Grega, Watsonów, panią Hudson. A niech spróbują karpia czy barszczu z pierogami… Sherlock na początku trochę wystraszył się perspektywą wielkich rodzinnych Świąt, ale ja już go do tego przekonałam własnymi sposobami. Skończyło się na tym, że nawet sam dzwonił zaprosić Molly, ale dziewczyna podziękowała i powiedziała, że jedzie do swojej rodziny.
W kuchni panuje istny harmider. Moja mama dyryguje Sandrą, a od rana pomaga im pani Hudson, która bardzo dobrze załapała i chyba polubiła lepienie pierogów. W piekarniku dochodzi makowiec, a wszystkie cztery palniki na płycie palą się na całego. Po całym mieszkaniu rozchodzi się mieszanka różnorakich zapachów, nad przystrojonym stołem w salonie wisi jemioła, a w radiu lecą kolędy. Czuję się jak w reklamie Coca-Coli i to bardzo miłe uczucie.
Siedzę w salonie z Watsonami. Czekamy na rodziców Sherlocka, którzy za niedługo mają wpaść. Stresuję się, ale to nic w porównaniu z irytacją mojego ukochanego. Stoi przy oknie zasępiony i niezadowolony.
- Och kochanie usiądź z nami – rzucam błagalnie, nie mogąc znieść tego jego napięcia.
John niby się śmieje, niby kręci głową. Nadal nie wierzy, że Sherlock zataił przed rodzicami fakt posiadania narzeczonej w ciąży.
- Jak mogłeś im nic nie powiedzieć? Chyba jednak w pewnych sprawach jesteś nie do zresocjalizowania.
Słyszę jak w kuchni moja mama i pani Hudson próbują rozmawiać zabawną polsko-angielską mieszanką słów i się mimowolnie uśmiecham. Sherlock dopiero wczoraj zadzwonił do mamy i powiedział o wszystkim. Biedaczka podobno nie była w stanie wydusić słowa, opadła na fotel i oddała telefon mężowi. Na cale szczęście koniec końców okazało się, że oboje są bardzo szczęśliwi i jak najszybciej chcą mnie poznać. I chętnie wpadną na tą naszą Wigilię.
Mary rzuca mężowi spojrzenie mówiące: to chyba nie twoja sprawa, a Sherlock w końcu odwraca się do nas.
- Cóż... znasz mnie, John. Mogłem w sumie zostawić to na dzisiaj, ich reakcja byłaby bezcenna.
Chowam twarz w dłoniach, ale mimo wszystko jestem rozbawiona.
- Słowo daję, jeśli mały będzie miał charakter po ojcu to ja się wykończę.
Wszyscy się śmiejemy i nagle słyszę, że ktoś wchodzi po schodach. Podnoszę głowę i widzę Toma.
- Hej wszystkim! – rzuca radośnie, przeczesując dłonią brązowe włosy, na których ma jeszcze płatki śniegu. - Na dole wisiała kartka, żeby wchodzić bez pukania, więc się zastosowałem do polecenia.
- Jasne, jasne… - macham uradowana ręką, po czym zwracam się do Watsonów. – To Thomas, młodszy brat Shelrocka…
Cóż, mają niezłe miny… John rzuca pełnie niedowierzania spojrzenie Sherlockowi, w którym wyczuwam też lekki wyrzut. Mój ukochany jednak tego zdaje się nie dostrzegać, a raczej to dostrzega, ale się tym nie przejmuje. Kręcę głową i wstaję.
Przedstawiam Toma rodzicom, po czym wracamy do salonu. Sherlock z niewinną miną popija herbatę, a jego młodszy brat uśmiecha się szeroko. Biała koszula tylko podkreśla jego lekko opaloną twarz.
- Wiem, że z prezentami czeka się do końca, ale ten jeden ode mnie raczej nie zmieści się pod choinkę, więc chyba dam go teraz – mówi tajemniczo, po czym wychodzi i zbiega po schodach.
Rzucam rozbawiono-zdziwione spojrzenie Sherlockowi, który chyba sam nie wie o co bratu chodzi, ale Tom jest już powrotem, dźwigając wielkiego pluszowego misia w przebraniu pirata. Robię wielkie oczy i wybucham śmiechem.
- Ojej, naprawdę…? Jeju, świetny jest, dziękujemy bardzo – daję Tomowi buziaka w policzek i przytulam się do misia.
- Nie ma za co… - obdarza mnie czarującym uśmiechem. - Małemu chyba się spodoba.
