sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział 50: Gorycz

(No to cudeńko od Joasi <3 )

        "Kiedy z serca płyną słowa 
         Uderzają z wielką mocą 
         Krążą blisko wśród nas ot tak 
         Dając chętnym szczere złoto

         I dlatego lubię mówić z Tobą 
         I dlatego lubię mówić z Tobą 

        Każdy myśli to co myśli 
        Myśli sobie moja głowa 
        Może w końcu mi się uda 
        Wypowiedzieć proste słowa 

        I dlatego lubię mówić z Tobą 
       I dlatego lubię mówić z Tobą"
        Akurat - Lubię mówić z Tobą 


- Cała rodzina królewska jest dumna z tak wzorowego obywatela. - powiedział Mycroft rozsiadając się wygodniej w fotelu. - Nawiasem mówiąc, nie będzie problemu z obywatelstwem dla Anny.
- Nie potrzebuję go! - zawołała z kuchni moja ulubiona blondynka, po czym wychyliła głowę zza framugi, mrugając do mnie pięknym okiem.
- Premier nie jest zadowolony z faktu, że w twoich dokumentach paszportowych widnieje narodowość polska. Nie dbam osobiście o jego samopoczucie psychiczne względem pewnej grupy mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, ale bardziej chodzi o samo zmienienie torów posądzania ich o wszystkie katastrofy. Bądź tak dobra i przyjmij je z pokorą, proszę. To dla mnie ważna sprawa, a przynajmniej wagi rodzinnej, w końcu nosisz nazwisko Holmes.
- Dawno nie słyszałem w twoim głosie takiego tonu, bracie. - roześmiałem się trochę ironicznie. - Widzę, że związek dobrze ci służy.
- Nie mówimy teraz o mnie tylko o was i tym, że jesteście teraz na świeczniku wszystkich, a przede wszystkim prasy. - mruknął znudzony, chwytając filiżankę w dłonie. Od niechcenia też, postanowił zmienić temat, jakby wiedział dobitnie, że Anna zrobi to, co oznajmił. - Rozmawiałem z pewnymi ludźmi w Irlandii. Kobieta postanowiła odwiedzić jednego z naszych agentów.
- Nie interesuje mnie Kobieta. - odparłem, ziewając przeciągle. - Wybacz, ostatnio jestem trochę przepracowany.
- Albo zaabsorbowany ćwiczeniem Kamasutry. - dodał kąśliwie mój brat, ale widząc minę mojej pięknej żony natychmiast przestał ironizować. - Wracając... Powiedzmy, że mamy kilka ciekawych informacji na temat pobytu Elise i to dzięki Dominatrix. Oczywiście nie spodziewałem się takiej otwartości ze strony tej pięknej damy, ale uściśliła, że chodzi tylko o ciebie.
- Ach, to. - bąknąłem tylko i wróciłem do myślenia.
Miło ze strony Irene, że pamięta jeszcze o mnie i tym, by w jakiś sposób odpłacić za wielki dług, jakim była w tej chwili obarczona, bo to, co zrobiłem miało na celu tylko jedno; pokazanie, że ona jest przegrana. Może i byłem okrutny, ale tak właśnie trzeba prowadzić grę; cios za cios, myśl za myśl, tchnienie za tchnienie, bo rozgrywka trwała do końca mojego życia, oczywiście tak myślałem wtedy i nadal tak jest, nie można po prostu przestać i uciec w ostatniej chwili, bo wtedy wiałoby nudą.
- A co z Moriartym? - zapytał nagle, przywracając mnie tym na ziemię. - Wynalazłeś już antidotum?
- Nie i nie zamierzam. Po tym wszystkim marzę tylko, by zdechł i nie zrobię tego dla czyjegoś widzi mi się, bo nie po to jestem detektywem konsultującym. Ja walczę ze złoczyńcami, a nie ich ratuję. - mówiłem coraz bardziej rozgniewany. - Musisz przyjąć to do wiadomości, bo... ja. Nie. Pomogę.
- Rozumiem, że zepsuliśmy ci tym wszystkim humor, ale...
- Humor? - wysyczałem i nagle poczułem, że dłoń Anny zostaje położona na ramieniu, by mnie uspokoić, lecz nie wiem, czy mogłoby to pomóc w takich warunkach. - Przez rok udawaliście, że... Myślisz, że potrafiłem sobie z tym poradzić? A nasi rodzice? Matka przeżyła to jeszcze bardziej niż ja, ojciec nie tylko do ciebie dzwonił w tej sprawie.
- Ale potem wyznałem im wszystko. - wyznał nagle, na co zerwałem się z fotela wydając z siebie coś na kształt warknięcia.
- To dlatego... - mamrotałem. - Idiota ze mnie. Mogłem od razu pojąć...
- Kochanie, co się dzieje? O czymś nie wiem?
Uderzyłem ze zdenerwowania pięścią w przerwę między futrynami, aż drewno niebezpiecznie zaskrzypiało pod wpływem mojego ciosu. Nie wiedziałem, jak mam to wszystko pojąć. No tak, Sherlock imbecyl nie musi wiedzieć wszystkiego, bo i po co, ma piękną żonę, syna i nic nie powinno zaprzątać jego bezsensownej głowy, bo mógłby jeszcze wpaść na karkołomny pomysł, by wydać ich bzdurny sekret.
Na dodatek pytanie Anny o to, co dokładnie jest teraz na topie w naszej pochrzanionej w rodzinie. To co zwykle, kochanie; morderstwa, oszustwa i tony głupoty, bo tego nie da się inaczej określić. Co ja miałem powiedzieć mojej ciężarnej żonie? Że kochany brat, który dostał kulę w łeb żyje i ma się dobrze, tylko nie psychicznie, bo czuwa przy swoim ukochanym psychopacie, czekając tylko aż się wybudzi.
- Nie mów, że zataiłeś przed nią ten fakt. - powiedział Mycroft, nie dowierzając.
- A co miałem zrobić? - wydarłem się na całe mieszkanie i pożałowałem od razu, bo zbudziłem Alexa z popołudniowej drzemki. - Anna spodziewa się dziecka, nie mogę pozwolić, by cokolwiek ją niepokoiło.
- Idę do małego, a potem mi wszystko wyjaśnisz. - zarządziła, a mnie opadły ręce.
Gdy wyszła do pokoju, pomyślałem, że teraz dopiero rozpęta się piekło, bo moja żona mi tego po prostu nie wybaczy. Siadłem z powrotem na fotelu i zatapiając ciało w skórzanym obiciu, zakryłem twarz dłońmi. Spieprzyłem sprawę i to konkretnie, ale nie mogłem inaczej, bo jak miałem powiedzieć tę "nowinę", skoro sam nie przyjmowałem tego do wiadomości, a nawet nie akceptowałem. Tak czasem jest, że życie musi spłatać figla człowiekowi, który zaczyna przyzwyczajać się do faktu, iż ktoś bliski jest na tamtym świecie i w tym momencie kiedy już jest w miarę dobrze następuje kolejne odsłonięcie kart.
- Nie jestem z siebie dumny, że zrobiłem ci takie świństwo. Przepraszam z całego serca. Nie wiedziałem, że było aż tak źle, ale widać tak. - mruknął mój brat z dziwaczną nutą w głosie. - On potrzebuje Jima... Dla mnie to też nie jest normalne, ale czy my kiedykolwiek byliśmy?
- Raczej nie. - roześmiałem się cicho i właśnie w tym momencie spadł mi wielki kamień z serca.
Byliśmy przecież braćmi i żaden z nas nie pozwoliłby na skrzywdzenie drugiego. Mogłem domyślić się od początku, że Mycroft postąpi w taki sposób, ale emocje wzięły górę nad rozumem, a były one zgubne do tego stopnia, że zacząłem niszczyć siebie i rodzinę, i mało brakowało do zupełnej katastrofy. Nie czas na rozpamiętywanie złośliwości czy niefortunnych wyborów, tylko na działanie.
- No to, o co dokładnie chodzi, Sherlocku? - zapytała  moja żona gdy wróciła do salonu.
Wziąłem głęboki oddech, by samemu przełknąć prawdę, po czym patrząc w te piwne oczy otworzyłem usta, chcąc ją wyznać, ale nieoczekiwanie w progu pojawił się nie kto inny, jak obiekt naszego tematu. Zdziwiony, otworzyłem lekko usta nie mówiąc praktycznie nic, bo nadal nie mogłem przyzwyczaić myśli, że ten człowiek chodzi po ziemi.
- Thomas? - wyszeptała z szeroko otwartymi oczyma, a następnie zaczęła osuwać swoje wątłe ciało na dywan.
Nie zdążyłem jej złapać, ale zrobił to mój kochany młodszy braciszek, za co byłem mu wdzięczny, bo przecież mogła zrobić sobie wielką krzywdę. Widziałem jego taksujące spojrzenie, a potem zrozumienie, ale zaraz niebieskie oczy spoczęły na mnie, jakby obwiniając o wszystko i wtedy zrozumiałem, że musiało wydarzyć się coś złego.
Podszedłem szybko, by zacząć cucić Annę, a Thomas pomógł mi przenieść ciało ukochanej na kanapę. Mycroft patrzył na tę scenę z konsternacją i jakby zamyśleniem, ale nie wyrzekł do nas ani słowa. Osobiście byłem mu za to niezmiernie wdzięczny, bo naprawdę chciałem uniknąć jego zjadliwych komentarzy, a niewątpliwie takie by były, znając mojego uroczego brata.
Zbadałem puls mojej żony i już spokojny czekałem aż odzyska świadomość, co stało się niewiarygodnie szybo, jak na nią. Chwyciła dłoń, którą wysunąłem, a ona popatrzyła na mnie, jakby potrzebowała pomocy, lecz nie miałem pojęcia, co mam uczynić, by była spokojna.
- Kochanie, ja śnię, prawda? - zapytała bardzo słabym głosem.
- Nie skarbie. Thomas żyje i ma się dobrze.
- Ale... - mruknęła już bardziej trzeźwo, a w oczach tej pięknej istoty zabłysły łzy. - Ale ja widziałam przecież... Śnił mi się do cholery!
- Wiem księżniczko. - odparłem pewnie i przytuliłem do siebie, by jakoś ją uspokoić. - Już dobrze kochanie. Wiem, że to dla ciebie szok i sen zapewne dał ci dowód, ale tak czasem jest, że nasze głowy produkują rzeczy zupełnie bezsensowne. To nieuniknione przy dużych wstrząsach.
- Nie gadaj mi tutaj głupot, Sherlock! Ja wiem, co widziałam! Może mi jeszcze powiesz, że to z Moriartym sobie wymyśliłam?!
- Proszę, nie denerwuj się, Anno. - powiedział mój brat szczerze zmartwiony. - Nie powinnaś w takim stanie ulegać stresom.
- Nie pierdol. - warknęła po polsku, na co wszyscy zrobiliśmy zdziwione miny.
Ja i Mycroft zrozumieliśmy od razu, ale Tom potrzebował mojego tłumaczenia, co spowodowało u niego bardzo nieszczęśliwą minę i spuściwszy wzrok, wbił go w buty. Szczerze mu teraz współczułem, bo wiedziałem, że Anna nie odpuści mu tak łatwo. Oczywiście postanowiłem, że postaram się, by jakoś to przełknęła, ale nie liczyłem na skutek mych działań.
- Anno... Proszę cię, nie miej mi za złe. Chciałem was chronić i w pewien sposób mi się udało, ale nie wiedziałem, że wyniknie z tego to, co jest teraz.
- Nie chcę tego słuchać, idioto. - wysyczała. - Lepiej się wynoś, bo uwierz, że nie ręczę za siebie.
- Nie, kochanie. Powinniście porozmawiać, a najlepiej jeżeli nie będzie nas w tym pomieszczeniu. - wyszeptałem jej do ucha. - Będziemy w kuchni, tak na wszelki wypadek, jakbyś źle się poczuła.
Moja żona po dłuższym zastanowieniu i ciskaniu gromów piwnymi oczyma, kiwnęła głową na zgodę, a my wyszliśmy, by mogli wyjaśnić sobie kilka spraw. Czułem, że Tom potrzebuje podzielić się z kimś swoimi rozterkami, ale nie mogliśmy być to my z oczywistego powodu; nie byliśmy Anną, bo to z nią miał lepszy kontakt niż z nami.
