poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 53: Spektrum sytuacji


  No to rozdział od Joasi ;)  Przepraszamy, że dopiero teraz xd


     “I’m sorry I don’t understand 
       Where all of this is coming from
       I thought that we were fine,
       Your head is running wild again
       My dear, we still have everythin'
       And it’s all in your mind.
       You’ve been havin' real bad dreams
       You used to lye so close to me 
       There’s nothing more than empty sheets
       Between our love, our love…”
                    Pink & Nate Ruess - Just give me a reason


     Thomas! - krzyknął przerażony Jim.
W pierwszej chwili nie wiedziałam, co się dzieje, ale zaraz potem opamiętałam się i podbiegłam szybko z szeptem na ustach.
- Boże, nie! - wydobyło się gdzieś z mojego gardła gdy zbadałam mu puls. Był prawie niewyczuwalny, a to oznaczało jedynie śmierć. - Lekarza!
W głowie miałam taki mętlik, że ledwo pojmowałam sytuację. Sherlock został zesłany za granicę, co nie pocieszało, a jedyna sobą - bo na Mycrofta nie liczyłam w zupełności - konała teraz na moich rękach. Nawet nie wiedziałam, co mu może być i panika sięgnęła zenitu.
Po policzkach zaczęły płynąć łzy, które były hamowane od dnia wyjazdu mojego męża. Obiecałam sobie, że nie uronię ani jednej, ale już nie mogłam, bo w nikim nie znajdowałam oparcia, a siostra, która przyjechała, by mi "pomóc" wałęsała się gdzieś po szpitalu i szukała kolejnej ofiary do podrywu. Oczywiście mogłam zawsze liczyć na opiekę ze strony teściów, lecz nie chciałam ich przemęczać, bo mieli już swoje lata. Jedynym ratunkiem w tej chorej sytuacji był ukochany, który załatwiał coś dla Zjednoczonego Królestwa.
Nie zauważyłam kiedy medycy wzięli Toma na OIOM, ale dosłyszałam pytanie, które zadał doktor.
- Wiedzą państwo, co mogło spowodować zawał?
Pokręciłam głową, a Jim nawet nie pofatygował się, by odpowiedzieć choćby krótkim "nie", ale taki właśnie był Moriarty. Nie obchodziło go, co może się stać z osobą, która dała się za niego ciąć i ledwo uszła z życiem. Ważną kwestią natomiast w jego życiu okazało się grzebanie w telefonie, jakby szukał inforamcji o kolejnej sprawie, jaką można załatwić lub kogo sprzątnąć. Patrząc na niego, miałam ochotę zacisnąć dłonie, na tej jasnej szyi i słyszeć błagalne rzężenie w ostatnich spazmach oddechu, niczym mucha, która wie, że zaraz nastąpi jej marny koniec. Tym razem to ja chciałam być pająkiem, ale powstrzymałam się, mówiąc z obrzydzeniem:
- Nienawidzę cię. Błagałam o to, byś zdechł. Żebyś w końcu zgnił w ziemi i by zjadły cię robaki, bo na nic innego nie zasługujesz.
- Nic o mnie nie wiesz, Anno. - odparł spokojnie, a mnie odebrało mowę. - To, że tutaj jestem i że żyję zawdzięczam tylko tobie i za to będę wdzięczny do końca, ale nie zamierzam...
- Nie obchodzi mnie to! Gdybyś mógł, posłałbyś nas wszystkich do diabła, łącznie z Tomem!!!
- Nie... - wyszeptał, po czym uznał, że nasza wymiana zdań dobiegła końca i powrócił do grzebania w komórce.
Nie mogłam pozostawić tego samemu sobie i znów zaczęłam do niego mówić. Tym razem z niespotykanym, jak na mnie jadem w głosie, ale naprawdę byłam u kresu nerwów.
- Nawet nie interesujesz się tym, co z nim jest. A podobno go kochasz czy coś takiego, bo raczej nie jestem w stanie wyobrazić sobie, byś czuł cokolwiek do kogokolwiek.
- Przez twoje gadanie nie mogę się skupić. Jesteś na tyle denerwująca, że naprawdę nie wiem, jak aniołek wytrzymuje humory takiej baby. - odpowiedział równie złośliwie, co ja. - Masz szczęście, że mam jeszcze w sobie odrobinę szacunku do długu, jakim zostałem obarczony, inaczej już dawno gniłabyś na dnie Tamizy.
- Twoje groźby przestały robić na mnie wrażenie odkąd mogłam go stracić. - fuknęłam i zaczęłam szykować się do wyjścia, ale coś mnie tknęło i dodałam po chwili: - Gdyby nie ja, Moriarty... nie oddychałbyś sam.
- Doskonale tym wiem, gąsko, ale pamiętaj, że ja nadal mogę uprzykrzyć ci życie, w ten czy inny sposób i nadal mam tę możliwość. Gdyby nie to, że przysłaliście w moje stęsknione ramiona, tego słodkiego chłopca, który teraz zdycha z przedawkowania kokainy, gdzieś zapewne byście mnie dopadli, ale jak zwykle Holmes nie wie, co robi.
- Skąd wiesz, co przedawkował? - zapytałam ostro, patrząc mu w brązowe oczy, nie wyrażające nic prócz chłodu.
- Hm... W zasadzie była to kolejna rzecz, jakiej mieliśmy tobie oszczędzić, ale tak bardzo lubię dręczyć waszą rodzinę i ją skłócać. To nawet lepsze niż Moda na sukces!
Podrapał się po głowie, a mnie aż skręcało, by wydrapać mu ślepia, w których pojawiły się znajome, diabelne iskry. Wystarczyło tylko kilka kroków, a byłoby po nim. Miałam już w głowie mnóstwo sposobów na to, by go dopaść, ale gdzieś w środku dało znać o sobie sumienie, powodujące myśl, że mój szwagier nie chciałby tego. Westchnęłam tylko i wycierając łzy siadłam na krześle, które wyciągnęłam spod łóżka Jima.
- W takim razie słucham. - odparłam już uspokojonym tonem, ale w środku czułam, że mogę jeszcze wybuchnąć.
Chrząknął znacząco, po czym odłożył telefon na stolik znajdujący się tuż przy nim. Wziął głęboki oddech, ale jeszcze nie zaczął swojego monologu, popatrzył tylko, jakby ponuro i wyjmując kartkę, i długopis z szuflady, zaczął na niej zawzięcie skrobać, jak gdyby był to kawałek marmuru, na którym nie sposób wyryć cokolwiek.
- Obudziłem się dużo wcześniej niż myślisz. - mruknął w powietrze zgęstniałe od ilości złych słów przez nas wypowiedzianych. - Jakieś dwanaście godzin przed poinformowaniem wszystkich. Dowiedziałem się wtedy, że Thomas zaczął brać to świństwo i mało nie wpadłem w furię. Przed zabiciem osób w moim otoczeniu powstrzymało mnie tylko jedno, a mianowicie fakt, że ta podła żmija jeszcze żyje i ma zamiar dokonać zemsty na nim.
- Skąd to wiesz?
- Czy to nie logiczne? - prychnął. - Dowiedziała się, że żyje, a ja sam byłem świadkiem puszczenia jej wolno. Sentymenty. - westchnął, po czym znów zaczął gwałcić kartkę długopisem. Zauważyłam, że narysował jakąś cyfrę, ale w tym momencie, nie było to istotne. - Tak czy inaczej, rozmawiałem o tym, z naszą pchełką - podróżnikiem i tak oto dostałem informację, że Tomowi nie brakuje wiele do zupełnego stoczenia się. Nie mogłem uwierzyć, że jest do tego zdolny, ale jak widać nie wszystko będę mógł kontrolować w jego życiu, a przynajmniej tak myślę. Chyba ma na mnie większy wpływ niż ja na niego.
- I bardzo dobrze! - zawołałam wojowniczo. - I tak jesteś okropny więc ktoś musi w końcu cię zreformować.
- Nie licz słońce, że przyjdzie mu to łatwo. I tak nie powinienem go więcej do siebie dopuszczać, po tym, co mi zrobił.
- No to przynajmniej daj mu teraz spokój. - odparłam trochę na przekór, choć wiedziałam, że nie odpuści.
- Wiesz, że już nie mogę. - w jego głosie dało się dosłyszeć smutek pomieszany z czymś na wzór uczucia. Nie... to nie jest możliwe w jego przypadku. - On znaczy dla mnie więcej niż myślisz, a to, że mnie oszukał boli, lecz potrafię znieść wszystko. Byleby tylko...
- Przestań, bo mi niedobrze. - warknęłam w końcu, bo nie zamierzałam słuchać wyznań geja.
Nie to, bym miała coś do homoseksualistów, ale dajcie spokój, może jeszcze opowie mi o ich pierwszej nocy razem? Co to, to nie. Nie mam na to najmniejszej ochoty, mimo że jestem naprawdę tolerancyjna, to jednak są ich sprawy. Swoją drogą oglądanie porno jest lepsze niż słuchanie o nim, ale najlepsze byłoby w praktyce...
Westchnęłam cicho na myśl o tym, kiedy znów będę mogła przytulić się do mojego detektywa gdy nagle usłyszałam cichy śmiech przestępcy konsultanta, a następnie jego cichy komentarz:
- I tak wiem, o czym myślisz, zboczona świnko. Jak to jest być w łóżku z Holmesem?