- Na pewno!
Sherlock patrzy się na misia dziwnym wzrokiem, ale się uśmiecha.
- Pirat… - mówi, a ja wyczuwam w jego głosie nutkę… czyżby sentymentu?
- No tak – Tom śmieje się. – Jak byłeś mały chciałeś być piratem, więc jak zobaczyłem tego pluszaka to stwierdziłem, że muszę go kupić… To pierwszy prezent od wujka Toma.
Rozczula mnie to. Naprawdę polubiłam Thomasa. Jest taki radosny, taki ciepły… I już wiem co znajomego widziałam w jego oczach. Ma to samo spojrzenie co Sherlock… To znaczy może nie dokładnie to samo, ale w tych niebieskich oczach jest identyczne światło jakie widzę u swojego ukochanego.
Sherlock zanosi misia-pirata do sypialni, żeby nie przeszkadzał, a gdy wraca, akurat pojawiają się Mycroft i Greg w towarzystwie starszej pary. Och, a więc to rodzice Sherlocka, myślę i uśmiecham się trochę nerwowo. A jeśli mnie nie polubią? Przecież różnie może być…
Przyglądam się nieśmiało państwu Holmes. Oboje siwowłosy, elegancko ubrani i na pierwszy rzut oka bardzo sympatyczni. Orientuje się, że Sherlock ma uśmiech po mamie, a oczy po tacie.
Pani Holmes rozgląda się po wszystkich, dostrzega mnie i od razu czule przytula.
- Och moja droga, nawet nie wiesz jak się cieszę… Że też udało ci się okiełznać tego naszego chłopca…
Jestem trochę zaskoczona takim powitaniem, ale szczęśliwa odwzajemniam uścisk. Chyba jednak niepotrzebnie się bałam. Niepewność i stres ulatują ze mnie jak dym.
- Robiłam co mogłam – stwierdzam serdecznie. – Naprawdę miło mi państwa poznać.
- Nam ciebie też, dziecko, tam ciebie też – patrzy mi wesoło w oczy, a potem szepta do ucha. – Sherlock tą słabość do Słowianek chyba odziedziczył po ojcu, który to na dwa lata przed poznaniem mnie miał romans z Ukrainką.
Cicho chichotam, a mama Sherlocka patrzy na mój brzuch.
- Och, i będziemy mieć wnuka! Słyszysz to, kochanie? – rzuca lekko wzruszona do męża, który zaraz uśmiecha się łobuzersko i do mnie mruga.
Pani Holmes po chwili dostrzega Toma i idzie go przytulić, a mi jakoś udaje się powstrzymać łzy wzruszenia. Stoję z lekkim uśmiechem, dziwnie się czując, do momentu aż nie podchodzi do mnie Sherlock i mnie nie obejmuje.
- Widzisz? Nie było tak źle – stwierdzam cicho, rozpromieniona. – Oni są cudowni!
- Moi rodzice? Taaak… To znaczy zwykle denerwują mnie po parunastu minutach, ale…
- Cicho bądź – przerywam mu i całuję lekko w usta.
- Tak przy ludziach? – pyta Sherlock rozbawionym głosem, a oczy wesoło mu błyszczą.
- Żebyś wiedział.
W tym momencie do salonu wchodzi moja rodzinka, więc odrywam się od swojego ukochanego, by przedstawić im jego rodziców. Oj, czuję coś, że te Święta będą niezapomniane.

No i po Świętach, Sylwester też minął w mgnieniu oka. Ten czas zdecydowanie za szybko mi leci, chociaż powinien się wlec, przecież siedzę w domu. No tak, w sumie ostatnio tu było tak pełno, że ledwo wszystko ogarniałam… Na szczęście wszyscy rozjechali już się do domów i mogę odetchnąć.
Wyłączam telewizor, wstaję z kanapy i idę do łazienki, po drodze całując siedzącego przy mikroskopie Sherlocka w policzek. Uśmiecha się nieznacznie, nie odrywając wzroku od sprzętu, a ja wzdycham rozczulona. Jak zwykle zajęty, ten mój detektyw… Ale niech pracuje, bez tego by chyba usechł niczym kwiat bez wody.
W łazience rozbieram się i idę pod prysznic. Mały dziś strasznie mnie zmęczył, wiercił się jak szalony, i marzę już tylko o łóżku i długim śnie. Na szczęście ciepła woda wprowadza moje ciało w stan jakiego takiego odprężenia i zmywa trudy całego dnia.