Westchnąłem cicho, patrząc na Mycrofta. Miał jak zwykle nieprzeniknioną twarz, ale wiedziałem, że coś go ryzie, bo przez to oblicze przechodziły dziwne, ponure cienie. Nie rozumiałem dlaczego, ponieważ miał teraz wszystko, czego może chcieć facet jego pokroju. Pracę, która dawała mu poczucie władzy, co najbardziej lubił, pieniądze, choć to raczej nudziło po godzinie, no i Lestrade'a, na którym zależało mu bardziej niż na nikim innym. Skąd wiedziałem to ostatnie? Proste, ten sopel lodu nigdy nie pozwalał sobie na romanse, nigdy nie widziałem go bardziej żywego niż teraz no i ostatnia rzecz. Mój brat zwykle się nie przejmował moim losem, a teraz zmienił nastawienie o sto osiemdziesiąt stopni.
- Co jest? - wyszeptałem, choć w pokoju obok nadal wiało grobową ciszą.
- A musi coś być, bym nie miał zmartwień? - odparował zdumiewająco szybko.
- Przecież nie pomieszałeś skarpetek. - prychnąłem z wyższością. - Mów mi tutaj zaraz, bo coś czuję, że to poważna rzecz.
- Ja... - za jąkał się pierwszy raz po wielu latach, na co otworzyłem szerzej oczy. - Ja nie jestem pewien, co ze mną. Nie wiem czy chcę tego wszystkiego. Wyższego stanowiska, nowego mieszkania... ślubu. - ukrył twarz w dłoniach, oddychając głęboko. - Gdy byłem sam, nie musiałem myśleć o tych bzdurach.
- Ach, no tak. Teraz już wszystko rozumiem. - rzekłem, posyłając mu wyrozumiały uśmiech. - Kochasz, mój drogi bracie i nie jesteś pewien, co robić dalej. Jest na to tylko jedna rada, ale wątpię czy przyjmiesz ją z ust młodszego brata.
- Jaka? - zapytał równie szybko, jak poprzednio z definitywną nadzieją w głosie.
- Żyj. Tylko to i nic więcej.
Popatrzył na mnie głupio i trochę jakby z sarkazmem, który bił zwykle od niego w całej okazałości, ale zaraz na jego twarzy zagościł wielki uśmiech, a moje uszy zarejestrowały najcichsze podziękowanie w życiu. Następne zdanie nie padło już z jego ust, co mnie bardzo ucieszyło. Anna postanowiła wysłuchać tego, co ma do powiedzenia Tom.
- To co masz mi do powiedzenia, tępaku? - zapytała z jadem w głosie.
- Po pierwsze, że przepraszam, a po drugie, że miałem wrócić po wszystkim. Oczywiście udało się, ale nie brałem pod uwagę Elise.
- Co ma z tym wspólnego twoja była? A czekaj, Sherlock mi mówił. Dostała kota po twojej "śmierci".
- Mniej więcej, ale proszę, wysłuchaj mnie od początku. - powiedział błagalnie i nastała cisza, którą przerywało tylko tykanie zegara. - Przyjechałem tutaj na prośbę Mycrofta, ponieważ miał wielki problem z Aum Shin Rikyo. Poprosił mnie, bym przeniknął w ich kręgi i zdobył jak najwięcej informacji na temat nowej organizacji przestępczej, która została utworzona. Z jakiegoś powodu MI5 nie mogło do nich dotrzeć w konwencjonalne dla agencji sposoby więc pozostałem tylko ja, a miałem za zadanie wyciągnięcie od ich przywódcy największego zasobu danych, jaki tylko zdołam, lecz tutaj sprawy się mocno komplikują.
- Jak to?
- Poznałem szefa dużo szybciej niż mógłbym przypuszczać, Anno i to w bardzo zwykłych okolicznościach. - odparł trochę zasępiony, a ja zrozumiałem o kim mówił. To rzeczywiście był przypadek. - przemknęło mi przez myśl, ale postanowiłem słuchać dalej, bo jego głos jakby zmiękł i przybrał na barwie zupełnie mi nieznanej. - Akurat padał okropny deszcz więc postanowiłem schować się w sklepie. Byłem już kompletnie przemoczony do suchej nitki i mogłem podziękować kochanemu bratu, że musiałem wrócić do tego przeklętego kraju właśnie w czasie koszmarnych ulew. Deszcz deszczem, ale poprzedniego dnia miałem powiedzmy, że imprezę zorganizowaną przez kolegów ze studiów więc postanowiłem kupić tę nieszczęsną wodę i wtedy spotkałem Jima.
Mój brat roześmiał się niczym nastolatek, a mnie pozostało tylko westchnąć, bo wiedziałem już do czego będzie zmierzać opowieść mojego brata. Nic nie mógł zrobić z tym, że się spotkali i od razu zaskoczyło, a miał być to dopiero początek zajść, jakie nastąpiły w jego życiu. Tylko dlaczego swoje uczucia ulokował właśnie tam, gdzie powinien uciekać? Nie miałem pojęcia i szczerze mówiąc bałem się usłyszeć prawdę z jego ust.
- Nie wiem, co mi się stało, ale coś kazało pójść za nim i porozmawiać od tak, dla zwykłej przyjemności, bo mocno zaintrygował swoją osobą. Od pierwszego spojrzenia wiedziałem, że to raczej niezwykły przypadek, bo żaden informatyk nie chodzi na bankiety specjalne dla osób o znacznym statusie społecznym, a powiedział mi o tym tylko jego wygląd.
- Ty potrafisz dedukować w takim razie. - skwitowała Anna przyjmując to chłodno do wiadomości. - Tylko nie wiem, po co mi to mówisz, bo raczej nie jestem zainteresowana twoimi romansami.
- Jednak to część tego, co działo się później i chcę byś wiedziała. - odparł skromnie, dalej snując swą opowieść. - Po pierwszym naszym spotkaniu, które zaowocowało wystawieniem siebie na całkowite odsłonięcie i wymianą numerów, kolejną rzeczą jaką chciałem zrobić było odwiedzenie Sherlocka, jednak jego ciężko złapać, jak zwykle z resztą. Wtedy też poznałem ciebie, dziewczynę, która okazała się narzeczoną mojego brata, na co odpowiedziałem wielkim entuzjazmem. Musiałaś pewnie być bardzo przestraszona, że zauważyłaś kogoś o znajomym wyglądzie, zupełnie go nie rozpoznając.
- I byłam! Nie wiem, jak ale czułam, że to nic dobrego i jak widać z perspektywy czasu miałam rację.
- Nie mów tak, proszę. - Tom jakby posmutniał, co mnie wcale nie zdziwiło. - Ja naprawdę nie miałem wyboru. Mycroft dał mi tę złudną nadzieję, że mógłbym jakoś wszystko odkręcić z Elise, ale chyba dobrze, że tego nie zrobiłem. Tak czy inaczej, po całej hecy nasz kochany tajniak pokazał mi kogo mam wziąć pod włos, ale wtedy dostałem kociego rozumu i wyszedłem bez słowa z Klubu Diogenesa. Kilka dni później, bijąc się z myślami postanowiłem, że wyjadę, bo nie mogłem dokonać czegoś takiego osobie, która już wtedy zaczęła coś znaczyć. Ja wiem, że brzmi to co najmniej śmiesznie, ale Jim już wtedy... Ech. Odwołałem spotkanie i kupiłem bilet na lot powrotny, ale nie spodziewałem się, że znajdzie mnie tak szybko. On po prostu... Nie wiem, jak to nazwać, ale on mną zawładnął i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niemożliwe, prawda?
- Nie powiedziałabym. Miałam do czynienia z jego podłą naturą.
- Anno, Jim nie jest zły.
- Nie jest zły? - wrzasnęła z furią, ale jęknęła i już miałem zamiar biec, by sprawdzić, co jest nie tak, ale po chwili dodała: - Nic mi nie jest. Ty chyba nie wiesz, co mówisz, Tom. Twój kochaś jest winien wielu nieszczęść i wcale nie przesadzam, bo miałam okazję poczuć jego chore myśli na własnej skórze.
- Nie to miałem na myśli, Anno. - mruknął cicho, jakby skrzywdzony. - On potrafi być naprawdę kochany i nie mówię teraz tylko o sobie. Raz mu się zdarzyło bawić z dziećmi i jakoś nie widziałem w nim wtedy zła, które zwykle sobą reprezentuje.
- Nie ściemniaj mi tutaj. - warknęła zupełnie wyprowadzona z równowagi. - Nie obchodzi mnie Moriarty i jego wzniosłe uczucia, bo ich nie posiada! Wiem, co mówię, bo jak wyjdzie z tego, a mam nadzieję, że w ogóle, to będę mu coś winna. - jej głos nagle zadrżał, a mnie przeszył dreszcz. Czy to możliwe, by moja żona zataiła jakiś istotny fakt? - Nie pozwolę, żeby skrzywdził moje dzieci czy choćby Sherlocka. Moja rodzina za dużo wycierpiała przez tego psychola.
- On się zmienił. Jim już nie jest taki, jak myślisz i nawet nie wiesz, jak bardzo odbiega teraz od prawdziwego wzorca psychopaty.
- Nieważne. Nie mam zamiaru kusić losu i uwierz, że Sherlock nie dopuści do tego, by się obudził, a ja dołożę wszelkich starań, by utwierdzić w tym mojego męża.
Dawno nie słyszałem w głosie Anny takiej furii, co mnie bardzo zdziwiło, bo zwykle była bardzo spokojną kobietą, która miała wiele trosk na głowie, często niepotrzebnych, ale nie mogłem temu zaradzić, była w końcu w ciąży i hormony strasznie z nią igrały. Co prawda często na tym korzystałem, ale wolałem nie nadużywać bystrości jej umysłu.
Nie spodobało mi się to, co powiedziała o krzywdzeniu rodziny i miałem podejrzenia, a właściwie pewność, że Moriarty jej groził w tym temacie więc postanowiłem niebawem wyciągnąć z niej, co ukryła. Nie mogłem uwierzyć, że są jeszcze jakieś tajemnice związane z tym obleśnym typem, ale szczerze mówiąc mało mieliśmy czasu na rozmowy gdy, co chwilę wyskakiwały nowe sprawy i sytuacje, które ciężko przewidzieć. Całe życie dopiero przed nami i wierzę, że w końcu poznam tę piękną istotę, choć zanosi się na to, że przez całe życie będę ubogi w wiedzę na jej temat.
Zauważyłem, że Tom zamilkł na chwilę, a ja wiedziałem, że słowa Anny mocno go zraniły, ale wiedział bardzo dobrze, że nie mogę mu pomóc. Byłoby to szkodą dla całego społeczeństwa i zapewne na dłuższą metę dla mojego brata, bo słyszałem wyraźnie, że jest zakochany, a raczej kocha go aż po grób. Bardzo mnie to niepokoiło i wolałem nie kusić losu, by Jim opętał go swoją chorą psychiką, już i tak mój brat bardzo się zmienił.
- To nie moja wina. - wyszeptał w końcu. - Tak wyszło. Ja tylko się zakochałem, chociaż myślałem, że nie potrafię.
- Nie obchodzą mnie twoje uczucia, mówię ci. - burknęła, a ja dosłyszałem głośne trzepnięcie. Aha... mój brat doigrał się kuksańca i to zapewne w czoło. - A teraz słucham dalej.
- Dobrze... Po tym, jak Jim zatrzymał mnie w kraju postanowiłem, że będę grał przed Mycroftem, ale domyślił się od razu, że jest coś nie tak. - mruknął zrezygnowany Tom. - Powiedziałem mu, że to nie jego sprawa, co się teraz dzieje, ale musiałem pomóc rodzinie. Po tym, jak Sherlock wyrwał cię z Paryża, nie chciał dopuścić do sytuacji zagrożenia świata, a ewidentnie plany Aum Shin Rikyo były teraz szeroko zakrojone i to wcale nie tak lekko. Następnym celem miał być Londyn i wtedy podjąłem decyzję, że trzeba powstrzymać Jima przed zapędami więc postanowiłem, że popchnę go w to, co czuję sam. Wiem, że nie powinienem, ale chyba się opłaciło, bo informatorzy donieśli, że zrezygnował z prywatnej zemsty na Sherlocku.