- Nie twoja sprawa! - zakrzyknęłam wściekła i zaróżowiona na twarzy.
Co on sobie myślał, by o to pytać? I jeszcze pewnie mam mu powiedzieć, że jest bezkonkurencyjny we wszystkim? Niedoczekanie!
- Ha, ha, ha, ha, ha... - zarżał, jak koń. - Dawno się tak nie uśmiałem. Ale naprawdę miałaś idealną minę gdy zapytałem o wasze igraszki. Pamiętasz chyba, że zdarzyło mi się na was nie raz patrzeć?
Wytrzeszczyłam na niego oczy, będąc u granic wytrzymałości i nie wiem, jakim cudem nadal milczałam, czy choćby trzymałam jeszcze ręce na kolanach, bo naprawdę miałam ochotę go w tym momencie zabić.
- Och no już, malutka, cała sprawa była naprawdę urocza, a ja mam coś ze zboczeńca, sama przyznasz. - powiedział prowokacyjnie. - I ta twoja siostra! Jakże ona całowała! A te cudowne piersi...
- Przestań, bo zaraz ci przypierdolę. - powiedziałam, a moje nerwy były napięte niczym struny skrzypiec. - Nie obchodzi mnie to wszystko!
- No już, bo kociej mordy dostaniesz. - pokazał mi język, ale wiedziałam, że nie mam po co już się fatygować z pięściami, choć ochota na przemeblowanie jego ślicznej mordy kusiło. - Twój Włóczykij przygotował mieszankę, która spowodowała zawał więc nie mów, że jesteście tacy święci. Zgodziłem się, bo nie chciałem, by zmarł z przedawkowania. Mimo wszystko nie jestem taki zły, jakbyś myślała, bo nie dam mu umrzeć, choćbym sam miał poświęcić, co najcenniejsze. - zawahał się nagle, a przez jego oblicze przemknął znajomy mi cień, który przypomniał te najczarniejsze chwile z życia. - Lodziara przekazała mi działkę, którą stworzył, a mnie pozostało zadzwonić do najwierniejszego z całej zgrai przestępców, Morana. Na pewno go kojarzysz z kilku afer, ale po porwaniu tylko jemu mogłem ufać, jeżeli mogłem tak to nazwać. Nie pomyliłem się, bo Thomas przyszedł prosić właśnie jego o pomoc więc zadanie było ułatwione do maksimum. Ot, zrządzenie losu.
- I jakim niby cudem ta działka mu nie zaszkodziła? - zapytałam z ponurą nutą w głosie. - Przecież teraz go operują. Poza tym powinnam im powiedzieć, co spowodowało taką reakcję, bo może być za późno.
- Mieszanina rozpada się w pięć minut po reakcji organizmu. - odparł luźno. - Nie wiem, jakim cudem, ale najlepszy chemik w kraju chyba potrafi przyrządzić taką miksturę.
Wiedziałam, o kim mówił, ale nadal nie mogłam pojąć dlaczego oni mu to zrobili. Przecież Thomas był ich bratem i mogli go posłać tym razem naprawdę na tamten świat. Pokręciłam z niedowierzaniem głową, bo nie mogłam uwierzyć w słowa bandyty dalej brudzącego kartkę.
Popatrzyłam na niego jeszcze raz i w końcu zauważyłam, że nie był już tym samym Jamesem Moriartym, który potrafił z życia każdego mieszkańca kuli ziemskiej uczynić piekło. Oczy mimo swojej głębi, nie miały tego blasku, a dłonie drżały co chwilę, jakby w delirium. Usta już nie pałały czerwienią, skóra na twarzy przypominała raczej skrawek pergaminu, ale najstraszniejsze okazały się blizny rozsiane na rękach i szyi. Bałam się pomyśleć gdzie mogły się jeszcze znajdować.
Może wcale nie kłamał? Może rzeczywiście chciał ratować Thomasa przed nałogiem i dlatego wymyślili taki fortel względem niego? Wzięłam kilka głębokich oddechów, by pozbierać myśli i uspokoić nerwy, bo musiałam teraz dbać o moje maleństwo, które dawało o sobie co chwilę znać. Tak bardzo je kochałam, a to, że Sherlock nie wracał powodowało u mnie irracjonalny strach, że jednak może nie przeżyć.
- Obiecujesz, że Tomowi nic nie będzie? - zapytałam w końcu, pogrążona w smutku.
- Mogę przysiąc.
- A co z Elise?
- Ona... - powiedział z nienawiścią w głosie, jakiej nie słyszałam nawet u siebie. - Zapłaci za wszystko. Ma w zasięgu tylko część kart, a ja... ja mam asy. I Jokera. Oczywiście nie wszystkie, bo tego nie dało się zrobić, ale Joker jest w tym wszystkim znaczącą kartą.
- Nie rozumiem o czym mówisz. - odparłam zgodnie z prawdą.
Prychnął znacząco, jak dawniej gdy musiałam siedzieć z nim w jednym pokoju nauczycielskim, po czym podał mi kartkę. Narysował na niej cztery asy oraz Jokera, który dzierżył w dłoni starożytną broń inkrustowaną kwiatem wiśni. Domyśliłam się, że jest to miecz samurajski, a krew w moich żyłach się ścięła. Czyżby mój ukochany znów miał do czynienia z siatką terrorystyczną?
- Mówię o tym, co narysowałem, czy to nie jasne?
- Ale nic z tego nie rozumiem... - mruknęłam już na wykończeniu.
- Bo nie musisz. - burknął złośliwie. - Holmes będzie wiedział, o co chodzi.
- A ta liczba? I litery? - drążyłam dalej, choć nie miałam na to specjalnej ochoty. Wiedziałam, że nie wyniknie z tego nic dobrego.
Nie odpowiedział, a ja nadal wpatrywałam się tępo w nagryzmolone niestarannie znaki. 5SoE. Poczułam się, niczym małe dziecko, przed którym zostają zaszyfrowane najcenniejsze wiadomości i na dodatek nic nie mogłam z tym zrobić, bo nie byłam tak lotnego umysłu, jak mój mąż.
Wstałam i wściekła na cały świat krzyknęłam na Jima.
- JAK JESZCZE RAZ COŚ BĘDZIECIE UKRYWAĆ, TO BĘDZIE KONIEC!!!
Wybiegłam załzawiona z sali i mijając Sandrę bez słowa, zaczęłam biec do windy. Boże! Dlaczego musiałam być to ja?! Co ja im zrobiłam?! Co zrobił Thomas czy choćby Sherlock? Przecież to nie do pomyślenia, by na świecie czaiło się tyle zła i tajemnic, które tylko szkodzą całej ludzkości.
- Anka! - krzyknęła za mną siostra i przypadła do mnie z troską, której nie potrzebowałam. - Ania, co ci jest?
- A co mi może być?! Jak zwykle to samo, Sandra. - prawie plułam w nią słowami raniącymi mi mnie do głębi.
Wpadłam w końcu do windy, nacisnęłam guzik na parter, po czym rozpłakałam się i osunęłam na podłogę. Tyle kłamstw przez cały czas... Tyle cierpienia. Śmierć i zniszczenie tylko wokół mnie. Chcę stąd wyjechać i pierwszy raz chcę, by wszyscy zapomnieli, że istnieje ktoś taki, jak Anna Krystyna Holmes. Mogłabym uciec, jak najdalej i zaszyć się w cichym kącie razem z dziećmi gdzie ukryłaby mnie Mary i przeczekać najgorsze.
- Siostra... - przytuliła mnie do siebie mocno, jak nigdy przedtem. - Nie płacz. Nie wiem, co powiedział ci ten bydlak, ale nie miał racji. Jesteś wspaniała, silna, mądra, masz cudownego męża i genialnego synka, a drugie dziecko w drodze. Nigdy nie będę taka, jak ty.
- Ja już nie daję rady. - wychlipałam w jej ramię. - Chcę... zabierz mnie stąd gdzieś. Chcę żyć w spokoju.
- Nie. - szepnęła, gładząc mnie po głowie. Naprawdę nie spodziewałam się po niej takiej czułości. - Masz tutaj wszystko, co kochasz, a gdybyś wróciła choćby do Polski, nie czekałoby cię nic dobrego.
- Wracajmy na Baker Street. - wydukałam z ledwością i zaczęłam jęczeć z niemego bólu psychicznego, jaki miałam w sobie od czasu gdy Sherlock zostawił mi list.
Nosiłam go ze sobą, jak obietnicę powrotu, talizman, który będzie bronić mnie i bliskich przed całą nienawiścią kumulującą się wokół mnie. Niespodziewanie zaczął ciążyć w mojej kieszeni, niczym kamień spadający w dół strumienia, który rwie jego nieskazitelność na strzępy i powoduje, że staje się mętny, jak kawa z mlekiem. Wyjęłam go z kieszeni i kolejny raz tego dnia zaczęłam czytać, ale tym razem na głos. Wiedziałam, że mi to niewiele pomoże, ale czułam się bezpieczniej, wyobrażając sobie, że mówi to mój ukochany.