Nagle czuje silny i dość bolesny skurcz w dole brzucha, a potem… odchodzą mi wody. Zastygam i momentalnie ogarnia mnie przerażenie. Ale… to już? Błagam, nie… Przecież jeszcze zostały niby dwa tygodnie… O Jezu…
Układam sobie w myślach plan działania. Po pierwsze muszę się uspokoić. Po drugie powiedzieć Sherlockowi. Po trzecie jechać do szpitala.
Na drżących nogach wychodzę spod prysznica, wycieram szybko całe ciało i ubieram to, co mam pod ręką. Oddychaj, powtarzam sobie, oddychaj… Wszystko będzie dobrze. Nie ty pierwsza i nie ostatnia.
Idę powoli do salonu. Mój narzeczony dalej obserwuje coś w mikroskopie, pochłonięty tym, co widzi.
- Kochanie… - zaczynam wysokim i zdecydowane zbyt wystraszonym głosem.
Sherlock odwraca się do mnie, ewidentnie zaniepokojony. Chcę coś powiedzieć, ale znowu odczuwam skurcz, niczym lekkie porażenie prądem. Zamykam oczy i opieram się plecami o ścianę, by przeczekać. W następnej chwili czuję obejmujące mnie ramiona.
- Anno... Co się stało? – słyszę, jak mój narzeczony pyta bardzo poważnym tonem.
Podnoszę powieki i patrzę mu w twarz. Usta mocno zaciśnięte, skóra napięta. Martwi się.
- To… chyba już…. – wyjaśniam drżącym głosem. – Musimy jechać do szpitala.
Sherlock lekko blednie i otwiera szeroko oczy. Mam tylko nadzieję, że zachowa zimną krew, bo ja chyba jestem bliska paniki. A ktoś tu musi trzeźwo myśleć.
- Spokojnie… Lecę po torbę – mówi, po czym biegnie pędem w stronę sypialni.
Stoję dalej przy ścianie i nie jestem w stanie się ruszyć ani nawet myśleć. Oddycham i się trzęsę. I chyba nie do końca dochodzi do mnie to, co się dzieje. Na szczęście mój ukochany w miarę szybko jest z powrotem i możemy zejść na dół ubrać płaszcze.
Sherlock  otacza mnie ramieniem i wychodzimy z domu, kierując się  do samochodu, który tydzień temu zarekwirował Mycroftowi. Mówił, że auto potrzebne mu do pracy, ale ja wiem swoje. Chciał być przygotowany na właśnie taką sytuację jak teraz.
Nagle jednak wpadamy na Toma, który wychodzi ze swojego samochodu. Nawet nie wiem, że podjechał pod mieszkanie.
- Hej, co jest?  - uśmiecha się niedbale, potem jednak widzi moją pobladłą twarz oraz torbę i poważnieje.
- Jedziemy do… - zaczyna szybko Sherlock, ale brat mu przerywa.
- Zawiozę was – rzuca i otwiera drzwi. – Nie możesz prowadzić taki zdenerwowany. Usiądź z nią z tyłu.

Jazdę do szpitala z tych nerwów słabo pamiętam, kojarzę tylko, że siedziałam przytulona do Sherlocka i się trzęsłam. Tom odstawia nas na miejsce, obiecuje, że będzie trzymał kciuki i odjeżdża, a my wchodzimy na Izbę Przyjęć, gdzie ponownie łapie mnie skurcz. Och, malutki.  Damy radę, musimy.
Od razu zostaję wysłana na salę i tam przebieram się w długą koszulę. Następnie bada mnie młoda lekarka, troszkę po trzydziestce, o sympatycznym i uspokajającym spojrzeniu. Ma długie włosy z jasnymi pasemkami, ciemnoniebieskie oczy niczym dwa szafiry i budzący zaufanie sposób bycia. Od razu trochę mniej się stresuje.
- No tak, moja droga, zaczęłaś rodzić. Ale nie martw się, wszystko jest w porządku. Na razie to sam początek, także spokojnie. Trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość i poczekać. Będę wpadać do ciebie co pół godziny, ale dajcie znać położonej gdyby skurcze zaczęły pojawiać się co trzy minuty lub stały się bardzo bolesne, wtedy mnie zawoła – uśmiecha się i ściska mi dłoń. – Bez nerwów. Będzie dobrze.