- On chciał go...? - zapytała z niedowierzaniem moja żona, a ja kiwnąłem do Mycrofta głową, zdając sobie sprawę z tego, że gdyby nie oni, to ja byłbym na miejscu tego trupa. Swoją drogą ciekawe, kto teraz leżał w grobie zamiast Toma.
- Tak, ale wymusiłem na nim, by obiecał, że nic nie zrobi mojej rodzinie i chyba podziałało. Ciągle mnie to męczy, że zacząłem manipulować człowiekiem, ale z drugiej strony dobrze, że to zrobiłem. Jesteście teraz szczęśliwi, a mój bratanek ma ojca. - powiedział z konsternacją, po czym chrząknął i zaczął kontynuować. - Wykradłem od Jima wszelkie dane, jakie były związane ze sprawą, ale nie tylko. Dowiedziałem się, że ma zamiar zrobić małą rzeź bezdomnym więc doniosłem o tym Lestrade'owi. Wszystko było jak najbardziej kontrolowane i nie do ruszenia, a na dodatek Bill zgodził się być przynętą dla mordercy, co dało nam wielkie pole do popisu.
- Ale on nie żyje. - fuknęła do niego z winą. - I to przez was, a przecież on był taki dobry.
- Mylisz się. - odparł spokojnie, a ja zmarszczyłem brwi posyłając starszemu bratu zaciekawione spojrzenie. Wymusił tylko uśmiech, który jak zwykle nie objął oczu, co rozbudziło jeszcze bardziej moją ciekawość. Doszedłem do wniosku, że raczej mi nie powie więc postanowiłem słuchać dalej. - Bill żyje i ma się całkiem dobrze. Musieliśmy go ukryć, bo wiedziałem, że Jim tak łatwo nie odpuści "szpiegom" Sherlocka, a zwłaszcza takim, którzy znaczą całkiem dużo.
- Jesteście podli, że robicie ludziom takie rzeczy. To nienormalne.
- A kto powiedział, że bracia Holmes są normalni? - zaśmiał się, na co my obaj cicho zachichotaliśmy. Znów uderzył mnie fakt, że ten starszy jest nieco normalniejszy, ale nie miałem chęci bliżej się temu przyjrzeć. - Sama wiesz, że jesteśmy inni, ale wracając... Nie spodziewałem się, że w sprawę zamieszana jest, Gabriel. Myślałem, że przynajmniej ona będzie inna niż my, ale moje nadzieje spełzły na niczym. Jim kryje bardzo dobrze swoich zabójców więc nie miałem jak ostrzec Sherlocka, czy choćby jej...
- Jakiej Gabriel? - zadała mu pytanie moja żona, a ja przeklinałem siebie w myślach, że nie powiedziałem wtedy prawdy. Niestety było za późno, na jakąkolwiek reakcję z mojej strony, bo Thomas zaczął snuć swoją opowieść.
- Nie mówił ci? No pięknie. - skwitował. - Gab to jest... była nasza kuzynka, z którą spędziliśmy dzieciństwo. Jim wynajął ją, by zrobiła małą rzeź w Londynie i muszę przyznać, że znała się na swojej profesji, ale zrobiła coś, o czym nikt by nie pomyślał. - przerwał na chwilę, po czym westchnął przeciągle z wielkim żalem. - Popełniła samobójstwo, a na domiar złego zmarła na rękach twojego męża. Powiedziała jednak, że to Jim ją wynajął i już zaczęliśmy powątpiewać w powodzenie operacji, ale Sherlock odpuścił, co nas bardzo uspokoiło, natomiast ja... Widząc Gab w kostnicy, pękło mi serce. Byłem tak wściekły na swojego faceta, że miałem ochotę go zabić i mało brakowało, bo wziąłem ze sobą scyzoryk, lecz on znów pokazał, że może mną manipulować.
- Moriarty to nic dobrego. Lepiej na niego uważaj, nie chcę żebyś zginął naprawdę.
- Umiem o siebie zadbać. - odburknął trochę rozeźlony, ale wrócił do snucia swojej opowieści. - Po tym wszystkim Mycroft otrzymał informację, że planują zamach już całą pompą więc znaleźliśmy mojego sobowtóra. Na całe szczęście miał zostać wykonany na nim wyrok i amerykanie odstąpili go bardzo chętnie, z racji na liczne zasługi dla kraju. Nie patrz tak na mnie, Anno, ten człowiek zginął broniąc kraju, a był seryjnym mordercą. To honor dla żołnierza zginąć za ojczyznę, choć naprawdę sporo ryzykowaliśmy.
- To jednak był człowiek, Tom! - zakrzyknęła moja żona, no co uśmiechnąłem się do siebie. Doskonale wiedziałem, że nie lubiła wyjść krytycznych, ale często nie można było zastosować innych środków, a w tym przypadku właśnie tak się działo i wcale tego nie potępiałem. - Mogliście zrobić to inaczej.
- Nie mogliśmy, bo agenta w takich organizacjach czuć na kilometr, a jak oboje dobrze wiemy, ja nim nie jestem. - mówił spokojnie i z taką fascynacją, że zastanowiłem się czy aby na pewno nie jest jakąś wtyczką Mycrofta w CIA. Znając moich braci wszystko brałem pod uwagę. - Gdy dowiedziałem się, że jesteś ranna chciałem cię odwiedzić, ale mój brat powiedział, że zajmą się tobą najlepsi i sam tego dopilnuje, ale nie posłuchałem go i gdy miałem wylatywać po prostu uciekłem z samolotu. Przez nasze niedopatrzenie mogliście zginąć oboje, a tego nie mógłbym sobie wybaczyć do końca życia, nie jestem taki jak starszy, dla mnie liczą się więzy rodzinne, kochana.
- Co było dalej? - zadała mu pytanie, bardzo zaciekawiona, a ja siedziałem nadstawiając uszu, bo sam chciałem to wiedzieć.
- Poszedłem do szpitala, w którym leżysz. Miałem wielkie szczęście, że nie natrafiłem na Sherlocka, bo bym nieźle dostał po twarzy za ten numer. Tak czy inaczej gdy zobaczyłem cię z tymi wszystkimi rurkami, myślałem, że już taka zostaniesz, a lekarz mnie w tym utwierdził, mówiąc, że jesteś w śpiączce. - mruknął znów bardzo smutny. - Wszystko to spowodowało, że miałem wielkie wyrzuty sumienia, ale wierzyłem, że pewnego dnia się obudzisz więc zacząłem mówić do ciebie. Właściwie mówię ci drugi raz moją historię, ale tym razem powiedzmy, że skończoną.
- Powiedzmy, ale śniłeś mi się. Mówiłeś, bym przekazała Jimowi, że wszystko w porządku, ale nie tylko ty byłeś w tym śnie.
- Tak? - zapytał. - A kto jeszcze?
- Mój brat. - powiedziała łamiącym się głosem, na co mój brat zamilkł, a ja postanowiłem wrócić do Anny.
Zostawiłem starszego barta z kuchni i szybkim krokiem udałem się do mojej pięknej księżniczki, by jakoś ją pocieszyć. Śmierć najbliższej na świecie osoby może zrujnować życie psychiczne w jednej chwili, a szczególnie wtedy gdy spędziło się z nią całe dzieciństwo na zabawach. Doskonale rozumiałem moją żonę w tym momencie więc wolałem być przy niej, by nie rozpamiętywała tego wszystkiego.
Przysiadłem obok patrząc na brata, który okazał się wrakiem człowieka. Oczy zwykle bystre i tak rozgwieżdżone teraz bladły, a pod nimi widziałem sińce spowodowane brakiem snu, twarz miał bledszą o kilka odcieni, co przypominało mi własny stan gdy straciłem ukochaną, a jego ręce drżały niespokojnie. Czyżby zaczął pić? Nie, Thomas zawsze trzymał się z dala od nałogów, bo wiedział, jakie to bagno. Jedną z rzeczy, która mnie też zaniepokoiła była jego blizna znajdująca się bliżej kołnierzyka białej koszuli, nadającej się już dawno do prania. Jego misja musiała być naprawdę ciężka.
- Moi drodzy, ja pójdę. - powiedział nagle Mycroft, wychodząc z kuchni. - Właśnie otrzymałem pewne informacje o naszej sprawie, Tom. Do widzenia.
Bez dalszego wyjaśniania udał się do wyjścia, a ja zmierzyłem spojrzeniem mojego młodszego brata, by powiedział cokolwiek o sprawie, jaką opracowują teraz, ale bez większego zainteresowania mną wrócił do poprzedniego tematu, co mnie niemile zaskoczyło.
- Dalej, siedziałem za granicą, po wcześniejszym opracowaniu planu zlikwidowania tych oszołomów, ale nie było łatwo. Jakimś sposobem Elise dowiedziała się o Jimie i postanowiła go wykorzystać, co było nam wtedy bardzo na rękę, ale więcej o niej już od Mycrofta nie usłyszałem, a to przesądziło wszystko. Nie miałem przez rok żadnych informacji też o nim, chociaż dopytywałem na wszystkie sposoby. Myślałem już, że przez moją śmierć zaprzestał wykonywać ten okropny zawód, ale wtedy przysłano po mnie ludzi, bym wrócił do kraju.
- Dalej już znamy fabułę tego wszystkiego, ale powiedz mi, dlaczego chcesz, żeby ta pluskwa nadal żyła? - zapytałem zaciekawiony.
- Wiesz Sherlocku, myślałem, że chociaż ty zrozumiesz. - odparł chłodno z nieskrywanym bólem w głosie. - To chyba jasne, że go kocham.
- Ale nadal nie pojmuję dlaczego on. Mogłem jeszcze przeboleć Elise, ale on? Przecież w przypływie gniewu może zrobić ci z życia piekło.
- Doskonale o tym wiem. - mruknął z dziwnym uśmiechem, który zaraz zgasł, jak żarówka.
Mój brat widział w nim zło i to go właśnie pociągało. Otworzyłem lekko usta ze dziwienia gdy zobaczyłem jego reakcję, bo ledwo do mnie dotarło, że on wcale się nie podda w zamiarach wybudzenia tej kanalii ze śpiączki i zapewne dopnie swego.
Thomas wstał, bo dostał SMS-a, po czym zbladł jeszcze bardziej, co bardzo mnie zaniepokoiło. Popatrzył na telefon z trwogą i zagryzł wargi w ten charakterystyczny dla niego sposób gdy myślał, aż w końcu westchnął, poddając się. Przemaszerował przez cały salon i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował i znów zaczął krążyć po pomieszczeniu, jak nakręcony przez małe dziecko bączek.
- Sherlocku, proszę cię ostatni raz - szepnął tak cicho, że ledwo słyszałem. - Jeżeli nie zrobisz czegoś w przeciągu kilku dni... - zawiesił głos, co spowodowało u mnie dziwne dreszcze. - Ja tego nie zniosę, Sherlocku. On musi żyć.
- Przecież żyje. - burknąłem rozeźlony. - Nie zrobię tego, dla twojego widzi mi się. Obiecałem kiedyś sobie, że będę cię chronił i nie zamierzam nagiąć tej zasady.
W tym momencie jego oczy były przepełnione tak wielką nienawiścią do mnie, że odebrało mi mowę. Widziałem już raz to spojrzenie i miałem nadzieję nigdy więcej go nie dostrzec, ale nie było mi dane. Mój brat pokazał, że jeżeli nic nie zrobię znów go stracę i to na zawsze, a taka sytuacja nie wchodziła w grę, zwłaszcza że dopiero co go odzyskałem, ale ja nie mogłem pozwolić, by ten typ rozpoczął kolejną śmiertelną wyliczankę. Wytrzymałem to spojrzenie choć z wielkim trudem, lecz on, jakby już nie zainteresowany mną skierował swe niebieskie oczy w stronę Anny. Tym razem spojrzenie było czysto proszące, a wręcz błagalne, co od razu rozpoznałem, jako nową rozgrywkę ze strony Toma. Walczył nieczysto, bo wiedziałem, że Anna w końcu mu ulegnie, a jeżeli ona się złamie, ja nie miałem szans trwać przy swoim stanowisku, choć próbowałbym z całych sił.
- Powiedz mu, co trzeba. - wyszeptał z trwogą, po czym wyszedł, a ja ujrzałem na jego policzkach łzy, pierwszy raz od śmierci śmierci wujka.
Jim Moriarty powodował takie odczucia? Nie, to niepojęte.