- Najdroższa Anno. Wiem, że obiecałem Ci nigdy więcej nie odchodzić, ale nie mam wyboru. Sprawy z Moriartym zaszły za daleko, a kłótnia między nami, która miała miejsce kilka dni temu, nie dawała mi spokoju. Nie mogłem pozwolić, byś myślała o mnie źle, a przede wszystkim, by twoje racje nie były bezpodstawne. - mruczałam do siebie połykając łzy. - Powinienem zrobić to dla brata, choćby ze względu na to, że chronił całą rodzinę przed śmiercią. Będę mu za to dozgonnie wdzięczny. Thomas ostatnio popadł w tarapaty i mam nadzieję, że uda się go z tego wyciągnąć. Liczę też na to, że dotrzyma słowa i będzie się Wami zajmować należycie, ponieważ grozi nam teraz dużo większe niebezpieczeństwo niż kiedykolwiek. - list dobiegał prawie końca, a ja uspakajałam się coraz bardziej, choć trudno było czytać te słowa, zamiast ich słuchać. Miałam sobie do zarzucenia, że po awanturze nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, a mnie w domu zastał, jakby list pożegnalny. - Moim celem jest John Harrison. To człowiek, który miał ścisłe powiązania z pewnymi ludźmi zajmującymi się tajemniczymi składami krwi w ciele ludzkim. Nie robię tego ze względu na naukę, choć wiesz, że byłaby to dla mnie szansa na poznanie nowych składów chemicznych. Robię to dla Ciebie kochana i przysięgam, że wrócę, jak najszybciej z wyprawy. Kocham Cię. Twój, na zawsze... Sherlock.
- No, ten twój mąż to niezły bohater. - mruknęła z podziwem moja siostra gdy jechałyśmy już do mieszkania.
Nawet nie zauważyłam, kiedy wsiadłam do samochodu, który prowadziła. Był pożyczony od Mycrofta i sama byłam zdziwiona, że go udostępnił, ponieważ nie byliśmy jakimiś rządowymi personami. Pytając dlaczego, odpowiedział, że mamy teraz ochronę korony niezależnie od sytuacji. Dodał również, że księżna Kate podziwia mnie, za odwagę, z jaką broniłam Anglii podczas różnych spraw Sherlocka, co miało poprawić mi humor. W efekcie spowodowało, że zaniemówiłam, bo nie pomyślałabym, że zostanę skomplementowana przez tak znamienitą osobę, jak żona księcia Williama.
- Kochany jest. - skwitowałam, będąc nadal w ponurym nastoju.
- Masz szczęście, siostrzyczko, że opiekuje się tobą ktoś taki, jak on. Może i na początku go nie lubiłam, ale teraz zmieniam zdanie. Dobrze na ciebie wpływa.
- Może i tak.
Nie miałam ochoty rozmawiać o tym, jaki jest mój detektyw, choć słowa Sandry spowodowały, że mój nastrój uległ lekkiej poprawie. Nawet moje maleństwo potwierdziło to mocnymi kopnięciami więc pozwoliłam sobie na lekki uśmiech. Nie ma co, moje dzieci wyrosną na naprawdę zdolne mądrale. Co do tego nie miałam wątpliwości, zważając na fakt, że ich ojcem był nie kto inny, jak najbystrzejszy człowiek na świecie.
Trasę przejechałyśmy bardzo szybko, co mocno mnie zdziwiło, bo młodsza nie znała tak dobrze Londynu, ale cieszyło mnie, że niedługo będę mogła przytulić synka i opowiedzieć mu jedną z wielu przygód, które przeżyłam razem z mężem, choć w mocno okrojonym wydaniu. Zauważyłam, że gdzieniegdzie zaczęły pojawiać się koguty policyjne i strażackie, i moje serce zakołatało niebezpiecznie wyczuwając, że coś jest nie tak.
Gdy zbliżałyśmy się już do Baker Street zatrzymała nas blokada na Euston. Nie wiedziałam, co robi tutaj tylu mundurowych, ale czułam, że ma to związek z moim miejscem zamieszkania. Nie mówiąc nic Sandrze, wysiadłam szybko z auta i zaczęłam przedzierać się przez niewielką kolumnę, którą utworzyła policja zapewne dla bezpieczeństwa na drodze.
Dosłyszałam, że ludzie, którzy zrobili to samo, co ja opowiadali sobie o wybuchu, na ulicy, a krew w moich żyłach zmieniła się w lód. Alex! - krzyknęłam w myślach i nie zważając na to, że mogłam zrobić sobie krzywdę zaczęłam biec tak szybko, jak mogłam w kierunku domu. Boże, byle nie to. Niech oni żyją.
Nie wiem ile czasu mi to zajęło, ale miałam wrażenie, że wieczność. Przecież w mieszkaniu zostali pani Hudson i mój mały synek!
Jeden z policjantów zaczął coś do mnie mówić, ale nie miałam pojęcia co i podążałam dalej. Kolejny z nich zatrzymał mnie, mówiąc:
- Przepraszam, ale nie można tędy przejść.
- Tam jest mój syn. - wydyszałam i wtedy poczułam mocny skurcz w brzuchu. Chryste, nie teraz! To za wcześnie.
- Nie możemy pani przepuścić. Na Euston doszło do eksplozji. Są ofiary...
- Boże... - szepnęłam i o mało nie zemdlałam, a moim ciałem wstrząsnął kolejny skurcz. - Aj...
Złapałam się za brzuch i modliłam, by moje dziecko nie zaczęło pojawiać się teraz na świecie. Przecież mogłoby umrzeć.
Zaczęłam oddychać głęboko, a funkcjonariusz, który udzielił mi informacji pomógł usiąść na ziemi. Jego głos był bardzo spokojny, co podziałało i mogłam zacząć swobodnie mówić.
- Na Baker Street jest mój syn... Czy tam też...?
- Nie. Tamta ulica pozostała nienaruszona.
Odetchnęłam z ulgą. Nie wytrzymam dłużej takiego stresu, Sherlocku. Musisz, jak najszybciej wrócić. - mówiłam do siebie w myślach, ale wiedziałam, że nie nastąpi to szybko. Czułam, że nie tylko o odtrutkę chodzi, ale wolałam nie dopuszczać do siebie czarnych wizji, jakie ostatnio nawiedzały mnie w snach.
Po jakichś dziesięciu minutach siedzenia postanowiłam wstać i jakby spod ziemi wyrosła przed moim obliczem postać Lestrade'a, który miał nietęgą minę. Podał mi dłoń i przytulił mocno, jakby się czegoś obawiał, co z jednej strony bardzo mnie rozczuliło, a z drugiej spowodowało kolejne wątpliwości.
- Chodź stąd. - powiedział tylko i biorąc mnie za rękę, zaprowadził do jednej z karetek, które stały kilka metrów od wybuchu. - Wszyscy na Baker są bezpieczni, ale gdy cię nie było zacząłem się martwić. Gdzie się podziałaś?
- Byłam na badaniach. - mruknęłam, po czym odetchnęłam z niebywałą ulgą. - Mogę iść do domu? Moja siostra powinna być niebawem.
- Dobrze, ale uważaj na siebie. Mycroft powiedział, że ostatnio dużo na ciebie spada.
- No co on kurwa nie powie. - warknęłam i odeszłam szybko, by nie rozmawiać o swoim stanie psychicznym.
- Czekaj! - zawołał za mną. - Mam pytanie.
- No jakie?
- Wiesz, co znaczy 5SoE?
Moja twarz w tym momencie stężała i przybrała wyraz posągu. Co on powiedział? Przecież to nie możliwe, by ktokolwiek... cholera. A jednak za tym wszystkim stoi Moriarty, a nie Elise. Mogłam się tego spodziewać. Nie odpowiedziawszy mu, pomknęłam od razu do domu, by w końcu móc wziąć w ramiona syna. Czy ja tak wiele wymagam od życia?!
Weszłam powoli, chociaż chciałam znów pomknąć przed siebie, ale czułam, że nie byłoby to dobre dla maleństwa. Mogłam je przecież tak łatwo stracić, a tego na pewno bym już nie przeżyła. Schody pod moimi stopami zaskrzypiały, jak zwykle i poczułam, że 221B nie jest już takie, jak kiedyś. Postanowiłam, że gdy dziecko się urodzi, wyniesiemy się stąd i nie obchodzi mnie, co powie na to Sherlock. Za dużo tych tajemnic wokół, a ja potrzebuję wytchnienia.
- Gdzie mama? - usłyszałam tuż przy drzwiach głos Alexa. - Był strasny huk. A jak coś jej jest?
- Wszystko dobrze z mamą. - odparła pani Hudson, a mnie gdzieś w środku bardzo to ujęło. - Obiecuję.
Weszłam od razu, by już nie podsłuchiwać i by w końcu popatrzeć na to moje małe, kochane słoneczko, które od razu podbiegło i rzuciło się w stęsknione ramiona matki. Przytuliłam go mocno do siebie i westchnęłam boleśnie. Mój mały był tak podobny do ojca, że jego widok sprawiał, że moje serce było całe w strzępach, a jednocześnie koiło wszelkie rany.
- Mama! - wrzasnął mi do ucha, a ja roześmiałam się pierwszy raz tego dnia.
- Och kochany synku. - szepnęłam. - Jak dobrze cię widzieć.
- To tylko tsy godziny, mama. Ja cekałem.
Kiwnęłam tylko głową, bo nie miałam sił powiedzieć, że te trzy godziny były chyba jednymi z najgorszych w moim życiu. Siadłam na kanapie, a Alex potulnie przysiadł obok mnie i zaczął gładzić po brzuchu, mówiąc, jak bardzo się cieszy na rodzeństwo, co było naprawdę piękne, bo nie pomyślałabym, że tak to odbierze. Zawsze miałam wrażenie, że odziedziczył po ojcu tę denerwującą cechę bycia we wszystkim najlepszym, ale jak widać, chyba nie.
Po kilku minutach pani Hudson przyniosła mi herbatę, która okazała się odpowiedzią na wszystkie troski, po czym podała bardzo dziwną kartkę, z lekka nadpaloną, ale jakby specjalnie. Widniały na niej słowa w języku angielskim, które od razu pochłonęłam.