Wychodzi i zostajemy z Sherlockiem sami w sali. Kazano mi chodzić, więc chcąc, nie chcąc, spaceruję, ale jakoś nie mogę sobie znaleźć miejsca. W dodatku coraz bardziej mnie boli. Do tej pory jakoś to znosiłam, lecz czuję, że wkrótce moja wytrzymałość sięgnie kresu. I… Boże, jeśli coś pójdzie nie tak nie wybaczę sobie. To mnie najbardziej dręczy.
Taka przerażająca perspektywa wywołuje u mnie dreszcze. Sherlock zaraz obejmuje mnie delikatnie od tyłu, ale ja się odwracam i wtulam w jego ramiona. Czuję, jak głaszcze mnie po włosach i mi trochę lepiej.
- Boję się… - mówię cicho w jego koszulę.
- Spokojnie… Jestem tutaj.
Dopada mnie kolejny skurcz, tym razem jeszcze boleśniejszy od wcześniejszych. Zaciskam zęby i biorę głęboki oddech. Wiem, że będzie coraz gorzej i to ewidentnie nie poprawia mi humoru.

Następne parę godzin jest bardzo trudne. W końcu nadchodzi czas by zawołać położną, która zjawia się razem z młodą panią doktor. Ich obecność z jednej strony działa na mnie uspokajająco, a z drugiej… cóż, oznacza to perspektywę coraz bliższego rozwiązania, co łączy się z jeszcze większym strachem.
- Połóż się, kochana – mówi lekarka, wskazując na specjalne łóżko. Robię, co mi każe, ale zaraz nadchodzi taki skurcz, że prawie tracę przytomność.
- To boli! – nie wytrzymuję i zaczynam płakać. Mam już dość. Sherlock całuje mnie w czoło, a ja natychmiast przytulam go do siebie mocno.
- Wiem że boli, dziecko – słyszę uspokajający głos położnej, starszej, pulchnej kobiety w okularach. – Ja sama urodziłam trójkę dzieci. I zapewniam cię, moja droga, że dasz radę.
Nagle z sali obok słyszę jak jakaś inna rodząca drze się w niebogłosy. Chyba wini za wszystko swojego męża  i wyzywa go najróżniejszymi przekleństwami. Z tych całych nerwów zaczynam chichotać.
- Ty płaczesz czy się śmiejesz? – pyta Sherlock, którego chyba udało mi się rozbawić. To dobrze, bo jak do tej pory to był raczej przerażony.
- To i to – wyjaśniam, ale dokładnie w tym momencie nadchodzi kolejna dotkliwa fala bólu, a z oczu wypływa mi następna porcja łez. – Aua!
- Spokojnie. Masz już odpowiednie rozwarcie. Teraz musisz przeć.
Staram się, ale to nie takie łatwe, gdyż mam wrażenie jakby coś mnie rozrywało na strzępy. Próbuję też nie krzyczeć, ale średnio mi to wychodzi. Sherlock trzyma mnie za rękę, ale chyba ma ją już zmiażdżoną, a paznokcie prawdopodobnie wbiłam mu do krwi.
Po półgodzinie całkowicie tracę siły. To taki ogromny ból… Jeśli zaraz się nie skończy, chyba umrę. Naprawdę robię co mogę, ale… nie wiem ile jeszcze wytrzymam.
Nagle straszliwie obolała i wycieńczona opadam na poduszki, a w uszach rozbrzmiewa mi płacz dziecka.
- No i już po wszystkim. Zdrowy, piękny chłopak! – słyszę lekarkę jakby gdzieś z oddali.
Mało co do mnie dociera, muszę wziąć parę głębokich wdechów. Z wysiłkiem otwieram oczy i widzę nad sobą przejętą i rozczuloną twarz Sherlocka. Patrzy się na mnie z uśmiechem, a ja próbuję odpowiedzieć tym samym, ale ledwo daje radę unieść kąciki ust.
- Świetnie dałaś sobie radę – mówi takim tonem, jakby też jeszcze nie doszedł do siebie i gładzi mnie po włosach.
Znowu słyszę cichy płacz i dopiero wtedy uzmysławiam sobie, że to Alex. Ogarnia mnie rozczulenie oraz lekki strach, a na policzkach mam nowe łzy. Nasz synek… Boże…
- Czy… - próbuję coś powiedzieć słabym głosem. – Czy wszystko z nim w porządku? Mogę go zobaczyć?
- Ależ oczywiście – stwierdza pogodnie położna. – Waga cztery kilo, dziesięć punktów w skali Apgar. Zaraz ci go przyniosę, moja droga.