Przytuliłem mocniej Annę i zacząłem natarczywie szukać w głowie jakiegoś wyjścia, by nie dopuścić do wybudzenia go ze śpiączki, ale wątpiłem, czy jeszcze został jakiś plan awaryjny.

czwartek, 5 czerwca 2014

Rozdział 49: Wyższe sfery

“The dress is Channel, the shoes YSL
           The bag is Dior, Agent Provocateaur
           My address today, L.A. by the way
           Above Sunset Strip, the Hills all the way
           My rings are by Webster, they makes their heads twirl
           They all say “Darling, what did you do for those pearls?”
           What?! I am a good girl”
               Christina Aguilera - I'm a good girl

https://www.youtube.com/watch?v=YDPR5EoYqOs

No i Mycroft znowu czegoś chce od mojego męża. Nie wiem wprawdzie czego, ale doprawdy… Wtargnięcie czwórki agentów na Baker Street to już przesada. Co on sobie wyobraża? Myśli, że bez uprzedzenia może dezorganizwoać nasze życie od tak, dla kaprysu? Jak go tylko dorwę…
Sherlock też nie jest zadowolony. A nie, to za łagodnie powiedziane… Jest wściekły. I uparty.
- Nigdzie nie jadę. Kiedy wrócicie, pozdrówcie mojego brata i powiedzcie ode mnie, żeby uważał przy próbowaniu tortów weselnych. Inaczej znowu przytyje…
Tłumię uśmiech, w środku jednak coś mnie gnębi. Chyba wiem, co zaraz nastąpi.
- Jeśli pan z nami nie pojedzie, panie Holmes – rzuca bezbarwnym tonem jeden z agenów, zimno patrząc na na mojego męża – wie pan, co pański brat będzie musiał zrobić.
No i się nie myliłam… Znowu te ukryte groźby… Jak ten Mycroft może to robić! To nie fair!
- Proszę przekazać Mycroftowi, że powinien się wstydzić! – nie wytrzymuję i wypalam oburzona. – Tak szantażować brata!
   Agent patrzy na mnie beznamiętnie i nic nie mówi. Mam wrażenie, że po prostu nie chce mu się ze mną gadać, co jeszcze bardziej mnie wkurza. Teraz najchętniej rozwaliłabym mu nos…. Ciekawe czy można jakoś załatwić zakaz nachodzenia przez MI5? Zadzwonię nawet do Królowej jeśli będę musiała! Byle tylko mieć spokój.
- Dobrze, pojadę, widzę, że nie mam wyjścia – mamrocze Sherlock, a ja patrzę na niego zdziwiona. – Ale pod jednym warunkiem. Biorę ze sobą żonę i synka.
Przez parę sekund gapię się nieźle zdziwiona na mojego męża, potem jednak ogarnia mnie przekonanie, że może to i dobrze. Będę mogła pogadać sobie z Mycroftem… Tylko ciekawe co na to nasi goście?
Rozmawiający z nami agent zastanawia się przez chwilę, aż w końcu kiwa głową. No to załatwione.
- To chyba możemy iść – stwierdza spokojnie Sherlock, biorąc na ręce Alexa, obserwującego z zaciekawieniem naszych gości swoimi błękitnymi niczym morze oczętami.