Otworzyłam ze zdziwienia usta, bo słowa zrozumiałam raczej, jako groźbę, ale nie skierowaną w moją stronę. Czy to możliwe, by Sherlock wpadł w większe tarapaty niż myślałam? I kim do cholery jest Pięć Cieni Elise?!
Nagle dostałam SMS-a i co dziwniejsze od mojego ukochanego WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE. KOCHAM CIĘ.

On nigdy nie wyznawał uczuć w wiadomościach... Przez moje ciało przeszedł okropny dreszcz, a potem nie mogłam już wstrzymywać łez. 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 52: Brak rzeczywistości

(No to rozdział od Joasi :D :* )

   “It's just ten percent luck
    Twenty percent skill
    Fifteen percent concentrated power of will
    Five percent pleasure
    Fifty percent pain
    And a hundred percent reason to remember the name”
                      Fort Minor - Remember the name


Czy może być gorzej? Wziąłem kolejną butelkę brandy z barku i otworzyłem szybko, by zapić kolejny z wielu smutków. Jasne, że może, ale teraz już nie mam sił walczyć o to, co było mi najdroższe. Cały świat runął gdy Mycroft oznajmił mi, że jego specjaliści nie potrafią zrobić nic z substancją, która została wstrzyknięta do serca Jamesa, a Sherlock mało się interesuje życiem mojego faceta. Zostałem teraz całkowicie sam i tak naprawdę nikt nie umiał mi pomóc w cierpieniu, jakie od pewnego czasu odczuwałem całym sobą.
Siedziałem w mieszkaniu Jima i czekałem na czas odwiedzin w ogóle nie śpiąc i mało jedząc. Właściwie moim głównym pożywieniem były alkohol, papierosy i coraz częściej kokaina, a dlatego, że miałem problemy ze snem i straszne wyrzuty sumienia, które nie pozwalały myśleć racjonalnie. Tak tłumaczyłem samemu sobie, ale naprawdę potrzebowałem ucieczki od tego syfu, jakim stało się życie bez niego, mojego ukochanego.
Właśnie odrzuciłem kolejny telefon od mojego starszego brata, prychając na ekran wyświetlacza. Co on sobie myślał, że będę teraz w stanie rozmawiać z nim, bo mnie potrzebuje? Miałem dość jego rządzenia moją osobą i przestałem pomagać w jakichkolwiek przedsięwzięciach względem Elise. Czekałem tylko na to, by moje piekło dobiegło końca, a szczerze mówiąc, nie zanosiło się na to, bo Sherlock nie zamierzał mi pomóc. Rozumiałem jego argumenty, ale nie mogłem ich przyjąć do wiadomości z prostych dla mnie pobudek, kochałem Jima tak mocno, że oddałbym własne życie, byle mógł jeszcze kiedyś chodzić o własnych siłach i pokochać kogoś tak mocno, jak mnie. Moi bracia tego nie pojmowali, chociaż sami byli w szczęśliwych związkach. Ja zawsze miałem być tym, którego trzeba chronić i pilnować, by nie zrobił sobie czegoś złego, bo byłem tym młodszym.
Po moich policzkach znów potoczyły się łzy, ale tym razem bardzo gorzkie. Nie wytrzymywałem z prostego powodu, nie miałem przy sobie swojego czarnego anioła, który potrafił rozwścieczyć mnie do granic możliwości, spowodować, że miałem łzy w oczach gdy opowiadał historie z dzieciństwa i śmiać się razem z nim. Tego ostatniego brakowało mi chyba najbardziej, ale czegoś innego również. Sprawiało mi to ból tak wielki, że ledwo mogłem złapać oddech w tym ponurym świecie. Dlaczego oni mi to robią?!
- Mam partię. - powiedział ktoś nagle, a ja zerwałem się z fotela z prędkością światła. - Koka. To, co lubisz, Tom.
- Nie wiem... - odparłem trochę niepewnie, ale czułem, że potrzebuję jej, by nie zasnąć gdzieś nagle w mieście gdy będę jechał do Jima. - Dobra. Towar ten, co zwykle?
- Nie. Tym razem to coś nowego, ale jest czysty więc nie masz się co martwić.
Przytaknąłem i wyciągnąłem dłoń, by Moran, znajomy mojego faceta, dał mi jedną z wielu działek, jakie posiadał. Zawahałem się tylko przez chwilę, ale poprosiłem o jeszcze jedną, by mieć na później. Bez zastanowienia podał mi je, a gdy miałem już wyciągać gotówkę, pokręcił przecząco głową mówiąc:
- Nie mam obowiązku przyjmować od ciebie hajsu. Poza tym, Jim by mi łeb urwał gdyby się dowiedział.
- Dzięki. - mruknąłem i znów siadłem w fotelu.
Przysunąłem do siebie stolik i rozsypałem biały proszek na szklanym blacie, po czym ułożyłem go w cienką linię. Zastanowiłem się, ale tak naprawdę miało mi to zaraz przynieść odpowiednią dawkę energii, która tego dnia stawała się zbawieniem. Nie było odwrotu, bo nie było też mojego Jima. Wciągnąłem szybko i oparłem ciało, by odczekać chwilę aż środek zacznie działać.
Zamykając oczy, wciąż miałem wizję mojego ukochanego, który siedział na tym upiornym krześle ze strzykawką wystającą z klatki piersiowej i przeklinałem siebie za głupotę, bo wina za tragedię spadała tylko i wyłącznie na mnie. Gdyby nie to, że zgodziłem się pomóc Mycroftowi, on nadal byłby sobą, a przede wszystkim cały.
Zauważyłem, że mój telefon znów dzwoni i postanowiłem, że tym razem go odbiorę, bo nie mogłem dłużej ukrywać się w mieszkaniu udając, że Thomas Alistair Holmes nie żyje, chociaż tak było wygodniej chyba dla wszystkich, a zwłaszcza dla moich braci.
- Czego chcesz? - warknąłem do słuchawki zachrypniętym od alkoholu głosem.
- Twój facet dostał antidotum, braciszku. - mruknął, jak zwykle chłodno, a mnie odjęło mowę. - Pewnie się cieszysz.
Nadal milczałem, co spowodowało, że zaczął pytać, czy nadal tam jestem, ale w tym momencie po prostu się rozłączyłem. Siedziałem tak przez kilka dobrych minut, bo nie docierało do mnie, co powiedział, ale to chyba dobra wiadomość. Mój Jim, James... Mój aniołek otworzy w końcu piękne brązowe oczy i uśmiechnie się, jak wtedy gdy go poznałem. Tylko czy mi wybaczy tak podłą zdradę? Szczerze w to wątpiłem, bo on nie zmienił się ani o jotę. Dla swojego dobrego samopoczucia chciałem pamiętać go w dobrych odcieniach, ale wiedziałem, że nie było ich wiele, a praktycznie nie istniały.
Zapewniłem Annę w ciemno o tym, że nic im nie zrobi, a sam wiedziałem, że teraz zemsta skieruje się na mnie, ponieważ doprowadziłem do skraju jego życia, które było mi przecież takie drogie. Kochałem go całym sobą, każdym nerwem swojego ciała i potrzebowałem niczym tlenu, ale bałem się wstać i pojechać tam, by ujrzeć w brązach tylko ból, wściekłość i żądzę mordu. James Moriarty mnie spali. Jestem o tym przekonany w zupełności.
Wstałem szybko, a w moich żyłach zaczęła krążyć trucizna pobudzająca ciało do dalszej walki o przetrwanie w tym paskudnym świecie. Zdjąłem z siebie ubranie, patrząc na blizny po licznych walkach z Aum Shin Rikyo i westchnąłem smutno wiedząc, że teraz będę miał przed sobą najgorszą bitwę ze wszystkich. Wiedziałem tylko jedno. Jeżeli Jim mnie zostawi, ja stoczę się na sam koniec łańcucha pokarmowego społeczeństwa porażonego obojętnością i złem w czystej postaci.
Przeszedłem przez korytarz i skierowałem kroki do łazienki, otworzyłem oszklone drzwi od prysznica, po czym zatrzasnąłem je za sobą z hukiem. Odkręcając kran przeszła mi przez głowę ta sama myśl kiedy to zabiłem pierwszy raz człowieka. Zimna woda tocząca się po moim umięśnionym ciele przypomniała krew spływającą po dłoniach, aż po łokcie gdy rozbijałem na miazgę wnętrzności tego biedaka. Czułem wtedy, że mógłbym zostać panem życia i śmierci, ale zaraz potem nadeszło zwątpienie w swoje człowieczeństwo, bo przecież nigdy nie podniosłem na nikogo ręki i nie zrobiłbym tego nawet za pieniądze, lecz nie byłem już tą samą osobą, co wcześniej. Teraz stałem się agentem Korony i to przypieczętowało mój los na zawsze.
Czułem, jak moje serce przyspiesza jeszcze bardziej, a oddech zaczyna być nierównomierny. Krew w żyłach dosłownie parzyła, ale to stawało się nieistotne, ponieważ teraz mogłem być sobą, tym pewnym siebie i gotowym na każde okrucieństwo mężczyzną, który jednym ciosem potrafi odebrać komuś życie, odrzeć z moralności każdego osobnika stojącego mi na drodze, nawet skrzywdzić rodzinę, a to wszystko tylko dla Niego.
Otrząsnąwszy się ze stanu nietrzeźwości, wyszedłem i otarłem skórę ostatnim czystym ręcznikiem, po czym zacząłem poszukiwać jakichś sensownych dla siebie ubrań, bo przecież nie mogłem wyglądać, jak ostatni łachmyta. Zdecydowałem się w końcu na czarną niczym moja dusza koszulę i tego samego koloru spodnie i pomyślałem, że teraz mogę już ruszyć.