Po chwili widzę, jak podchodzi do mnie i wkłada do drżących rąk małe białe zawiniątko. Widzę najpierw główkę z delikatnymi czarnymi włoskami, a następnie słodką twarzyczkę, która powoduje, że po sercu rozlewa mi się fala miłości, niczym lawa z wulkanu. Malutki ma niebieskie oczy Sherlocka, moje usta i nos. Jest śliczny, najśliczniejszy na świecie. I nie zawodzi już, tylko obserwuje nas jakby z ciekawością.
Zalana łzami całuję malutkiego w czoło i przytulam do siebie, po czym spoglądam na Shelrocka. Też płacze. Uśmiecham się blado, a on przygarnia nas w swoje ramiona.

Budzę się, ale nie mam siły nawet unieść powiek. Chyba bardzo długo spałam… Ale wciąż jestem taka zmęczona. I wszystko mnie boli. Nie, nie jestem w stanie nawet się ruszyć.
Nagle słyszę szept Sherlocka i ciche kwilenie. Och, to Alex, synek mój kochany…. Z wysiłkiem otwieram oczy i dostrzegam, że mój ukochany stoi na środku sali, trzymając nasze dziecko w ramionach. To takie ujmujące i wzruszające, że przez chwilę oczarowana zapominam o oddychaniu. Leżę bez ruchu i chłonę ten widok.
Sherlock dostrzega, że już nie śpię, uśmiecha się i podchodzi do łóżka. Daje mi synka do rąk, a ja od razu przytulam malutkiego do piersi. Jakimś cudem usnął. Jest taki cudowny… jak aniołek. Nie mogę się na niego napatrzyć. Nosek, oczy, policzki, usteczka… Jejku…
- Jak się czujesz?
Podnoszę wzrok na Sherlocka i również obdarzam go uśmiechem, może przez wyczerpanie nie aż tak promiennym, ale na pewno pełnym radości.
- Dobrze. To znaczy… jeszcze jestem słaba, ale nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa.
Oczy mojego ukochanego płoną światłem miłości, niczym gwiazdy. Naprawdę jestem w niebie.
- Byłaś taka dzielna – głaszcze mnie po policzku.
- Robiłam co mogłam – przymykam na chwilę oczy, po czym spoglądam na Alexa i dziwię się jakim cudem moje serce może pomieścić tyle miłości. – On jest… taki śliczny.
- Prześliczny. Jest idealny…
- Ja… muszę go chyba nakarmić…? Czy czekać aż się obudzi? – mówię, zerkając na Sherlocka niepewnie. Naprawdę nie wiem co mam robić.
Sherlock się uśmiecha.
- Pójdę po pielęgniarkę.
Kiwam głową.
- Ale może… położysz najpierw małego? Nie chcę go obudzić.
Odbiera ode mnie Alexa i kładzie do łóżeczka obok. W tym momencie odzywa się moja komórka. Biorę telefon i widzę, że to sms z nieznanego numeru. Pewnie jakieś gratulacje, myślę, i odczytuję wiadomość:
Wujek Jimmy życzy małemu Alexandrowi wszystkiego najlepszego, a  jego rodzicom składa najszczersze gratulacje.
Telefon wypada mi z ręki, a przerażenie ogarnia całe moje ciało i pochłania mnie niczym gorąca lawa.
- Nie! Nie! Nie! – wyjąkuję i zaczynam płakać.
Boże, czy on nie dam nam spokoju…? Jeśli coś zrobi małemu… Nie, błagam! Tylko nie to! Oddycham z trudem, czuję, że zaraz będę się dusić.
Orientuję się, że Sherlock siada na łóżku i mnie przytula.
- Na Boga, Anno, co… – zaczyna zlękniony. – Kochanie, co się stało?
- To Moriarty – wyjaśniam, trzęsąc się i szlochając rozpaczliwie w jego koszulę.
Sherlock chyba podnosi mój telefon i czyta wiadomość. Potem przez chwilę milczy i tuli mnie mocno.
- Przyrzekam ci – szepta do ucha uspokajająco – że ten łajdak nie tknie was nawet palcem. Nie bój się. Jesteście całkowicie bezpieczni, strzegę was jak oka w głowie. I robię wszystko, by znaleźć Moriarty’ego i go unieszkodliwić. Już niedługo nie będzie tak wesoło śpiewał. Cichutko już…

Trzyma mnie w ramionach i w końcu jako tako się uspokajam. Tak, z Sherlockiem jesteśmy bezpieczni, wiem to. Najbezpieczniejsi na świecie.