Po godzinie siedzimy w… cóż, może to dziwne, ale naprawdę, nie spodziewałam się, że znajdziemy się w Pałacu Buckingham, w związku z czym czuję się trochę nieswojo. Bo te białe ściany z lustrami i złotymi zdobieniami, atłasowa kanapa, świeczniki czy obrazy naprawdę przytłaczają. A to, że Sherlock siedzi obok z nadąsaną miną, nie pomaga… tak w ogóle to trochę się o niego martwię. Wprawdzie nie wydarzyło się nic dziwnego od momentu tego jego osobliwego telefonu, zachowuje się też całkiem normalnie, ale jakimś szóstym zmysłem wyczuwam, że coś się dzieje. Dobra, wiem, że chodzi o Elise, że chciała zabić Jima i że jest groźna, ale w sumie nic ponadto. Sherlock tylko mnie ostrzega, żebym uważała, zapewnia, że mnie chroni i powtarza, żebym się nie denerwowała. Cóż… pozostaje mi tylko zastosować się do tych poleceń.
Dobra, wracając  do pałacu… Alex też wydaje się lekko oszołomiony. Siedzi mi na kolanach i przez chwilę nic nie mówi, tylko przesuwa rączką po poduszce obok i po podbiciu kanapy. W końcu jednak podnosi główkę do góry, z otwartą buzią obserwując wielki kryształowy żyrandol.
- Cio to? – pyta bardzo cicho.
- Żyrandol, kochanie – wyjaśniam, poprawiając mu czarne loczki. – Taka lampa.
Marszczy brwi i robi znajomą dla mnie już minę, kiedy to próbuje zapamiętać nową rzecz. Ostatnio czyni to w sumie coraz częściej, jest strasznie ciekawy świata. I przeraża mnie prędkość, z jaką wszystko przyswaja. Coś przeczuwam, że może być podobny do ojca nie tylko jeśli chodzi o wygląd…
Po paru minutach do pomieszczenia wchodzi Mycroft oraz wysoki, jasnowłosy mężczyzna w średnim wieku. Na jego widok na twarzy Sherlocka pojawia się taki wyraz, jakby potwierdzały się jego najgorsze obawy.
- A więc jest tak, jak myślałem… – rzuca jadowicie w ich kierunku. – Czy naprawdę myślicie, że jestem waszą marionetką od ratowania tyłków członków rodziny królewskiej? Jeśli się łudzicie, to od razu uprzedzam, że nie mam zamiaru się w to bawić.
Mycroft nie wygląda, jakby się tym przejął. Wręcz przeciwnie, wydaje się troszkę znudzony.
- Nie bądź dzieckiem, braciszku. Po co te fochy? – dostrzega nas i robi lekko niezadowoloną minę. – Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego ich tu ciągnąłeś… Harry… - zwraca się nagle do nieznajomego mężczyzny. - Mojego, brata, Sherlocka, już znasz. Widzę, że tym razem, na wzór cywilizowanego człowieka, ubrał się w coś innego niż prześcieradło… Jakiś postęp… – potem wskazuje na mnie. - To jego żona, Anna, i mój bratanek, Alexander.
Przenoszę Alexa z kolan na jego własne nogi i wstaję, by przywitać się z facetem.
- Miło mi poznać taką uroczą osobę – Harry ściska mi dłoń, a potem mruga do małego, który chowa się trochę onieśmielony za moimi nogami. – A co to za mały rozrabiaka tu przywędrował?
Alex niepewnie się uśmiecha, ale zaraz potem podchodzi do Sherlocka i ląduje na jego kolanach. Siadam obok nich, poprawiając szybko zdecydowanie za krótką na taką okazję bordową spódniczkę. Cholera, akurat musiałam dziś ją ubrać… Ale z drugiej strony skąd mogłam wiedzieć gdzie wyląduję…
Przez chwilę patrzę w ciszy, jak Harry nalewa nam herbaty. Nie wiem po co tu jesteśmy i jaki w tym cel, no ale jakiś na pewno skoro Mycroft chciał się z nami zobaczyć. No dobra, w sumie to z Sherlockiem, no ale jak dla mnie to nie zmienia sytuacji.
- No więc? – syczy w końcu mój mąż, przerywając tym samym dziwne milczenie. – Kto tym razem nabroił? Nie będę ratował reputacji jakiegoś księcia, który przeskrobał coś na imprezie.
- Tym razem nikt nigdzie nie nabroił – wyjaśnia kwaśno Mycroft. – To poważniejsza sprawa. Harry lepiej to wytłumaczy.
- Dokładnie – Harry kiwa głową. – Tu chodzi o życie następcy tronu.. – milknie na chwilę, a ja zaczynam odczuwać zdenerwowanie.  To chyba na serio nie przelewki. – Ktoś planuje zamach na księcia i księżną… Musimy jak najszybciej znaleźć osoby, które za tym stoją.
Biorę głęboki oddech, lekko wstrząśnięta. Mam swoje podejrzenia, ale nie wierzę, że są prawdziwe.
- Chyba nie mówi pan o…
- Tak, dokładnie – przerywa mi – mówię o księciu Williamie i księżnej Kate. A informacje o zamachu są sprawdzone i pewne. Trzeba odkryć, kto to planuje, i to szybko, najlepiej przed planowanym za dwa tygodnie przyjęciem w Pałacu Buckingham i późniejszą podróżą książęcej pary do Monako. I dlatego jest nam potrzebny pan Holmes – zerka na mojego męża.
Sherlock wydaje się średnio zainteresowany. Patrzy na nich zimno, obejmując Alexa, który wtulił się w jego koszulę i teraz obserwuje spokojnie Mycrofta i Harry’ego.
- A co, jeśli powiem nie? – rzuca mój mąż beznamiętnie. – Jakoś nie mam ochoty bawić się w ochroniarza… Ano tak, niech zgadnę… Wyślesz mnie na Wschód – mówi kwaśno do brata.
- Sam się o to prosisz… Ale mam chyba jeszcze coś, co cię przekona, braciszku.
- Ciekawe co takiego – Sherlock prycha.
- Co powiesz na milion funtów za wykrycie zamachowców?
W pierwszej chwili szeroko otwieram oczy, niepewna, czy się nie przesłyszałam. MILION funtów? Ale… Naprawdę są w stanie zapłacić tyle kasy? Potem, gdy po części już dochodzę do siebie, ogarnia mnie złość. Dobrze wiem, że Mycroft chce też urobić mnie, bo dzięki temu łatwiej będzie mu przekonać Sherlocka. On serio myśli, że jakby co złamie mnie ta kasa? Że mu w zamian za nią pomogę? Niedoczekanie!
Postanawiam się nie odzywać, uparcie więc milczę. I coraz mniej mi się to wszystko podoba. Skoro Korona jest w stanie wyłożyć tyle kasy… Sytuacja jest poważna, to jasne jak słońce, ale pewnie też i niebezpieczna. I to mnie gryzie.
- Zastanów się – ciągnie bez litości Mycroft. – Masz na co przeznaczyć te pieniądze… -obserwuje przez chwilę Alexa, potem zerka na mój już lekko zaokrąglony brzuch. - Pewnie chcecie posłać dzieci do dobrych szkół, potem na studia… to kosztuje. No i chyba nie zamierzasz wiecznie wynajmować mieszkania u pani Hudson?
- Mamy na to wszystko dość pieniędzy – ucinam ostro, ale brat mojego męża nie zwraca na mnie uwagi.
Sherlock milczy, a mnie już powoli trafia nerwica. Szkoda, że tym razem Mycroft nie ma ze sobą parasola, bo chyba z tego wszystkiego złamałabym mu go na głowie.
- Możemy chwilę porozmawiać sami z Anną? – pyta w końcu mój ukochany, patrząc chłodno na brata, który w następnej chwili kiwa głową. Zaraz obaj z Harrym wychodzą, a ja napotykam wzrok Sherlocka i zaczynam się zastanawiać, co on myśli zrobić. Chyba nie chce się głupio narażać? Nie pozwolę mu!
- Anno… - zaczyna, a ja już po głosie poznaję, co mu chodzi po głowie.
- Nie!  - protestuję stanowczo. – To może być niebezpieczne! Poza tym mamy pieniądze!
Sherlock wzdycha, przykrywa moją dłoń swoją i patrzy mi w oczy ze spokojem. Pod wpływem tego spojrzenia mam ciarki na całym ciele, jak zwykle zresztą. Wstrzymuję z niepokojem oddech, ale nie spuszczam wzroku.
- Posłuchaj… - mówi, a w jego głosie wyczuwam cierpliwość i pewne rozczulenie. – Mycroft ma w sumie rację. Musimy myśleć o przyszłości, o wykształceniu dzieci. Fakt, mamy pieniądze, ale zawsze przyda się zastrzyk gotówki. Szczególnie takiej…  Poza tym niedawno rozmawialiśmy o tym, że za jakiś czas przydałoby się rozejrzeć powoli za domem, prawda?
Ma rację, rozmawialiśmy o tym. Jak dzieci trochę podrosną, może nam być za ciasno na Baker Street…. I dobrze wiem, że trzeba zadbać o ich edukację i perspektywy. Ale…
- Tak, ale nie chcę, żebyś się narażał… - wyjąkuję płaczliwie. – Jak coś ci się stanie to na pewno sobie nie poradzimy.
- Och, kochanie… - głaszcze mnie lekko po policzku. – Dam sobie radę, nie martw się o mnie. Nie takie rzeczy robiłem.
Całuję go delikatnie, a potem przytulam Alexa, co mnie jako tako uspokaja i pozwala zebrać rozproszone myśli.
- Zgodzę się pod jednym warunkiem – stwierdzam w końcu, czując rączki synka obejmujące moją szyję. – Mycroft musi mi przyrzec, że nic ci się nie stanie. Nie chcę znowu jakiegoś horroru. Nie przeżyję tego. Jak tego nie zrobi, wracamy od razu do domu.
- W porządku - Sherlock uśmiecha się z miłością. – Wszystko, byle tylko moja pani się nie denerwowała i nie martwiła.
Nic już nie mówię, bo Mycroft i Harry wracają.
- Porozmawialiście? - pyta ten pierwszy z irytacją. – Nie ma dużo czasu…
- Jeśli chcesz, by Sherlock wam pomógł, musisz mi coś obiecać. Mianowicie mój mąż wyjdzie z tego wszystkiego cały i zdrowy – rzucam stanowczo, taksując go wzrokiem.
Mycroft unosi brwi. Podejrzewam, że pewnie ma mnie za jakąś  histeryczkę, ale mało mnie to w tej chwili obchodzi. Nie odpuszczę tego!
- Wiesz, że nie mogę dać ci takiej gwarancji – stwierdza spokojnie, jakbyśmy rozmawiali o obiedzie. – Poza tym chyba jesteś przewrażliwiona.
- Tak – syczę, już kompletnie wtrącona z równowagi. – Zapewne przewrażliwiona i uparta baba ze mnie. Ale przypominam ci, że jestem w ciąży i mi hormony buzują, więc z łaski swojej nie denerwuj mnie, tylko obiecaj, że prez te twoje wymysły nic się nie stanie Sherlockowi!
Mycroft ma minę, jakby sam nie wierzył, że to robi, ale w końcu kiwa głową.
- Obiecuję.
- No – Harry ucieszony zaciera ręce. – To zaraz zabiorę pana Holmesa i ustalimy szczegóły, a moi ludzie odwiozą panią i małego. Nie ma chyba potrzeby, byście tracili czas i czekali tutaj. – Czeka, aż kiwnę głową, a potem uśmiecha się do Alexa. – A ty, mój kawalerze… Wyglądasz mi na bystrego chłopca. Może pochwalisz się, jakie ostatnio ciekawe słowa nauczyłeś się mówić?
Dopijam herbatę, obserwując synka. Ostatnio uczyliśmy się paru nowych słów, na przykład żyrafa czy marchewka.
- No, kochanie – mówię wesoło do małego, który z wahaniem patrzy na Sherlocka. Potem w końcu chyba coś mu się przypomina, bo nadzwyczajnie zadowolony odwraca się do Harry’ego.
- Mojdejstwo… i źwłoki – mówi z uśmiechem.
Momentalnie zakrztuszam się herbatą, a Harry robi wielkie zszokowane oczy. Dobrze wiem, kto za tym stoi, i nie mylę się, bo widzę, że Sherlock ma bardzo usatysfakcjonowaną minę.

- No dobra, mówicie o co chodzi – pytam, kiedy już zdążyłem pożegnać się czule z żoną i synkiem. Nawiasem mówiąc… upartość Anny i to naskoczenie na Mycrofta strasznie mnie rozczuliły. Moje kochanie ma charakterek… Nie mówiąc już o tym, jaka jest śliczna jak się złości. Ten ogień w błyszczących oczach, rumieńce na policzkach i wrażenie, że zaraz z jej włosów wystrzelą iskry… Szkoda, że nie mogłem wrócić z nimi do domu.
- Mamy przecieki, że jedna z jednostek IRA chce zabić księcia i księżną – wyjaśnia szybko Harry. - Poza tym nasz zaufany informator przekazał nam, że ma tego dokonać ich wtyczka w Pałacu Buckingham, niestety nie ma pojęcia, kto to. Nie wiem jakim cudem zdołali tu kogokolwiek wkręcić…
- Zapewne to ktoś z setek zatrudnionych tutaj osób – przerywam mu. To chyba oczywiste… przynajmniej dla mnie.
- Wszystkich kandydatów ubiegających się o jakąkolwiek pracę w Pałacu dokładnie sprawdzamy… Szczególnie pod kątem działalności w ugrupowaniach terrorystycznych – facet upiera się przy swoim, co zaczyna działać mi na nerwy.
- Najwyraźniej za mało dokładnie – ucinam. – Dobra, wnioskuję, że macie już zarys jakiegoś planu.
Harry jest chyba trochę obrażony, ale niezbyt się tym przejmuję. Chce, żebym im pomógł, więc i tak musi być ponad te swoje humory i uprzedzenia.
- Tak, mamy – mówi w końcu zrezygnowany tonem, a ja się uśmiecham. Nie myliłem się… – Musi pan wniknąć w szeregi pracowników Pałacu, wtopić się w tłum, poobserwować wszystkich…
Cóż, to raczej jasne jak słońce… Wzdycham poirytowany, ale jakoś staram się nad sobą panować.
- Kim mam być?- pytam obojętnie.
- Cóż… Chyba potrzebny nam lokaj…
Przewracam oczami, a potem morduje Mycrofta wzrokiem. Gdyby nie on, nie musiałbym się bawić w całą tą dziecinną maskaradę. I mam mu a złe, że ukrył przede mną prawdę o Tomie… Teraz nie jest najlepszy moment na rozmowę, ale już ja do dorwę w swoim czasie…

Stoję ubrany w durnowaty frak, obok drzwi w głównym hallu, razem z dwoma ochroniarzami, kelnerem i pokojówką. Czekamy na tych całych księcia i księżną, a ja się nudzę. Na razie poznałem stosunkowo mało osób, wśród których na pewno nie było terrorysty, no i nie mogę być sobą, bo wszystko by się spieprzyło. Chociaż… warto to przecierpieć, byle tylko zapewnić Annie i dzieciom spokojne życie bez martwienia się o przyszłość.
Nagle zza rogu wyłania się książęcy kamerdyner Arthur, a za nim książęca para w otoczeniu następnych dwóch ochroniarzy. On blondyn, mimo jeszcze młodego wieku lekko już łysiejący, z niebieskimi oczami i miłą twarzą. Ona szatynka, szczupła, z klasą, nawet dość ładna. Za nimi podąża młoda niania, trzymając za rękę na oko czteroletniego chłopca.
 Szybko nas mijają, uśmiechając się, i od razu znikają w  jadalni. Kelner Jack wchodzi za nimi, a ja idę rozejrzeć się po głównym hallu.