Ciśnienie roznosiło moje ciało niczym opóźniająca się bomba zegarowa, ale już nie potrafiłbym bez tego żyć. Nie hamowałem się przed tym, by wziąć jeden z samochodów mojego faceta, bo wiedziałem, że i tak by mi pozwolił. Bardzo lubiłem drogie zabawki, które miał w swym podziemnym garażu, tuż pod blokiem więc wybrałem jedną z najdroższych; Bugatti, które silnikiem zmiotłoby nie jedno brytyjskie auto, a potem ruszyłem przed siebie z piskiem opon.
Pęd wgniótł mnie przyjemnie w fotel, a czerwone światła migały tylko przyjaźnie na spotkanie śmierci. Usłyszałem za sobą wycie syreny i zakląłem paskudnie. Że też gliny musiały pojawić się właśnie w momencie mojego największego spokoju i sukcesu życia, jakim było wybudzenie się Jima. Chciałem jechać dalej i już miałem wcisnąć pedał gazu do samego końca, ale odpuściłem. Mój kochany będzie musiał zaczekać na mnie pięć minut dłużej.
Skręciłem na pobocze, po czym zgasiłem silnik i oparłem ręce na głowie bardzo znudzony. Wiedziałem, że zaraz poproszą mnie o prawo jazdy, dowód rejestracyjny pojazdu, a gdy zauważą, że jestem pod wpływem środków odurzających, zatrzymają. Przygryzłem wargi rozbawiony, bo mogli postradać swoje marne stanowiska gdyby choć włos spadł mi z głowy, ale zaraz przybrałem maskę tego miłego i dobrotliwego Toma, za którego uważała mnie żona mojego brata.
Nawiasem, bardzo zdziwił mnie fakt, że Anna puściła go samego za granicę na misję przygotowaną przez Mycrofta, ale po tym, co powiedział jej kilka miesięcy temu nie zdziwiłbym się gdyby wzięli rozwód, nie mówiąc o tym najbliższym. Kolejna rzecz, którą spowodowałem ja, ale nie miałem z tego powodu jakichś większych wyrzutów, bo i tak miał jechać na Wschód, a ja tylko przyspieszyłem tę podróż. Obiecałem mu, że będę się opiekował bratową, ale marnie mi to szło gdy byłem we wskazującym stanie, a miało to miejsce coraz częściej.
- Dzień dobry, nazywam się... - nagle czyjś kobiecy głos wyrwał mnie z rozmyślań.
- Nie obchodzi mnie, jak masz na imię, piękna. - burknąłem, przerywając jej ostentacyjnie.
- Proszę wysiąść. - odparła twardo, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem.
Zaszczyciłem ją w końcu spojrzeniem swoich niebieskich oczu i grzecznie wyszedłem z samochodu, by kontynuować grę, w jaką ta mała blondyneczka zaraz będzie uwikłana po same uszy.
- Chciałaś coś, słodka? - zamruczałem romantycznie i posłałem perskie oko.
- Zapraszam do radiowozu.
- Jeżeli jesteś tam z kolegą to słaby pomysł. Nie lubię się dzielić kobietami, słodka.
Niespodziewanie policjantka zaatakowała mnie, ale byłem szybszy i wykręciłem jej rękę w nadgarstku na tyle boleśnie, by syknęła do mojego ucha. Zrobiłem to w taki sposób, żeby jej partner nie zauważył mojego ruchu i roześmiałem się cicho.
- Puszczaj, bo zawołam wsparcie. - warknęła więc grzecznie posłuchałem, ale tylko po to, by widzieć jej minę.
- Dla twojej wiadomości... - powiedziałem w końcu, bo ona nie mogła wykrztusić ani słowa. - Po pierwsze: nie zrobiłbym nigdy kobiecie krzywdy, zwłaszcza w ciąży, bo ewidentnie to widzę. Po drugie: lepiej nie denerwuj człowieka na prochach, bo może wyjść z siebie. A po trzecie - zawiesiłem na chwilę głos. - Nie widziałaś mnie i nie zameldujesz o tym nigdzie, bo chcesz jeszcze wykonywać zawód.
- Skąd wiesz, że jestem niby w ciąży? - prychnęła w moją stronę, nie dowierzając.
- Dedukuję, skarbie. Jeżeli kojarzysz to słowo, wiedz, że jestem bratem tego słynnego Holmesa i równie niedoścignionego Mycrofta, który służy Wielkiej Brytanii, a teraz spływaj, bo będzie kiepsko. - mówiłem trochę nerwowo, ale siliłem się na spokój, choć w środku czułem, że piekło już nie ma swoich granic i narkotyk przejmie nade mną kontrolę. - Rzuć tę pracę.
Po tej krótkiej wymianie zdań schowałem się z powrotem do auta i przekręcając kluczyk w stacyjce, ruszyłem z piskiem opon pod St. Bart's.
Przyspieszałem coraz bardziej, a moje serce kołatało prawie tak miarowo, jak cylindry silnika W16. Widziałem coraz to ostrzej i czekałem tylko na falę kulminacyjną mojego stanu, ale uparcie nie nadchodziła, co zaczęło mnie niepokoić. Wysiadłem i pobiegłem od razu do jedynej przyjaciółki, jaka mnie wtedy rozumiała, starając się choć odrobinę ukoić ból związany z tęsknotą za ukochanym. Molly Hooper wiedziała doskonale, co mnie gnębi, a przy okazji próbowała coraz to nowych metod, by obudzić Jamesa i gdy tylko mój starszy braciszek zadzwonił, wiedziałem, że w końcu dopięła swego.
Pokonywałem schody do kostnicy w takim tempie, że sam bym siebie nie podejrzewał o taką szybkość, ale w grę wchodziła teraz rozmowa z panią koroner więc wolałem wypytać o wszystko nim zrobi to ktoś inny, a właściwie Mycroft, bo coś czułem, że tę informację dostał będąc w biurze i obrastając w tłuszcz.
Otworzyłem drzwi i uśmiechnąłem się do niej ciepło zakrzykując:
- Witam panią śmierć!
- Ty znów w wisielczym humorze? - burknęła trochę rozeźlona i wróciła do badania mózgu. - Jim już wybudzony, nie potrzebujesz mnie, Tom.
- Ale... - zaciąłem się pierwszy raz odkąd ją znam. - Jesteś moją przyjaciółką, M. Gdyby nie ty...
- Nie, ja tylko jestem pani od pocieszania. - warknęła w ciężką przestrzeń, a ja już zrozumiałem. - Wybacz Tom, ale muszę pracować.
Podszedłem do niej i położyłem dłoń na ramieniu, by jakoś ją pocieszyć, ale nie wiedziałem jak, bo przecież już dawno zatraciłem w sobie zdolności dobrotliwego psychologa. Odwróciła się gwałtownie i rzuciła wprost w moje ramiona. Zdziwiony objąłem ją mocno, a moje tętno przyspieszyło jeszcze bardziej.
- Nie idź tam. - ściszyła głos prawie do szeptu. - Błagam cię ze względu na ciebie i na to, co czuję. Wiem, że bierzesz narkotyki przez to wszystko i coraz bardziej mnie dobija fakt, że niszczysz samego siebie. Zrób to dla mnie i nie idź.
Niespodziewanie spojrzała swymi brązowymi oczyma ze znajomą iskrą w oku, po czym dotknęła moich ust swoimi zatapiając się w nie bez pamięci. Na początku nie wiedziałem, co z tym zrobić, ale ich miękkość i żar spowodowały, że oddałem pocałunek. Nie spodziewałem się, że będę tym tak zachwycony, lecz w nowym wydaniu Molly było coś naprawdę pociągającego, co dawało mi pragnienie nowej przyszłości. W głowie widziałem wszystko począwszy od namiętności, po wspólne życie i bardzo mi się to spodobało, ale gdy kończyliśmy dotarło do mnie, że to jest tylko chwilowa słabość, która nie ma nic wspólnego z prawdziwą miłością, jaką czułem do Jima.
- Słodka moja, ja go kocham. - wyszeptałem w jej włosy. - Wiem, że teraz cię tym ranię, ale znajdziesz kogoś i jestem pewien, że równie inteligentnego, jak ty. Może w innym życiu będzie coś między nami.
- Rozumiem. - odparła drżącym głosem ze łzami w oczach, których nie chciałem widzieć. - Wybacz, ale nie pójdę z tobą. Mam pracę. Anna już tutaj jest, była na badaniach.
Wyszedłem szybko, by nie widzieć wzroku pełnego wyrzutu i nienawiści do mnie, bo nie mogłem już znieść tego wszystkiego. Raniłem bliskich mi ludzi na każdym kroku i coraz bardziej mnie to dobijało, zwłaszcza że traciłem ich przez swoje czyny. Mogłem winić tylko siebie, bo gdybym nie pomógł Mycroftowi, nie poznałbym Jima i Anny, a przede wszystkim oni byliby bezpieczni. Przechodząc przez oddział zauważyłem, że żona mojego brata stoi w wejściu do pokoju, w którym leżał ten boski anioł, a moje serce zakołatało niebezpiecznie. Czułem, że zaraz nastąpi przesilenie i narkotyk przestanie działać więc podszedłem bardzo powoli, by nie prowokować siebie do jakichkolwiek akcji.
- Cześć. - mruknąłem spuszczając wzrok na posadzkę.
- Hej. - odparła trochę chłodno Anna. - Właśnie rozmawialiśmy.
Wszedłem do sali, a w środku coś zaczęło mnie nieprawdopodobnie silnie kuć. Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem na Jima, który widząc mnie uśmiechnął się radośnie i z bezmiarem uczucia. Podszedłem chwytając go za dłoń i nie mogłem wypowiedzieć choćby słowa, na swoje usprawiedliwienie, bo nie byłem przygotowany na tak ciepłe powitanie.

Jeszcze raz zaczerpnąłem trochę powietrza w płuca, a po moim ciele rozlało się coś na kształt mocnego skurczu. Jęknąłem przeciągle i łapiąc się za lewą stronę klatki piersiowej upadłem na podłogę. Dosłyszałem tylko krzyknięcie Jima i cichy szept Anny, a potem były już tylko ból i ciemność.

sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 51: Te wszystkie zbieżności

       „Spróbuj powiedzieć to
         nim uwierzysz że
         nie warto mówić kocham
         Spróbuj uczynić gest
         nim uwierzysz, że
         nic nie warto robić


       Nic, naprawdę nic nie pomoże
       jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości
      Nic, naprawdę nic nie pomoże
      jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości”
                HEY - Moja i Twoja nadzieja


I co ja mam zrobić do cholery? A tak w ogóle… Nie wierzę w to wszystko. Normalnie nie wierzę! Jak Thomas mógł wywinąć nam taki numer? No tak, wszystko w imię większego dobra, a ja jak zwykle dowiaduję się o ważnych wydarzeniach ostatnia. Bo po co Anna ma być informowana na bieżąco o tym, co się dzieje, będzie się na pewno denerwować i martwić, a tego jej nie wolno. Super po prostu… Poza tym jestem tak na Toma wściekła, że gdybym nie była w ciąży, pewnie rzuciłabym się na niego z pięściami. Oj, braciszek mojego męża dostałby wtedy za swoje.
No dobra, ale teraz muszę się zastanowić, co mam zrobić. Pomóc mu i próbować przekonać Sherlocka do wybudzenia Moriarty’ego czy w akcie małej zemsty olać sprawę? Tylko że… no właśnie, takie wendety nie są w moim stylu. Nigdy nie byłam mściwa, a błagalny wzrok i łzy Toma mimo wszystko mnie poruszyły. Żal mi go, muszę to przyznać sama przed sobą.
Myślę tak nad tym wszystkim, aż z łazienki wychodzi Sherlock w samych spodenkach od piżamy, co przerywa moją analizę. Mimo, że jestem na mojego męża trochę zła, nie mogę się powstrzymać, by z rozmarzeniem nie pogapić się na jego nagą klatkę piersiową i ramiona. Poza tym widzę po tej pięknej twarzy, że w końcu chce porozmawiać, co wcześniej raczej nie było możliwe, ponieważ zaraz po wyjściu Toma usnęłam na kanapie, a potem już trzeba było położyć Alexa na noc do łóżeczka.
Sherlock, nie odrywając ode mnie wzroku, wchodzi pod kołdrę i kładzie się obok, unosząc zaraz swoje ciało na ramieniu i patrząc mi w oczy. Serce automatycznie zaczyna mi bić chyba ze sto razy szybciej.
- Kochanie… przepraszam, że wcześniej ci nie powiedziałem o tym wszystkim – głaszcze mnie delikatnie po policzku, dosłownie ledwo muskając skórę opuszkami palców. – Chciałem dobrze, chciałem tylko cię ochronić, a wyszło oczywiście beznadziejnie. Bo myślałem, że to będzie jakoś inaczej wyglądało, że przygotuję cię wcześniej i powiem o wszystkim na spokojnie, w odpowiednim czasie. No ale Tom jak zwykle wolał zrobić wejście smoka i skończyło się tak, jak się skończyło.
Wzdycham ciężko, ale zaraz biorę jego dłoń i splatam długie palce ze swoimi. Jakże mogłabym się gniewać na to moje kochanie, jest przecież dla mnie wszystkim, co ważne…
- W porządku, rozumiem – rozczulona przyciągam do siebie jego głowę i wtulam twarz w te czarne niczym skrzydła kruka, niesforne, aksamitne włosy. – Ale przyznaję, dziś zaserwowaliście mi jazdę bez trzymanki.
- Cóż… Niestety, takie masz już z nami życie. Czasami mam wyrzuty sumienia, że wciągnąłem cię w to wszystko, ale zakręciłaś mi w głowie i już było za późno. Może gdybym nie był takim pokręconym socjopatą z kręćkiem na punkcie rozwiązywania tych wszystkich spraw, nasze życie wygladałoby inaczej.
- Nie! – mówię stanowczo, przyciskając go do serca jeszcze mocniej. – Nie chcę innego życia, nie chcę byś się jakkolwiek zmieniał! Kocham cię takim, jakim jesteś… A co do mojego życia… Zanim cię poznałam było nudne jak „Cierpienia młodego Wertera” i smutne jak deszczowe londyńskie niebo. Dopiero ty wniosłeś w nie czułość, miłość i uśmiech.  
Nie mam pojęcia dlaczego, ale podczas tej przemowy w moich oczach pojawiają się łzy, które zaraz znaczą gorącem moje policzki. Nie jestem niestety w stanie ich powstrzymać.
- Anno, najdroższa… - Sherlock unosi głowę i patrzy na mnie z niepokojem i troską. – Co się dzieje, dlaczego płaczesz? – odsuwa mi blond kosmyki z czoła.
- Nie wiem… - pociągam nosem. – To chyba przez ciążę. Ostatnio mam takie napady nastroju… Ledwo panuję nad nerwami.
- No już, już dobrze – przygarnia mnie do siebie i mocno tuli, a jego bezpieczne ramiona, bicie serca i ciepły, głęboki głos sprawiają, że w końcu jakoś się uspokajam. – Mogę cię o coś zapytać?
- No jasne – powoli biorę parę głębokich oddechów i przybliżam twarz do nadzwyczajnie pociągającej szyi mego ukochanego. Kusi ciepłem tętniącej krwi, znajomym, oszłamiającym zapachem oraz jasnością skóry, tak przeze mnie wielbionej.
- Kiedy rozmawiałaś z Tomem, powiedziałaś coś o krzywdzeniu rodziny i o tym, że jesteś Moriarty’emu coś winna. Powiesz mi o co chodzi?
Och… Czuję zimne dreszcze na plecach i kulę się w sobie na to niezbyt miłe wspomnienie. Co to moje kochanie napadło, że o to pyta?
-- W sumie to… to było dawno, krótko przed… przed Paryżem. – Dlaczego się tak zacinam? Czyżbym się bała? – Groził mi, a kiedy rozwaliłam mu nos to straszył, że zrobi coś małemu. Ale to było jeszcze zanim poznał Toma i w ogóle. Wiesz, ja myślę, że twój brat ma rację… Jim teraz się zmienił, a już na pewno nam odpuścił. Nieraz miał okazję spełnić swoje groźby, ale jak widzisz nic nie robił.
Sherlock zamyka oczy i wzdycha, nagle lekko rozdrażniony.
- Tylko mi nie mów, że chcesz mnie namówić na wybudzenie go – rzuca ostro, takim tonem, jakby potwierdzały się jakieś jego złe obawy. A ja sama tak naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie chcę powrotu Moriarty’ego do naszego życia, ale też bardzo współczuję Tomowi, trochę wiem jak to jest, kiedy nie możesz być z kimś, kogo kochasz. I nie życzę tego najgorszemu wrogowi.
- Myślę, że…. – zaczynam ostrożnie – mógłbyś to zrobić dla brata…
- Nie, kochanie – przerywa mi nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Zmieńmy temat, dobrze?
- Ale… - upieram się, lecz Sherlock zamyka mi usta pocałunkiem i wszystkie słowa nagle jakoś gdzieś uciekają. Nie mogę się już skupić, nawet jakbym bardzo chciała. Tylko czy chcę?
- Ani słowa… - mamrocze cicho to moje kochanie, podczas gdy jego dłoń lekko głaszcze mój brzuch. Dobrze wiem, że zrobił to specjalnie, żebym się zamknęła, ale mimo to nie chcę, by przestał. Nie teraz, nie kiedy mi tak dobrze. Ale do tej rozmowy i tak wrócimy, ale to kiedy będziemy mniej zajęci.

Przeciągam się rano w łóżku i zaraz potem przewracam na drugi bok, by przytulić się do najdroższego męża. Wyciągam rękę, lecz natrafia ona jedynie na satynową, pustą poduszkę. A więc Sherlock już wstał. Cóż… Szkoda, bo tak lubię gdy po przebudzeniu przygarnia mnie do siebie i całuje w czoło. A najlepiej coś więcej.
No to chyba pora sprawdzić, która jest godzina, myślę i sięgam po komórkę na gustownej szafce nocnej z ciemnego drewna. Boże, już po dziesiątej? No to sobie pospałam… Dobrze, że dziś sobota, bo inaczej nieźle spóźniłabym się do pracy. Ale tak czy inaczej najwyższa pora wstawać.
Unoszę się na łóżku i widzę, że Alexa też nie ma w łóżeczku. No to pewnie bawi się w najlepsze z ojcem… Taa… Niewątpliwie Sherlock dał mu coś na szybko do jedzenia i zapomniał przebrać z piżamki, jak to on, ale to nic. Mały nie mógłby mieć lepszego taty.
Myśląc o mojej najcudowniejszej rodzince czuję miłe ciepło, powoli rozchodzące się po organizmie, i wstaję z łóżka, aż nagle z salonu dochodzą do mnie głosy rodziców Sherlocka. A więc mamy gości? Ha, mój mąż na pewno jest wniebowzięty!
W dobrym humorze idę do łazienki, gdzie szybko doprowadzam moją osobę do porządku, myję zęby oraz się ubieram, po czym idę do salonu, gdzie Alex już zabawia dziadków. Kątem oka widzę  Sherlocka, stojącego przy kuchennych szafkach i robiącego z poirytowaną miną herbatę.
- Dzień dobry, mamo. Dzień dobry tato – rzucam wesoło i podchodzę się przywitać z gośćmi.
- Cześć kochanie. Przepraszamy, że tak z rana, ale Mycroft i Greg pracują, więc nie mieliśmy  co robić – wyjaśnia od razu teściowa, całując mnie w policzek. - Jak się czujesz?
- Dobrze, dziękuję. Nie narzekam na nic jakoś szczególnie… I bardzo dobrze, że wpadliście, zapraszamy was zawsze.
- Mama!
Alex oczywiście przytula mnie, a ja z miłością całuję go w główkę. Dzieciątko moje najsłodsze.
- Jadłeś coś, kochanie? – pytam synka, akurat siedzącego z uradowaną miną na kolanach dziadka.
- Tak. Chlebuś z dźemikiem.
- No to dobrze – śmieję się, bo widzę, że Sherlock dziś się spisał jak nigdy. A mały nawet jest ładnie ubrany, w czerwoną bluzkę i granatowe spodenki.
Zostawiam synka z dziadkami i idę do kuchni, pomóc mojemu kochanemu detektywowi. Najpierw jednak na dzień dobry całuję go gorąco w te kuszące grzechem usta. Jak dobrze tak zapomnieć się i w nich utonąć.
- Zabiję Mycrofta – wyszeptuje mój nieznośny mąż. – Wymówił się pracą i przysłał ich tutaj, zapewne na złość mnie.
- Oj kochanie… – W rozbawieniu kręcę głową i pochodzę do jednej z szafek, by wyjąć jakieś ciastka. Kiedy ją już zamykam, dochodzi do moich uszu dzwonek komórki Sherlocka.
- Czego chcesz? – po jego niezadowolonym tonie wnioskuję, że to Mycroft. – I dzięki za wysłanie rodziców do nas z samego rana, tylko tego mi potrzeba. – Milczy przez chwile, słuchając ze zmarszczonymi brwiami brata. – Co?... Żartujesz, prawda?... Dobra, która to gazeta? I kto to…? – Zamyka oczy i wzdycha, w dodatku widzę, że jest zdenerwowany. – Dobra, dzięki.
- Kochanie, co się stało? – pytam od razu po skończonej rozmowie, przypatrując się uważnie Sherlockowi. Dobrze widzę, że pobladł, zacisną usta w dwie kreski, a jego oczy ciskają gromy. Sprawia wrażenie, jakby zaraz miał wybuchnąć. - Wyglądasz, jakby coś cię nieźle wyprowadziło z równowagi.
Rzuca mi niepewne spojrzenie, jakby wahał się, czy mi powiedzieć. Cóż, ja nie mam zamiaru odpuścić i po raz kolejny być wyłączona z biegu wydarzeń. Co to, to nie.  
 - Usiądź najpierw i daj mi chwilę – słyszę w końcu. Dobra, skoro już się zdecydował, to robię, co mi każe i zajmuję miejsce na najbliższym krześle, a Sherlock w tym czasie szuka czegoś w telefonie. Trochę to trwa, bo najpierw sam chyba tą rzecz sprawdza, ale czekam cierpliwie. Po jego minie jednak poznaję, że jest chyba gorzej, niż na początku myślał. – Tylko błagam cię, nie denerwuj się – mówi, czekając, aż kiwnę głową.
- No dobrze, nie będę – stwierdzam, wzruszając ramionami, i biorę od niego smartfona.
Widzę zaraz ekran z wyświetloną elektroniczną wersją The Sun. O co znowu chodzi z tym brukowcem? I dlaczego Mycroft dzwonił w tej sprawie do Sherlocka?
W nastepnej chwili jednak coś dostrzegam i telefon prawie wypada mi z ręki. Otwieram szerzej oczy, a potem zszokowana przyglądam się swojemu zdjęciu z przyjęcia w Pałacu Buckingham, kiedy to akurat wymieniłam parę słów z księciem Harrym. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, bo w wielu gazetach pojawiły się już jakieś moje z Sherlockiem pojedyncze fotografie i wzmianki, że mój mąż dostał order, gdyby nie wściekle czerwony, wielki tytuł artykułu pod zdjęciem.