Następnego dnia popołudniu natykam się w ogrodzie na małego, najwyżej ośmioletniego chłopca. Ma zielone oczy, piegowaty nos i rude włosy. I jest dziwnie podobny do jednej z kucharek.
- Pan jest tu nowym lokajem – patrzy na mnie bystro. – Dziwne, nie pasuje pan tu…
- Tak myślisz?- obrzucam go bacznym spojrzeniem, a potem siadam obok. – A ty to kto?
- Olivier. Moja mama tu gotuje, a ja po szkole czasami przychodzę do ogrodu i na nią czekam – Bingo, nie myliłem się. – No i tak sobie obserwuję ludzi.
- Pewnie dużo się ich tu kręci… - mówię niewinnie. Może ten mały zauważył coś, co mogłoby się okazać pomocne i oszczędziłoby mi czasu. Całe szczęście sprawia wrażenie inteligentnego.
- No tak… Szef kuchni, pan Geoffrey, wymyka się tędy na spotkania z taką jedną dziewczyną… Dziwne to, bo ma żonę. Kamerdyner codziennie o piętnastej wychodzi na papierosa, a ochroniarz Larry cały czas gada przez telefon. Dziwne to, bo ciągle przy tym rozgląda się dookoła, jakby bał się, że ktoś go nakryje.
Marszczę brwi. Czuję podskórnie, że coś może być na rzeczy. A intuicja mało kiedy mnie zawodzi.
- Larry? Który to?
- Ten taki wielki blondyn, obcięty na jeża – Olivier wzrusza niedbale ramionami,  potem się uśmiecha. -  Fajny jest, parę razy poczęstował mnie cukierkiem.
Hmm… nie kojarzę go, więc z pewnością go nie widziałem. Ale cóż, trzeba wszystko sprawdzić.
- Słuchaj, mam do ciebie prośbę – automatycznie przeczesuję palcami włosy. - Mógłbyś ze dwa-trzy dni dokładnie poobserwować wszystkich, którzy tu się będą kręcić? Szczególnie tego Larry’ego. To bardzo ważne i będę ci naprawdę wdzięczny.
- Jasne,  tak mi się nudzi jak czekam na mamę. Przynajmniej się rozerwę – zapał od chłopaka aż bije.
- Super. A powiedz mi jeszcze gdzie go mogę najczęściej spotkać? Tego Larry’ego…
- Hmmm… - mały się zastanawia. - chyba na zachodnim dziedzińcu… No i tutaj czasami, ale to głównie popołudniu.
Składam ręce jak do modlitwy i myślę. To trochę daleko od mojego rewiru, ale przecież Harry dał mi wolną rękę. A dzieciak wydaje się bystry. Jakoś sobie poradzę.
 - Dobra – wstaję szybko z ławki. – Ja nazywam się Sherlock. Jeśli wydarzyłoby się coś podejrzanego, znajdziesz mnie we wschodnim skrzydle, na pierwszym piętrze.
Olivier kiwa głową, a potem salutuje. Uśmiecham się do siebie. Podoba mi się ten mały… i już nie mogę się doczekać, kiedy Alex podrośnie.

Wieczorem wykombinowuję trochę wolnego czasu i już mam iść na ten dziedziniec po drugiej stronie Pałacu, kiedy dochodzi mnie szept.
- Psyyyyyt… Sherlock!
 Odwracam się i zauważam kryjącego się za posągiem Oliviera, rozglądającego się ukradkiem. No nie…
- Na miłość Boską… - mówię cicho i podchodzę do niego. – Co ty tu robisz o tej porze? I jak teraz tu wszedłeś?
- Powiedziałem mamie, że idę do kolegi – macha ręką. – A wszedłem tu jednym z moich tajnych wejść, takim za ogrodem – wygląda na bardzo zadowolonego z siebie, a zielone oczy mu błyszczą. – Szukałem cię wcześniej, ale nie mogłem znaleźć…
- Mam nadzieję, że nikt cię nie widział – modlę się, żeby okazał się na tyle sprytny.
- No jasne, że nie… zresztą nieważne. Słuchaj, śledziłem trochę Larry’ego… on jest podejrzany, widział się z jakimiś dziwnymi ludźmi… mówili coś o Irlandii.
O Irlandii? No to pięknie… Cholera, że też sam wcześniej nie dałem rady się wyrwać…
- Dobra, dzięki mały. Gdzie on teraz jest?
- Tutaj, a dokładnie to w ogrodzie…
- Słuchaj mnie teraz – mówię szybko, ale poważnym tonem, by Olivier wszystko zapamiętał. – Kojarzysz Harry’ego koordynującego ochronę pałacową? – czekam, aż mały kiwnie głową. – Leć po niego i powiedz, że Sherlock coś znalazł. Niech weźmie swoich ludzi i idzie z nimi do ogrodu.
Nie trzeba mu mówić dwa razy. Rusza pędem korytarzem, a ja biegnę do ogrodu, najpierw zabierając ze swojej tajnej skrytki pistolet. Kiedy jestem już na miejscu, od razu zauważam wysoką, barczystą postać. Mam cię!
- Hej Larry! – rzucam niewinnie, podnosząc pistolet. – Twoi kolesie z IRA będą się musieli pogodzić z tym, że zamachu nie będzie.
- Kim ty w ogóle jesteś? – słyszę niski, ochrypły głos. – I skąd wiesz o…
Milknie i wyczuwam, że zorientował się, że powiedział za dużo. Cóż… idiota i tyle.
- Skąd wiem? Mogę powiedzieć, że to zasługa mojego pomocnika. A jestem… powiedzmy, że nowym lokajem. Wiedziałbyś, gdybyś nie był zajęty planem zabicia członków rodziny królewskiej. W każdym razie zabawa skończona.
Larry bez słowa rzuca się do ucieczki, nie mam więc wyjścia i strzelam mu w kolano. Celnie. Jeden strzał i gościu od razu upada.
W następnej chwili pojawia się Harry w towarzystwie czterech ochroniarzy. Za nimi zauważam małą, podekscytowaną figurkę i szeroko się uśmiecham.
- Wiesz co, Harry? – mówię, gdy ochroniarze jakoś wyprowadzają utykającego Larry’ego. – Sądzę, że część mojego wynagrodzenia trzeba zamienić na premię dla mamy tego chłopca, bo w sumie to on podał mi praktycznie na tacy zamachowca. I powiedźcie jej, że to ma być na jakąś dobrą szkołę dla niego – mrugam do widocznie uradowanego Oliviera.

Otwieram oczy i przeciągam się po popołudniowej drzemce. Gdy zjedliśmy obiad, poczułam się tak senna, że musiałam się przespać. No cóż… Uroki ciąży.
Uśmiechnięta wstaję, gładząc się z czułością po brzuchu. Jeszcze nie wiemy czy to chłopiec czy dziewczynka… a zresztą… cokolwiek będzie, będę szczęśliwa. Byleby tylko moje maleństwo urodziło się zdrowe. To najważniejsze ze wszystkiego.
Nagle słyszę dobiegający z salonu śmiech mojego drugiego kochanego dzieciaczka i otwieram drzwi. Przez chwilę chyba nie jestem pewna tego, co widzę, ale w następnym momencie uzmysławiam sobie, że Alex biega po salonie z zawiązaną moją chustką na głowie, i co dziwniejsze, z czaszką Sherlocka w rączkach. W dodatku nasz urwis jest chyba ze wszystkiego bardzo zadowolony, bo buzia aż mu promienieje.
Otrząsam się z lekkiego szoku i idę do salonu, po drodze zauważając siedzącego przy ścianie misia-pirata Willa.
- Mam cię! – słyszę nagle koło ucha zmysłowy głos i czuję obejmujące mnie od tyłu bezpieczne ramiona.
- Co tu się dzieje? – pytam rozbawiona, widząc jak Alex do nas podchodzi.
- Zostałaś porwana przez piratów – Sherlock zaczyna całować mnie w szyję. – I masz do wyboru: albo wyjdziesz za mąż za kapitana, czyli za mnie, albo będziemy musieli zrzucić cię do morza pełnego rekinów.
- Tak, jekinów! – mały podskakuje uradowany. – Pan Ciacha teź u jekinów! – podnosi do góry czaszkę.
- Właśnie. Pan Czacha był już u rekinów i to z niego zostało. Tak więc co wybierasz?
- Hmmm… - wzdycham, ale na ustach mam szeroki uśmiech. – Te rekiny brzmią obiecująco…
- A miałem nadzieję… - mamrocze Sherlock, a ja zaraz odwracam się i obdarzam go namiętnym pocałunkiem w te gorące usta, wplatając jednocześnie palce w czarne loki. Dotykam jego języka swoim i aż przechodzi mnie dreszcz…
Po jakimś czasie rozpinam pierwszy guzik jego koszuli i schodzę wargami do jego szyi, muskając ją delikatnie. To takie podniecające i oszałamiające… Mój własny kawałek nieba.
- Kochanie… - Sherlock oddycha szybko i głęboko. – Ostrzegam, że nawet moje opanowanie ma swój kres…
Wzdycham z lekkim rozżaleniem i odklejam się od mojego cudownego męża, akurat wtedy, kiedy rozlega się dzwonek do drzwi.
- Otworzę – rzucam, próbując nie patrzeć na niego z pożądaniem.
- Obiecuję ci, że w nocy będziesz mogła robić ze mną, co tylko chcesz…- Sherlock wyszeptuje mi do ucha, a ja czuję, że już płoną mi policzki. Kusisz, kochany, kusisz… Posyłam mu zmysłowy uśmiech i wychodzę z salonu. Ciekawe kogo to nosi?
Jestem już na dole, otwieram drzwi i widzę jakiegoś eleganckiego młodego faceta w garniturze.
- Dzień dobry. Czy pani Holmes? – pyta lekko oficjalnym tonem, ale na twarzy ma uśmiech.
- Tak – odpowiadam, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Ma czarne włosy, jasną cerę, szare oczy. Podejrzewam, że dobrze wykształcony, z bogatej rodziny.
- Dzień dobry. Jestem Eric Attenborough, posłaniec z Pałacu Buckingham. Mam coś dla państwa.
- Och… - wyjąkuję zaskoczona. Dla nas obojga? I to z Pałacu Buckingham? Ale co… jak… dlaczego? – To proszę, zapraszam na górę.
Lekko skołowana idę za nim po schodach, kompletnie nie wiedząc czego się spodziewać. W końcu wchodzimy do salonu, gdzie Sherlock dalej bawi się z małym.
- Kochanie, to pan Attenborough, z Pałacu Buckingham – wyjaśniam, uzmysławiając sobie, że stojący obok ojca Alex wciąż trzyma w rękach czaszkę. Posłaniec oczywiście to zauważa i w pierwszej chwili robi przestraszoną minę, ale szybko dochodzi do siebie.
- Tak, dzień dobry panie Holmes. Przychodzę do państwa w bardzo miłej sprawie, mianowicie zostaliście zaproszeni na organizowane przez książęcą parę przyjęcie w Pałacu Buckingham, gdzie potem odbędzie się uroczysta gala, na której pan Holmes otrzyma Order Imperium Brytyjskiego za specjalne zasługi dla Korony.
O w mordę jeża… Chcę coś powiedzieć, ale słowa jakoś ulatują mi w powietrze, tylko gapię się na Attenborough szeroko otwartymi oczami. My na przyjęciu u Kate i Williama? I Sherlock dostanie odznaczenie? O matko! Nie wierzę!
- Oto zaproszenie - podaje mi złotawą kopertę, a ja chyba w końcu się otrząsam. – Przyjęcie jest w najbliższą sobotę o osiemnastej. Godzinę wcześniej przyjedzie po państwa nasz kierowca. I dzień przed proszę dać znać, gdyby nagle plany się zmieniły.
- O… oczywiście, dziękujemy – odbieram zaproszenie lekko drżącą ręką. -  Proszę podziękować księciu i księżnej, to bardzo miłe z ich strony.
- Ależ naturalnie – Attenborough, dalej uśmiechnięty, kiwa głową. – Ja już muszę iść. Do widzenia.
- Odprowadzę pana – wyjąkuję. Sherlock ściska mu rękę, też chyba lekko zaskoczony (albo bardzo, ale ukrywa to lepiej ode mnie) i wychodzimy na schody.