Szokujący romans w wyższych sferach! Żona zdradza słynnego detektywa z księciem Harrym?

Sensacyjne wiadomości dochodzą nas z Pałacu Buckingham, gdzie to podobno plotkuje się o nowej miłostce księcia Harry’ego. Może nie byłoby w tej całej sytuacji nic szokującego gdyby nie fakt, że ową tajemniczą ukochaną jest żona Sherlocka Holmesa, znanego detektywa-konsultanta, który to niedawno został uhonorowany Orderem Imperium Brytyjskiego.
Kochankowie spotkali się trzy dni temu na przyjęciu w Pałacu Buckingham, gdzie Holmes odebrał odznaczenie, i nie byli w stanie ukryć, że coś ich łączy. Cały czas rozmawiali, flirtowali i bawili się ze sobą, co widać na załączonym zdjęciu, podczas gdy znany detektyw sam prowadził konwersację z resztą gości. W ten sposób świat dowiedział się o ukrywanym od jakiegoś czasu romansie.
Para podobno spotkała się pół roku temu i od tej pory widuje się w tajemnicy, tak, że nawet Rodzina Królewska nic nie wie o tym związku. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Anna Holmes jest w ciąży, więc chyba książę powinien się zastanowić czy to czasem nie jest jego potomek. W każdym razie nie zazdrościmy słynnemu detektywowi i mamy nadzieję, że wyjaśni sobie z żoną całą sytuację. Poza tym królowa Elżbieta na pewno nie będzie zadowolona, czytając o nowych wyczynach wnuka.

W kompletnym szoku przesuwam wzrok na zdjęcie ilustrujące, jak to zadowolona z życia oraz uśmiechnięta gawędzę z księciem Harrym. Pamiętam, że akurat wtedy chyba powiedział jakiś dowcip i pewnie dlatego chichotałam, a potem zaraz wróciłam do Oliviera i Sherlocka. Jezu, jak ktoś mógł wymyślić do tego taką nonsesowną historię? I jeszcze mało tego, ten artykuł sugeruje, że jestem z tym moim potencjalnym kochankiem w ciąży. Czyje to w ogóle wypociny?
Widzę imię i nazwisko i mało nie pękam ze śmiechu. Kitty Riley! Ta panna chyba nigdy się od nas nie odczepi. A teraz przegięła, i to bardzo. Robię się powoli coraz bardziej wściekła, więc chyba się doigrała i pożałuje.
- Ty wiesz gdzie ta krowa mieszka, prawda? – syczę cicho do Sherlocka, żeby jego rodzice nie słyszeli. Boże, mam nadzeję, że nigdzie nie natknęli się na tę gazetę.
- Wiem, ale nie sądzę, że to dobry pomysł, żebyś tam jechała. Tylko się jeszcze bardziej zdenerwujesz. Najlepiej sam to załatwię – ściska uspokajająco moją dłoń.
- Będę się denerwować siedząc bez ciebie w czterech ścianach, a jak jej nawrzucam to mi przynajmniej przejdzie! - ucinam i szybko wstaję z krzesła. – Jadę tam i się nie sprzeczaj ze mną!
 - Ale z ciebie uparciuch – Sherlock lekko się uśmiecha. – No dobrze, ale jadę z tobą i musisz mi obiecać, że nie będziesz się unosić. Chociaż piękna jesteś, jak się złościsz.
- Niech ci będzie – nie mam raczej wyboru, no i wiem, że takie silne emocje źle oddziaływają na dziecko. Dla dobra maleństwa muszę nad sobą panować.

Kitty otwiera drzwi, a widząc nas uśmiecha się drwiąco. Ta jej pełna zadowolenia mina i głupie warkoczyki od razu wyprowadzają mnie z równowagi, więc dla uspokojenia łapię Sherlocka za rękę.
- Kitty, Kitty – kręci głową mój mąż. – Nieładnie wypisywać takie kłamstwa. I myślisz, że ujdzie ci to na sucho? Chcesz przez to zrobić karierę w czymś innym niż jakimś głupim brukowcu?
- Również. Chociaż mała zemsta też dała komuś niezłą satysfakcję – rzuca i chce zamknąć drzwi, ale Sherlock przytrzymuje je i blokuje nogą.
- Zemsta? – pyta ostro? – Co masz na myśli? I kogo?
- Pogadaj ze swoją byłą to się dowiesz. To była głównie jej inicjatywa.
Z Janine? Och, a więc to ona stoi za ta całą żenującą akcją? No pięknie, tylko tego nam brakowało: użerania się z wciąż obrażoną Janine.
- A pogadam – rzuca wściekle mój mąż. – I ostrzegam, tym razem chyba się doigrałaś. Uważaj, Kitty, bo teraz już wkroczyłaś dodatkowo na teren rodziny królewskiej i coś czuję, że oni chyba tak tego nie zostawią – odsuwa nogę, a Kitty, nawet na nas nie patrząc, zatrzaskuje drzwi.
- Chodź, jedziemy… - zaczyna Sherlock i bierze mnie za rękę, ale w tym momencie dzwoni mu telefon, co powoduje, że przewraca oczami, ale odbiera.
- Tak, John? – po krótkiej chwili mina mojego męża robi się dziwnie poważna, a mnie przechodzi dziwny dreszcz. Coś się dzieje. – Możemy przyjechać?... Dobra, to za chwilę będziemy – kończy i zwraca się do mnie. – Emma zmarła.

Wpuszcza nas zmartwiona Mary i od razu mówi, że czekali na nas.
- Jeszcze nie powiedzieliśmy Timothy’emu – wyjaśnia. – Bawi się teraz z Lily u niej w pokoju. Troszkę nie wiemy, co robić.
- Będzie dobrze – pocieszam ją, kiedy wchodzimy do jasnej kuchni, gdzie blady John pije herbatę.
- Cześć – mówi, a ręce mu troszkę drżą. – Dzięki, że przyjechaliście.
- Daj spokój. Od tego jesteśmy – uśmiecham się do niego, zajmując jedno z krzeseł. – Trzeba powiedzieć chłopakowi.
- Wiem, wiem – John ciężko wzdycha. – Tylko nie mam pojęcia jak. Wiem, że jestem lekarzem i powinienem być zaznajomiony z takimi sytuacjami, ale kurcze tu chodzi o mojego syna.
- Wiesz, ja myślę, że on już od jakiego czasu jest w pewnym sensie na to przygotowany. Wiedział w jakim Emma jest stanie i chyba pogodził się z tą całą sytuacją.
- Anna ma rację – Sherlock kładzie Johnowi rękę na ramieniu. – To bystry, silny i inteligentny chłopak. Poradzi sobie z tym, w dodatku ma was. I myślę, że powinieneś zrobić to teraz. Zawołaj go.
John jednak nie musi go wołać, bo Timothy w tej chwili wchodzi do kuchni.
- O, dzień dobry. Lily chce sok – chłopak nagle przygląda się nam uważnie, a potem patrzy z niepokojem na ojca. – Ukrywasz coś. Wszyscy coś ukrywacie.
John patrzy na nas zagubionym wzrokiem, jak mysz złapana w pułapkę, i nic nie mówi.
- Chodzi o mamę, tak? – dopytuje się Timothy,  głos ma już lekko wystraszony. - Coś się stało, tak? Powiedz!
- Twoja mama… Timothy, twoja mama umarła godzinę temu.
Przez moment nikt nic nie mówi, czuć tylko napięcie w powietrzu i słychać zegar kuchenny na jednej z żółtych ścian, az do momentu kiedy Timothy ze zwieszoną głową odwraca się i idzie w stronę swojego pokoju. John od razu wychodzi z kuchni za nim, a Mary wygląda nagle na strasznie zmęczoną, jakby najchętniej położyła się zaraz spać.
- Kochana, jak się czujesz? – pytam z troską przyjaciółkę.
- Zmęczona, przecież wiesz jak to jest w ciąży – Mary smutno się uśmiecha. – A tak to dobrze. Zrobić wam herbaty?
- Nie, dzięki – macham ręką. - Chyba w sumie najlepiej będzie jak już pójdziemy, wiesz…. Powinniście teraz spokojnie pogadać z chłopakiem i nie chcemy przeszkadzać. Chyba, żeby ci w czymś pomóc?
- Dziękuję, ale myślę, że sobie poradzimy. A jak nie, jesteście pierwszymi osobami, do których zadzwonimy. I wtedy się nie wywiniecie – mówi i zaraz czuję jej ciepły uścisk.

Wracamy do domu od Watsonów. Mały i rodzice Sherlocka jeszcze nie wrócili, zapewne trochę im zejdzie, bo poszli do Zoo. Alex z pewnością ma ubaw, chociaż nie wiem czy już wszystko do końca rozumie.
- Cóż… - mówi mój mąż, kiedy siadam na kanapie. – Jedno trzeba przyznać. Chłopak jest bystry. Przynajmniej nie wdał się w ojca.
- Sherlock! – mówię karcąco i patrzę na niego z naganą. – Jak możesz!
- No dobra, przesadziłem, przepraszam. Nie mówmy już może o tym, co? I patrz, nie ma nikogo, mamy na chwilę spokój – śmieje się Sherlock, zaraz też mnie obejmuje i zaczyna całować, napaleniec jeden. No dobra, tak naprawdę to ja nie jestem lepsza. Przesuwam się szybko na jego kolana, przyciągając go jedną ręką, a drugą wplatając mu we włosy.
- Kochanie… -  mówię nagle, bo coś mi się przypomniało. – A ty wiesz, że za trzy dni mamy wizytę u lekarza? Jak dobrze pójdzie dowiemy się już czy to chłopiec czy dziewczynka.
- Jak cię znam – wyszeptuje mój mąż, całując mnie w ucho – masz już swoje przeczucia i wybrane imię.
- Skąd wiesz? – zaczynam chichotać. Jak on dobrze mnie zna, kochany mój. Oczywiście, że intuicja podpowiada mi co nieco, i zwykle to się potem sprawdza, tak jak w przypadku Alexa. No a tym razem… Zobaczymy.
- Och kochanie, nawet nie wiesz jak dobrze cię znam. Chociaż nie ukrywam, że chciałbym cię poznać jeszcze lepiej – mówi, a na moich ustach pojawia się przebiegły uśmiech. – No to słucham informacji na temat naszego drugiego dziecka.
- O nie, nic nie powiem – kręcę głową, jednocześnie kładąc dłonie na klatce piersiowej Sherlocka i powoli przesuwając je w górę, ale on od razu je odsuwa.
- Powiesz – uśmiecha się jadowicie. – Inaczej gorzko tego pożałujesz.
- Jak obudzisz Jima – wracam bezlitośnie do niewygodnego tematu. Tego mu nie odpuszczę, nie mam serca, bo smutny Tom wciąż mi siedzi w głowie.
- A ty wciąż to samo! Co za uparta kobieta! – mamrocze i zaczyna mnie łaskotać, jednocześnie przytrzymując za ramiona. Ja oczywiście po chwili nie mogę już wytrzymać i od razu się poddaję.
- Dobra, powiem, powiem – ocieram sobie łzy z oczu. – Ale to nie fair, wiesz?
W ramach odpowiedzi Sherlock obdarza mnie gorącym pocałunkiem, więc na chwilę tracę kontakt ze światem. Kiedy w końcu ponownie go odzyskuję, widzę, że mój mąż wpatruje się we mnie wyczekująco, więc nachylam mu się do ucha i opowiadam o swoich przypuszczeniach.
- No, ta wizja, jaką przede mną roztaczasz całkiem mi się podoba. – Gdy kończę dostaję buziaka w czoło. – Imię również.
Och jak dobrze. Chcę go pocałować, ale w tym momencie słyszę kroki dwóch osób na schodach. Kogo to nosi?
Z niezadowoloną miną wstaję mu z kolan i ledwo zdążam poprawić bluzkę, kiedy ktoś puka do drzwi. Ktoś, to znaczy na pewno pani Hudson, podejrzewam, że z klientem.
- Proszę!
Wchodzi nasza gospodyni, lekko zmieszana, a za nią, ku naszemu zdziwieniu, Janine. Na widok tej drugiej ciśnienie momentalnie mi skacze, a oczy chyba zaczynają ciskać gromy niczym piorun Zeusa. Czuję się trochę jak marionetka, gdy odruchowo wstaję na nogi, które zaraz niosą mnie powoli do Janine. Mam wielką ochotę powyrywać tej zołzie kudły z głowy i robię to, kiedy tylko moje ręce są na tyle blisko, żeby jej dosięgnąć. Ona wprawdzie wrzeszczy i broni się, ale zaraz ląduje na dywanie, a ja na niej, dalej trzymając ją za włosy i drapiąc paznokciami.
W oszołomieniu mrugam oczami i wizja znika. Dalej jednak widzę w naszym salonie Janine, w jeansach i białej bluzce, z czarnymi włosami i brązowymi oczami.
- Macie gościa… - słyszę lekko zdenerwowany głos pani Hudson, a zaraz potem nasza gospodyni znika za zamkniętymi drzwiami. Zostajemy sami we trójkę i przez chwilę panuje głucha, krępująca cisza.
- I jak wam się podoba moja niespodzianka? Chyba jeszcze bardziej się postarałam, niż ostatnio – wzdycha w końcu Janine, uśmiechając się do nas słodko. Dziwne, ale kojarzy mi się w tej chwili z modliszką, która właśnie zjadła swojego partnera.
- Nadzwyczaj jadowita – rzuca ostro Sherlock i wstaje z kanapy. W oczach zapala mu się już złowrogie światło, a głos drży od powstrzymywanej wściekłości.
- Możesz mi do cholery powiedzieć dlaczego? – Chciałam milczeć i się do niej w ogóle nie odzywać, ale jednak nie jestem w stanie. – Co ja ci zrobiłam?
Sherlock chyba wyczuwa jak bardzo jestem zdenerwowana i kładzie dłonie na moich ramionach. Trochę pomaga, w każdym razie nie odczuwam już tej okropnej chęci rzucenia się na tą pannę.
- Zaraz ci powiem dlaczego – słyszę zza pleców głos męża. – Nie może pogodzić się z odrzuceniem oraz z tym, że ją wykorzystałem, chociaż tyle czasu już minęło. Najwyraźniej wciąż coś do mnie czuje, nie daje jej to spokoju i myśli, że taka zemsta przyniesie jej ulgę i pewną satysfakcję. Poza tym ma nadzieję, że jeszcze trochę na tym zarobi. No i ta zazdrość… Kocham ciebie, a nie ją. - Janine zaczyna się wyniośle śmiać, co ma chyba znaczyć, że słowa Sherlocka nieźle ją bawią, ale ja dobrze widzę po tych jej ciemnych oczach, że jest inaczej. Wnioski mojego męża są do bólu prawdziwe i robi mi się tej kobiety żal. Utknęła w pułapce własnych uczuć. - Nie mogłaś się powstrzymać, co Janine? Wiedziałaś, że Kitty wiele by dała za złośliwy artykuł na mój temat, więc podsunęłaś jej pomysł. Tylko, że przesadziłaś. Weszłaś na moją rodzinę, a to nie wyjdzie ci na dobre. Mnie możesz atakować ile chcesz za to, co ci zrobiłem, ale od nich powinnaś trzymac się z daleka, bo działa to na mnie jak płachta na byka.
- I co, grozisz mi? – Janine przewraca oczami.
- Tylko ostrzegam. Lepiej, żebyś się postarała o wycofanie tych bzdur, bo inaczej sam zacznę działać. A chyba nie chcesz mieć kłopotów ze strony MI6?
Janine patrzy na mojego męża z nienawiścią, a ja słyszę odgłos otwieranych drzwi. Podejrzewam, że to rodzice Sherlocka z małym, i się nie mylę, bo zaraz do salonu wpada Alex z pluszowym lwem w ramionach. Widzi gościa i na chwilę się zatrzymuje, a potem lekko onieśmielony podchodzi do mnie, więc biorę go na ręce.
- Mama, byłem w zio – mówi, tuląc się, i w tej chwili pojawiają się moi teściowie, przez co sytuacja robi się jeszcze bardziej niezręczna.
- Wiem, synku. I jak, podobało ci się?
- Tak. I mam lewa.
- Lwa, kochanie – uśmiecham się, kiedy mały tuli do siebie zabawkę.
- Ja już pójdę.
To Janine. Chyba nie wie, co w tych okolicznościach ze sobą począć, więc po prostu wychodzi z pokoju. Patrzę na Sherlocka, który odprowadza ją zimnym wzrokiem, z groźną miną na tej cudnej twarzy. Ciekawe czy serio zamierza spełnić swoje groźby? Ja na pewno, w razie, gdyby Janine nie postarała się o wyjaśnienie całej tej sytuacji, nie zamierzam pozwolić mu na nic radykalnego. W sumie to tylko głupi artykuł.
- Mamo, tato, bardzo dziękujemy za opiekę nad tym urwisem – mówię jak gdyby nigdy nic. – Teraz siadajcie, zrobię coś do picia i jedzenia, żebyśmy mogli sobie spokojnie porozmawiać.

Budzę się następnego dnia rano z jakimś niepokojem w duchu, ale zaraz to tłumię, uznając, że sama sobie chyba wymyślam problemy. Alex jeszcze śpi, więc cicho zamyka  drzwi i idę sprawdzić, gdzie jest Sherlock.
Akurat wychodzi z kuchni, niestety strasznie wkurzony. Kładzie z irytacją telefon na biurku, a potem zaczyna chodzić nerwowo po salonie.
- Co jest? – pytam i przytulam się do niego, jednocześnie wyczuwając, że jest strasznie spięty.
- Mycroft, kolejny umiłowany obrońca Moriaty’ego. Nie wiem czy przez ten ślub tak mu padło na mózg, ale martwi się o Toma aż do przesady. Myślałem, że chociaż on będzie mądrzejszy i nie będzie mi truł, ale najwyraźniej myliłem się.
Nie podoba mi się ton głosu, jakim to powiedział. Podnoszę głowę i patrzę na niego z wyrzutem.
- Proszę, nie mów w ten sposób… Twój brat kocha i cierpi, powinieneś próbować go zrozumieć. Może jednak… Może jednak byś się jeszcze raz zastanowił nad tym wybudzeniem? Proszę, zrób to dla Toma… I dla mnie, bo nie mogę patrzeć jak się męczy.
- Na miłość boską… - syczy i odsuwa mnie od siebie. - Nie! Dość mam tego tematu i wbij to sobie do głowy, bo nie zamierzam cię więcej słuchać, jasne? W dupie mam Jima, Toma i to gadanie, jaki to teraz piękny związek tworzą! - patrzy na mnie wściekły, a ja próbuję otrząsnąć się z szoku po tym wybuchu. Pierwszy raz odkąd jesteśmy ze sobą Sherlock podniósł na mnie głos, nie krzyczał nawet kiedy był w tym strasznym stanie po „śmierci” Toma. Nie mam jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo słyszę, że mały zaczął płakać. 
- Obudziłeś Alexa, gratulacje – mi nerwy też powoli puszczają kiedy z bólem w sercu odwracam się, by iść do synka.
- Cóż, w takim razie może najlepiej wyjdę!

- Proszę bardzo! – cedzę wściekle i wchodzę do sypialni, a kiedy biorę zapłakanego Alexa na trzęsące się ręce dochodzi do mnie odgłos zatrzaskiwania drzwi i mam ochotę rozszlochać się jak mój synek.