Wracam do salonu, trzymając kopertę w trzęsących się rękach.
- Nie wierzę…. – wyduszam z siebie, siadając obok Sherlocka na kanapie i powoli wyjmując zaproszenie. Widzę piękny biały papier, a na nim tekst wypisany złotymi literami.
- Cóż… widzę, że będziemy musieli pojawić się na tym całym przyjęciu, Mycrfot by mnie zabił gdybym odmówił… - mój mąż stwierdza niezadowolony.
- I nie tylko Mycroft – wtrącam stanowczo, a Sherlock się uśmiecha, ubawiony moim oburzeniem, i otacza mnie ramieniem.
- Dobrze o tym wiem – daje mi buziaka w policzek. – Widzę, że chcesz tam iść i nie zrobiłbym ci tego. Cóż, jakoś przeżyję… Chociaż tam będą ludzie.
- Oczywiście, że przeżyjesz, oczywiście, że tam będą ludzie i oczywiście, że chcę tam iść – przytulam się do jego fioletowej koszuli. – Taka okazja zdarza się tylko raz w życiu! Boże, ja nawet nie myślałam, że coś takiego kiedyś mnie spotka – wstrzymuję na chwilę oddech z tego całego szoku. – Tylko, że… trochę się boję. Mam nadzieję, że nie zrobię ani nie palnę czegoś głupiego.
- Zapewniam cię, że nie - Sherlock całuje mnie we włosy. – Będziesz błyszczeć jak gwiazda.

Nastepnego dnia, kiedy jestem w pracy, dostaję w przerwie między lekcjami dziwnego smsa od mojego męża.

Kochanie, przyjedź po pracy od razu na New Bond Street.

I tylko tyle. Hmmm… Co on znowu wymyślił? Nie podoba mi się to, tym bardziej, że Bond Street to ulica pełna drogich restauracji i ekskluzywnych butików, z tego co wiem to chyba nawet najdroższa w całym Londynie. Byłam tam w sumie parę razy, ze dwa może z  Alexem na spacerze, pooglądać te piękne i niedostępne rzeczy na wystawach… I nie mam pojęcia jaki Sherlock może mieć sensowny powód, by się tam ze mną umówić. Może trafił na jakąś ciekawą sprawę…
Cóż… Nie mam wyjścia i po pracy, lekko zdenerwowana, wsiadam w metro i jadę parę przystanków. Na miejscu dostaję smsa, że mój mąż ciut się spóźni, robię więc sobie spacer i oglądam szyldy Calvina Kleina, Dolce&Gabbana, Armaniego czy Michaela Korsa. Zatrzymuję się w końcu przed salonem Burberry, oglądając z rozmarzeniem cudne płaszczyki po tysiąc funtów i delikatne szaliczki po trzysta. Zawsze chciałam takie mieć, choruję na nie już od ładnych kilku lat. No ale nie stać mnie, niestety.
- To dostaniesz na urodziny – słyszę za uchem i prawie podskakuję.
- Sherlock! – odwracam się i zaczynam się śmiać. To już nie pierwszy raz, kiedy tak mnie podchodzi. – Przestań, to za drogie! Poza tym jak mnie tak szybko znalazłeś? Przecież tutaj jest pełno ludzi.
- Powiedzmy, że wiem, co lubisz – uśmiecha się szeroko i daje całusa w policzek.
- Dobra, dobra – przytulam go lekko. – A teraz może mi wyjaśnisz, co ja tu robię?
- Zakupy – jego uśmiech robi się jeszcze szerszy i nadzwyczaj łobuzerski.
Przez chwile mrugam oczami, bo nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Nie no, chyba dobrze… W takim razie Sherlock nie wie, o czym mówi.
- Czyś ty zwariował? – wyszeptuję z napięciem, lekko przerażona. – Widzisz te sklepy? Wiesz, jakie tu są ceny?
- Wiem. Ale dobrze dajesz sobie sprawę, ile ostatnio zarobiliśmy, więc chyba nic się nie stanie, jak sprezentuję coś mojej najlepszej na świecie żonie – stwierdza niewinnie.
O nie, mój drogi. Mary miała rację, mówiąc, że zachowujecie się z Johnem czasem jak dzieci.
- Te pieniądze mają być dla dzieci i na dom – mówię głosem, który nie przyjmuje sprzeciwu. – Wracam do domu – kończę lekko zirytowana i chcę go wyminąć.
- Anno, poczekaj – Sherlock łapie mnie za rękę, a ja zatrzymuję się tylko dlatego, że nie chcę się sprzeczać z nim na ulicy pełnej ludzi. – Proszę, nie denerwuj się i chodź przymierzyć. Bo chyba jednak nie chce mi się czekać z kupieniem ci tego na urodziny… I zapewniam cię, że wystarczy nam pieniędzy na wszystko. Poza tym moglibyśmy poszukać czegoś ładnego na to przyjęcie w Pałacu… - wyszeptuje mi do ucha.
- Nie kuś – wyjąkuję, stojąc bez ruchu z założonymi rękami i gapiąc się na butiki Michaela Korsa i Hermesa naprzeciwko. Tyle mnie kosztuje ta wewnętrzna walka, a on jeszcze mnie podjudza.
 - No popatrz tylko na te płaszczyki – odwraca mnie i zaciąga z powrotem przed wystawę. – Wiesz, jak ślicznie by ci w nich było?
Sherlock, zabiję cię. Sherlock, zabiję cię. Sherlock, zabije cię.

Oczywiście kończy się tym, że wychodzimy z salonu Burberry z torbą, w której leżą jasnobrązowy płaszczyk średniej długości i kremowy szaliczek z czarno-szaro-czerwoną kratką. Patrzę na Sherlocka i kręcę głową.
- No co? – szczerzy do mnie zęby, ja bez namysłu mocno go przytulam.
- Dziękuję, ty mój kochany, szalony mężu – mówię szeptem, wdychając te jego cudne perfumy.
- Nie masz za co, poza tym jak chcesz mi dziękować, to lepiej poczekaj jeszcze. Trzeba ci kupić rzeczy na to przyjęcie: sukienkę, buty, torebkę… - stwierdza przebiegle.
- Sherlock! – wyjąkuję, ale tak naprawdę to nie mam już siły protestować.
- No chodź! – prowadzi mnie do salonu Louis Vuitton obok.

Poszukiwania sukienki trochę trwają, bo niestety trudno mi trafić na właściwą. Jeśli znajduję jakąś, która mi się podoba, to albo jest zbyt krótka czy też za bardzo wydekoltowana na taką okazję, albo zanadto widać mi brzuch, albo nie można dobrać rozmiaru. No i te ceny… Urywają głowę.
W końcu Sherlock jakoś przekonuje mnie, by zajrzeć do butiku Chanel. Wchodzę tam autentycznie przestraszona, oczywiście z mocnym postanowieniem, że akurat w tym sklepie nic nie kupię, bo jest po prostu za drogi (no dobra, jak wszystko na tej ulicy…). Rozglądam się szybko po ekskluzywnym, kremowo-czarnym wnętrzu i jak na złość za stolikiem oraz kanapą zauważam to pastelowe cudo o delikatnym, błękitnym kolorze.
- Dzień dobry – młoda czarnowłosa ekspedientka wyrywa mnie z rozmarzenia. – W czym mogę państwu pomóc?
- Szukamy jakiejś ładnej sukienki dla tej pani – wyjaśnia Sherlock, uśmiechając się do mnie szeroko.
- Oczywiście. Proszę za mną, to zaraz pokażę naszą kolekcję.
Zbliżamy się do błękitnej sukienki, wiszącej pomiędzy innymi, a ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest idealna. Prosta, klasyczna, do kolan, z dekoltem w łódeczkę i krótkim rękawem. Delikatna i cudownie skrojona.
Dziewczyna coś mówi, ale jej nie słucham, tylko ukradkiem przyglądam się tej kiecce. Wolę nie myśleć, ile kosztuje. Zapewne majątek.
- No cóż, w sumie to zastanawiamy się nad tą – Sherlock bierze wieszak z moją sukienką, a ja zamykam oczy. Czy on musi czytać we mnie jak w książce? – I chyba nawet rozmiar się zgadza.
- Więc może zaprowadzę państwa do przymierzalni? To proszę za mną.
Zostawia nas przed przymierzalniami i odchodzi do jakiegoś nowego klienta, a ja patrzę ostrożnie na trzymane przez Sherlocka cudo.
- Ile ona kosztuje? – pytam z wahaniem.
- A czy to ważne? Przymierzaj ją! – mój kochany wciska mi do rąk wieszak. Korzystam z okazji i od razu sprawdzam cenę.
- Półtorej tysiąca funtów! – prawie łapię się za głowę. - Nie, nie ma mowy – wyjąkuję lekko wystraszonym głosem.
Sherlock unosi mi twarz i patrzy w oczy.
- Ten twój upór jest doprawdy uroczy, kochanie, ale powinnaś wiedzieć, że i tak ci ją kupię. Wiem, że ci się podoba, poza tym idealnie pasuje do tej biżuterii, którą dałem ci na urodziny. Także marsz do przymierzalni.
Patrzę na niego spode łba.
- I tak pewnie będzie za mała… Ostatnio przytyłam… - mamroczę, ale zaraz całuję go szybko w usta i znikam za kotarą.

No cóż, wystarczy chyba, jeśli powiem, że na sukience się nie skończyło. Zanim wracamy do domu, zostaję jeszcze obdarowana klasycznymi czarnymi Louboutinami i małą, gustowną torebką Diora. Nie liczę zestawu bielizny Victoria’s Secret i perfum Armaniego, bo Sherlock twierdzi, że to akurat prezent dla niego. Śmieję się z tego całą drogę powrotną.
A mój mąż… no cóż, wstąpiliśmy po parę koszul do Calvina Kleina. Tym razem to ja nie mogłam się oprzeć, by go do tego zmusić. I trochę się rozerwałam przy wybieraniu.
- Boże… To pierwszy i ostatni raz… Chyba zbankrutowaliśmy – Sherlock właśnie kładzie Alexa spać, a ja siedzę na łóżku, trzymając się za głowę.
- Wcale nie – mój mąż upewnia się, że mały spokojnie zasnął i zaraz potem podchodzi do mnie i mierzwi mi włosy. Uśmiecham się i opadam z westchnieniem na poduszki. – Zmęczona?
- Oj tak… Te twoje zakupy trochę mi dały popalić, a potem nasz kochany synek jeszcze dodał swoje. Dobrze, że go jakoś uśpiłeś, bo dziś naprawdę strasznie marudził. Pewnie biedak nie mógł się nas doczekać.
- Pewnie tak – ręka Sherlocka wędruje na mój brzuch, a ja lekko wzdycham z rozczuleniem. – Ale teraz już zasnął, a my możemy odpocząć.
Zaczynam chichotać, a potem przyciągam go do siebie, bo potrzebny mi najlepszy lek na zmęczenie: jego usta. Mam nadzieję, że również tym razem nie zawiodą, i się nie mylę. Od razu ogarnia mnie przyjemne odprężenie, połączone oczywiście z dreszczami podniecenia. Jak on to robi?
 - Wiesz co… - mamroczę w jego wargi, lekko już oszołomiona. – Chyba ci jeszcze odpowiednio nie podziękowałam…
- Ale jak to…. Dziękuję słyszałem już chyba z dziesięć razy, nie licząc ile razy mnie przytuliłaś i pocałowałaś…
- No tak… - zaczynam powoli rozpinać jego koszulę. – Ale mi chodziło o coś jeszcze.
- Hmmmm… Ciekawe o co? – pyta Sherlock lekko rozbawiony.
- Zobaczysz…

 Zaraz ma przyjechać po nas samochód, który zawiezie nas na to całe przyjęcie do Pałacu Buckingham, a ja siedzę przed lustrem i poprawiam wyprostowane włosy. Tak szczerze to nieźle się stresuję i chyba przez to nie jestem pewna, czy dobrze wyglądam. A w ogóle to dziwnie się czuję w kiecce od Chanel oraz Louboutinach na nogach. Mam nadzieję, że nie zabiję się w tych butach.
Z wahaniem wzdycham, po czym wstaję powoli z krzesła, i w tym momencie do pokoju wchodzą Sherlock i Alex. Mój mąż ubrany jest już w garnitur, a loki z gracją opadają mu na czoło. Kolejny raz uznaję, że wygląda perfekcyjnie.
- No i jak? – pytam niepewnie, patrząc na nich. – Ta sukienka nie opina się za bardzo?
Na ustach Sherlocka pojawia się szeroki uśmiech, a w oczach błysk zachwytu. Przez chwilę tylko mi się przygląda pałającym wzrokiem, nic nie mówiąc. Boże, on cały czas kocha mnie tak samo mocno, o ile nie bardziej z każdym dniem. Chociaż w sumie… ja mam to samo jeśli chodzi o niego.
- Idealnie. Wyglądasz cudownie – stwierdza tym swoim głębokim głosem, roztapiającym moje serce. – Jestem pewny, że przyćmisz nawet księżną.
- Mama bajdzo ładna – mówi zaraz wesoło mój synek, obserwujący mnie z ramion taty. Jak za chwilę nie przestaną, to się popłaczę chyba.
- Bo mama zawsze jest bardzo ładna. Najładniejsza – uśmiech Sherlocka staje się jeszcze szerszy, a ja podchodzę do tych moich łobuzów, żeby ich ucałować.
- Ojej, ojej. Dziękuję wam. – Daję Alexowi buziaka w policzek, przytulając go mocno, a potem nie mogę się powstrzymać, żeby nie pocałować mojego męża prosto w te kuszące usta. I co z tego, że szminka się rozmaże…
Zaraz rozlega się odgłos klaksonu. Szofer przyjechał, trzeba się zbierać.
- Dobra, pora iść – rzuca Sherlock, dając mi całusa w nos, a następnie zwraca się do małego. – A ty kolego pójdziesz na chwilę do pani Hudson, chyba przygotowała dla ciebie coś dobrego. Potem wrócicie tutaj, obejrzysz bajkę i ładnie położysz się spać, a mama i tata w nocy przyjadą.
- Dobzie. Do pani Hudsion – nasz synek nie ma chyba nic przeciwko, więc wszyscy ruszamy w stronę schodów.

Wchodzimy właśnie do sali balowej Pałacu Buckingham, sali o złotych ścianach, z pięknym parkietem pod nogami i kilkoma roziskrzonymi, wielkimi żyrandolami nad głowami. W środku jest już pełno ludzi, a mnie przytłacza ten przepych i bogactwo. Boże, czuję się jak księżniczka na jakimś wielkim balu, nie wiem nawet gdzie oczy podziać. Oczywiście nie czuję się zbyt pewnie, więc dla poczucia bezpieczeństwa łapię Sherlocka za rękę.
Od razu podchodzi do nas jeden z kelnerów, z tacą pełną kieliszków szampana. Ja szybko kręcę głową, kładąc sobie rękę na brzuchu, przez co kelner posyła mi wesoły uśmiech. Zaraz potem podaje szampana Sherlockowi i rusza dalej.
Dyskretnie rozglądam się dookoła, no i oczywiście od razu wyławiam z tłumów znaną twarz.
- O mamo… patrz, to Alan Rickman – mówię szeptem do Sherlocka, który akurat prowadzi mnie do stolika z przekąskami.
- Kto? Pierwsze słyszę…
Wzdycham i kręcę głową. Ach ten Sherlock… Jak zwykle szeroko zorientowany w świecie znanych ludzi… Z czułością lekko go przytulam, ale kiedy obok stołu z ciastami zauważam wesoło gawędzących ze sobą Ewana McGregora i Colina Firtha, nic już nie mówię.

Przyjęcie trwa w najlepsze, a mi to wszystko coraz bardziej się podoba. Właśnie zjedliśmy przy pięknie udekorowanych stolikach wykwitną kolację, kiedy to w końcu z daleka dostrzegłam Williama i Kate, a potem udało mi się zamienić parę słów z Alanem Rickmanem, co winduje poziom mojego szczęścia do maksimum. Jestem mile zaskoczona, bo Alan to całkiem sympatyczny facet, a przede wszystkim pełen charyzmy. No i nie omieszkał powiedzieć mi paru miłych słów. To takie miłe.
Rozpromieniona odnajduję Sherlocka, który akurat rozmawia z jakimś chłopcem, rudowłosym i niewysokim. Podchodzę do nich szeroko uśmiechnięta.
- Kochanie, to Olivier – wyjaśnia Sherlock. – Bardzo mi pomógł z tą sprawą w Pałacu i jak widać nie zostało to zapomniane przez książęcą parę.
- Cześć – ściskam Olivierowi rękę. Chłopak wygląda nader uroczo w tym swoim dziecięcym garniturze i szopą na głowie koloru marchewki. – Jestem Anna.
- Ale laska z pana żony… – mały najwidoczniej jest bardzo bezpośredni. Zaczynamy się z Sherlockiem śmiać, a on sam też szczerzy zęby.
- Tylko nie waż mi się jej podrywać – ostrzega mój mąż Oliviera żartobliwym tonem.
  W następnej chwili dostrzegam idącego z naszą stronę Harry’ego. Towarzyszy mu książęca para, przez co od razu łapią mnie lekkie nerwy. Tylko nie palnij czegoś głupiego, dziewczyno – mówię sobie, próbując uśmiechać się naturalnie i nie być spięta.
- Chciałbym przedstawić… To pan detektyw Sherlock Holmes oraz jego młody pomocnik Olivier. To oni stoją za wykryciem tego zamachu IRA. A ta urocza dama to żona pana Holmesa.
Patrzę na Williama i Kate lekko onieśmielona, podczas gdy oni ściskają nam ręce. Nie wierzę, że to naprawdę się dzieje. Ja na królewskim przyjęciu…
- Miło mi poznać Wasze Książęce Wysokości – wyjąkuję lekko drżącym głosem. – Bardzo dziękujemy za zaproszenie na przyjęcie.
- To my dziękujemy panu Holmesowi i temu młodemu człowiekowi za to, co zrobili – mówi z uśmiechem książę William. – Jesteśmy za to bardzo, bardzo wdzięczni. I tak się składa, że mamy coś dla państwa synka, bo słyszeliśmy, że mają państwo dwuletniego chłopca. I dla ciebie, Olivierze, również.
Och… naprawdę? Jestem w szoku, kompletnie się czegoś takiego nie spodziewałam.  Widzę, jak księżna podaje Olivierowi torebeczkę z upominkami, a zaraz potem ja sama odbieram drżącymi rękami taką samą.
- To strasznie miłe, naprawdę. Bardzo, bardzo dziękujemy – wtrąca Sherlock, bo mi chwilowo odebrało głos.
- Ależ nie ma za co – mówi wesoło Kate. – Mamy nadzieję, że małemu się spodoba.
- Na pewno. Dziękujemy –  wydobywam z siebie w końcu głos.
Książęca para zaraz odchodzi w stronę amerykańskiego ambasadora,  a ja, szeroko uśmiechnięta, spoglądam na Sherlocka. Ten wieczór jest ewidentnie niesamowity, jakby z jakiegoś snu. Zapamiętam go na długo.

Mój ukochany mnie lekko przytula, a potem, po uroczystej, wzruszającej dla mnie gali i odebraniu orderu, ukradkiem zaglądam do torebeczki i widzę śliczny kocyk z wyszytym w rogu herbem Windsorów, pluszowego misia w przebraniu gwardzisty, mały model czarnego Roys-Royce’a i cudnie zapakowaną paczkę cukierków. O tak. Taki prezent na pewno ucieszy Alexa.